IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Don't look back.

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Take
Niepohamowany Szał

avatar

Dołączył : 03/04/2013
Liczba postów : 2307
GHOST : Zastępca
Godność : Takanori „Kitsune” Nishimura.
Wzrost i waga : 169 cm | 49 kilogramów.
Partner : I told you I`m gonna hold you down until you`re amazed, give it to you till you`re screaming my name, you stupid dog.
Pan/Sługa : - | Gilbert, Prawy, Mio, Leo, 7.
Znaki szczególne : Spaczenie emocjonalne. Szare, kocie oczy i wydłużone, mocne, zaostrzone, zwierzęce kły. Znaki w kanie wytatuowane wzdłuż linii kręgosłupa; duża blizna przecinająca klatkę piersiową. Kilka kolczyków w prawym uchu, a w lewym jeden. Wyraźna blizna pod lewym okiem, ciągnąca się od dolnej powieki do połowy policzka.
Aktualny wygląd : Daylight's End: klik; Nocna Republika (Shetani): klik; misje: klik; Think you're a dragon slayer: klik.
Ekwipunek : Zapalniczka benzynowa, paczka czekoladowych papierosów, w kaburze czarny rewolwer ASG z pełnym magazynkiem (6 naboi), komórka, pieniądze i scyzoryk.
Inne : Niezrównoważony psychicznie skurwiel. I ma widoczną malinkę na szyi...?
Obrażenia : Rozdarty, opatrzony lewy bok; liczne zadrapania na ciele, szczególnie na plecach (czyli good sex, bo Gilbert).
Bestia : Feniks ‒ Andromeda; Reikon ‒ Ryu.
FUNKCJE : Administracyjny Skurwiel; Mistrz Gry; Strażnik Elementu Otchłani.

PisanieTemat: Don't look back.   Pon Kwi 08, 2013 8:05 pm


    UCZESTNICY: Vivi.
    MISTRZ GRY: Ten najgorszy, che.
    POZIOM: Uznajmy, że średni.
    MOŻLIWOŚĆ ZGONU: OCZYWIŚCIE... że nie.
    LOKALIZACJA: Dokładna ‒ nieznana. Gdzieś w Otchłani.
    CEL: Ucieczka z ciemnej dupy la... nieznanego miasta.
    NAGRODA: Moc ‒ zmiana wielkości formy monstrum.

Kurwa ― ciche przekleństwo zakłóciło panującą dotąd absolutną ciszę. Nadal jednak był to zbyt słaby bodziec, by postawić na nogi rudowłosego, który balansował aktualnie na granicy snu i jawy. A właściwie przytomności i nieprzytomności, choć z każdą kolejną chwilą zaczynało do niego docierać, jak bardzo boli go głowa. W takich momentach tym bardziej nie miało się ochoty otwierać oczu, choć wszystkie znaki wyraźnie wskazywały, że pomimo względnego spokoju coś było nie tak. Na przykład to, że leżał na czymś twardym i zimnym. I to, że powietrze, które dostawało się do jego płuc podczas płytkich wdechów było cholernie ciężkie i przesiąknięte kurzem, a zapach, który w nim się unosił był obcy, ale jednocześnie znajdowała się w nim jakaś znajoma nuta. Zmęczenie górowało jednak nad niepokojącymi znakami, na których trudno było się skupić.
Drugi chłopak przebywający w tym samym pomieszczeniu, podniósł się do siadu. Przez chwilę walczył z rozmazującym mu się przed oczami obrazem, a gdy ten wrócił do normy, rozejrzał się po niezagospodarowanym pomieszczeniu. Betonowe ściany i niewyłożona niczym podłoga wyraźnie wskazywały na to, że nez wątpienia nikt wcześniej tu nie mieszkał. Przez krzywo zabite dechami otwory na okna do pomieszczenia wdzierały się snopy światła rzucanego przez popołudniowe słońce. Tak samo prezentował się otwór w ścianie, w którym potencjalnie powinny znajdować się drzwi, aczkolwiek fakt, że znajdował się tu zabarykadowany, musiał świadczyć o tym, że ktoś zadał sobie wiele trudu, żeby go tu zamknąć...
... ich tu zamknąć.
Kolejnym niepokojącym faktem wydało się to, że nie był tu sam. To jasne, że osoba leżąca obok szybko rzuciła mu się w oczy. Zapewne, gdyby jej nie rozpoznał, bez wahania pozbyłby się zbędnego balastu, ale na jego twarzy zaraz zajaśniało powątpiewanie. Przypadkowe spotkania integracyjne w nieprzyjaznych okolicznościach ostatnimi czasy zdarzały mu się zdecydowanie za często. Częściej, niż przewidywały to statystyki, według których nawet jeden raz to za dużo. Wierzchem ręki otarł krwawiący kącik ust i podniósł się z ziemi, odruchowo otrzepując ubrania. Z brakiem wyczucia trącił lekko butem ramię rudowłosego. Szare oczy zmrużyły się, gdy chłopak nie zareagował.
Świetnie ― syknął pod nosem i przykucnął obok. Opuszkami palców przejechał po niewielkim i niegroźnym rozcięciu na jego skroni. ― Valentine, rusz dupę ― poklepał go ręką po policzku, nadal nie doczekując się pożądanej reakcji. Śpiąca królewna się znalazła, prychnął w myślach, odsuwając rękę. I nawet nie pomyślał o tym, jakim sposobem budzi się królewny. Ale skoro znajdowali się choler-wie-gdzie i cholera wie, jak tu się znaleźli, nie było czasu na głupoty. ― Liczę do trzech. Jak się nie podniesiesz, to tu zostajesz ― mruknął zrezygnowany, a zaraz z jego ust wyrwało się rzeczowe: ― Trzy.
Jak zwykle bez skrupułów... Ciemnowłosy podniósł się z kucek i odwrócił w kierunku potencjalnego wyjścia, przez którego szpary do pomieszczenia wdzierało się światło powoli dobiegającego końca dnia.

Dodatkowe:
Możesz wybrać sobie dwa przedmioty, które postać ma przy sobie. Ale tylko takie, które zmieszczą się w jej kieszeniach lub tak... przy nim. Torby czy plecaka na pewno mieć nie może.

_________________


Mine, motherfuckers.

MY LEVEL OF SARCASM IS TO A POINT
WHERE I DON'T EVEN KNOW IF I'M KIDDING OR NOT.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Vivi
Monstrum

avatar

Dołączył : 04/04/2013
Liczba postów : 61
Godność : Valentine Vincent Vrael znany jako Vivi. Lub po prostu V.
Wiek : Dziewięćdziesiąt osiem ludzkich lat, wizualnie nie więcej niż siedemnaście
Rasa : Monstrum
Orientacja : Pedał. Bynajmniej nie od roweru
Wzrost i waga : 172 cm & 45 kg
Znaki szczególne : Rude włosy; tygrysi ogon i uszy; miodowe oczy; długie kły; długie, mocne, ostre i lekko zakręcone rogi
Aktualny wygląd : Ciemnoszara koszula, zapinana na guziki, na długi rękaw; czarne spodnie; czarne trampki; na szyi nieśmiertelnik z trzema V, a na odwrocie z grupą krwi Viviego
Ekwipunek : Podręczny zestaw medyczny w torbie na ramię; chusteczki do nosa; pieniądze; telefon; notatnik i długopis
Multikonta : Will, Arthur, Death, Shann, Nathaniel, Shi`nkahthara

PisanieTemat: Re: Don't look back.   Wto Kwi 09, 2013 3:17 pm

Ciemność. Z jednej strony zapraszała do siebie, otulała miłymi ramionami, wołała do siebie, kazała zapomnieć o rzeczywistym świecie, przez który przebijał się coraz bardziej ból. Na początku lekki, prawie niczym muskanie skrzydłami motyla, ale po pewnym czasie z każdą kolejną sekundą przybierał na sile i odganiał zalegający przed oczami mrok. Czuł się... no... trudno określić. Tak, jakby był na kacu. Albo jakby zdrowo dostał patelnią przez łeb. Leżał, niewzruszony całą sytuacją. Żadne zmysły nie działały tak, jak powinny. Do nosa rudzielca praktycznie nie docierały zapachy. Ani kocie, ani ludzkie uszy nie słyszały żadnych odgłosów, a miodowe oczy widziały jedynie ciemność. Może przez fakt, że miał je zamknięte? Tsa, pewnie tak. Choć nawet w tym wypadku nie powinien widzieć idealnej czerni. Szczególnie, iż jeden ze snopów światła prawie że walił go po ślepiach.
Nic. Nawet nie drgnął, gdy został dotknięty. Prawie jak jakieś zwłoki czy coś. Pewnym więc być można, że nie śpi, bo w takim wypadku mruknąłby coś przynajmniej. Ale skoro reakcji brak, a oddycha, to na pewno żyje. Ciężko tylko stwierdzić stan tej tu padliny. A tak właściwie, to nawet nie wiedział, skąd się tu wziął. Nie pamiętał, co robił i co się stało. Teraz i tak nie było to czymś istotnym, najpierw musiałby się jakoś wydostać z nieistniejącej krainy pomiędzy szczątkami rzeczywistości i pograniczem świata marzeń oraz koszmarów.
Czucie zaczęło wracać. Oprócz bólu czerepu, Vincent zaczął sobie uświadamiać, że ma twardo pod dupskiem i od leżenia na glebie bolą go też plecy. Poklepanie, Tygrys poruszył prawie niezauważalnie jednym rudym uchem. Czarna końcówka ogona również drgnęła, choć nie jakoś mocno. Dotyk zniknął, ale Valentine zaczął słyszeć okolicę. Dziwnie cichą, ale zawierającą w sobie oddech kogoś innego niż jego. Ciężka woń powietrza zmieszana z delikatną nutą znajomej istoty. Kot mruknął coś bez ładu i składu, całkowicie niewyraźnie, a chwilę potem usłyszał, jak ktoś coś mówi. Odliczanie? Tak. Fajnie by było. I tu nagle "trzy". Vivi otworzył ślepia, wstał szybko. Kocie źrenice wskazywały na nic innego jak na to, że właśnie nic nie widzi. Prążkowany ogon machał szybko na wszystkie strony, próbując pomóc mocno chwiejącemu się Monstrum w utrzymaniu równowagi.
- Ja sem szeźwy. Nish nie iiem, mamo... - wymamrotał lecąc na lewo i bardzo powoli odzyskując pełną przytomność. Wreszcie rzeczywistość uderzyła w niego pełną mocą i stanął jakoś prosto. Przejechał zadbanymi paznokciami po rogach, które dziwnie mocno zaczęły mu teraz ciążyć. Drapnięcie było dobrze słyszalne w pomieszczeniu. - Nie było "jeden" i "dwa" - burknął Vrael, chwiejnym krokiem zbliżając się do Takanoriego. Rękami sięgnął do kieszeni spodni. Z prawej wyciągnął niezbyt wielki przedmiot, który po otwarciu okazał się być nożem sprężynowym. Schował go. W drugiej miał jeszcze nietkniętą paczkę gum miętowych i papierek po jednej z poprzednich. Mruknął coś do siebie, jakby z niezadowoleniem. Wsunął białawy kawałek gumy do pyszczka i wystawił rękę z paczką w kierunku drugiego Monstrum.
- Tak w ogóle to... Gdzie do cholery jesteśmy i co tu robimy? - zapytał mrużąc oczy i patrząc na ścianodrzwiocośtam. Wiedział, że raczej nie ma co oczekiwać odpowiedzi, ale jakoś tak nie chciał w tej chwili ciszy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Take
Niepohamowany Szał

avatar

Dołączył : 03/04/2013
Liczba postów : 2307
GHOST : Zastępca
Godność : Takanori „Kitsune” Nishimura.
Wzrost i waga : 169 cm | 49 kilogramów.
Partner : I told you I`m gonna hold you down until you`re amazed, give it to you till you`re screaming my name, you stupid dog.
Pan/Sługa : - | Gilbert, Prawy, Mio, Leo, 7.
Znaki szczególne : Spaczenie emocjonalne. Szare, kocie oczy i wydłużone, mocne, zaostrzone, zwierzęce kły. Znaki w kanie wytatuowane wzdłuż linii kręgosłupa; duża blizna przecinająca klatkę piersiową. Kilka kolczyków w prawym uchu, a w lewym jeden. Wyraźna blizna pod lewym okiem, ciągnąca się od dolnej powieki do połowy policzka.
Aktualny wygląd : Daylight's End: klik; Nocna Republika (Shetani): klik; misje: klik; Think you're a dragon slayer: klik.
Ekwipunek : Zapalniczka benzynowa, paczka czekoladowych papierosów, w kaburze czarny rewolwer ASG z pełnym magazynkiem (6 naboi), komórka, pieniądze i scyzoryk.
Inne : Niezrównoważony psychicznie skurwiel. I ma widoczną malinkę na szyi...?
Obrażenia : Rozdarty, opatrzony lewy bok; liczne zadrapania na ciele, szczególnie na plecach (czyli good sex, bo Gilbert).
Bestia : Feniks ‒ Andromeda; Reikon ‒ Ryu.
FUNKCJE : Administracyjny Skurwiel; Mistrz Gry; Strażnik Elementu Otchłani.

PisanieTemat: Re: Don't look back.   Wto Kwi 09, 2013 6:22 pm

Ignorując nieskładny mamrot, zastukał czubkiem buta o deski zagradzające mu przejście, choć przez głowę przemknęła mu myśl, że wielką szkodą był fakt, że ktoś nie przywalił Viviemu mocniej. Ta jednak uciekła równie szybko, jak się pojawiła. Dokładnie w momencie, gdy rudowłosy odzyskał pierwotny kontakt z rzeczywistością. I proszę ‒ nawet popisał się wiedzą matematyczną! Brawa dla pana w pierwszym rzędzie, wygrał niewidzialny toster. Ciemnowłosy zerknął za siebie przez ramię, na szybko oceniając stan monstrum, choć to nie on był tu lekarzem, aczkolwiek wystarczył mu fakt, że udało mu się podnieść z ziemi, choć chód wciąż nie szedł mu najlepiej.
Szczegóły. Przynajmniej zadziałało ― wzruszył barkami, nic nie robiąc sobie z oburzenia rudzielca. Miał szczęście, że zdecydował się podnieść, bo znając Nishimurę, nie zawahałby się zostawić go tu zdanego na samego siebie. Taszczenie ze sobą pół-truchła tylko by go spowolniło. Jak mawiają ‒ przetrwają najsilniejsi.
Ukradkiem zerknął na podsuwane mu gumy i pokręcił głową w niemej odmowie. Szczęściem nie skomentował już tego, że była to ostatnia rzecz, której potrzebował po zorientowaniu się, że jest w potrzasku. Do szczęścia brakowało tu jeszcze kubka gorącej kawy, przy której spokojnie można było obmyślić plan działania, na który mogli nie mieć dużo czasu. Z drugiej strony takie podejście było wygodniejsze do zniesienia od paniki, z którą poniekąd ostatnio miał do czynienia.
Sam się nad tym zastanawiam ― przesunął ręką po zabliźnionym policzku, w myślach stwierdzając jednak, że taka kolej rzeczy nie była już w stanie zdziwić go nawet w najmniejszym stopniu. ― Wolałbym wiedzieć, dlaczego jestem tu z tobą, ale tego pewnie też się nie dowiemy ― a co? To jakiś problem? Z jego punktu widzenia to najwidoczniej była jakaś luka. Nie przypominał sobie, by wcześniej go widział, a ilekroć starał się wrócić do ewentualnych zdarzeń sprzed porwania, natrafiał świadomością na gruby mur. Nie do przebicia. Był już nawet w stanie przysiąc, że śpi, choć i to było marnym wyjaśnieniem sprawy. We śnie trudno o funkcjonujące poprawnie zmysły. ― Mniejsza. Jakkolwiek się tu znaleźliśmy, komuś, komu chciało się nas tu przywlec, chyba nieszczególnie zależało na tym, byśmy nie mogli się stąd wydostać albo nie myślał logicznie ― czubkiem buta ponownie uderzył o jedną z desek, która pomimo w miarę trwałej struktury wciąż była tylko kawałkiem nędznego drewna, a nie ‒ dajmy na to ‒ grubym, metalowym prętem.
Uniósł wzrok ku górze, oceniając resztę wymiarów pomieszczenia. Z niechęcią musiał przyznać, że było tu za mało miejsca, czyli najwygodniejszy plan wziął w łeb. Wypuścił powietrze ustami i zaraz zaparł się wyprostowanymi rękami o belki znajdujące się na wysokości jego ramion, a ciężkim butem zarył o jedną z poniższych dech i tak kilka razy dopóki ta nie ustąpiła, przełamując się na dwie nierówne części, czemu towarzyszył nieprzyjemny dla uszu trzask.
Rozumiem, że nie dałeś nikomu powodu, by wpakował cię w coś takiego? ― spytał, choć sam wątpił w to, że Valentine mógł zaleźć komuś za skórę. Być może dlatego, że za słabo go znał albo po prostu nie doceniał jego możliwości. Jeżeli ktoś mógł tu zawinić, to zapewne tylko Takanori, ale o tym cały świat nie musiał wiedzieć. Kolejna deska pękła nie wytrzymując nadmiaru uderzeń. Za nią poszła kolejna i jeszcze jedna. Wtedy przerwał, odsuwając się o krok od przejścia. Ręką sięgnął za siebie, zaczepiając palce o rękojeść rewolweru, który na całe szczęście pozostał nienaruszony. Szybko wyjął broń z kabury, głównie po to, by sprawdzić zawartość magazynka. Był pełny, ale ilość naboi i tak mogła okazać się niewystarczająca. Przykucnął obok wyłamanych desek, już ręką odchylając je w miarę możliwości, byleby tylko utorować przejście. ― Chodź ― mruknął, choć w pierwszej kolejności ostrożnie wyjrzał poza graniczę budynku i powiódł wzrokiem po opustoszałej okolicy, dopiero po chwili przekroczył jego próg i stanął na równe nogi.
Obszar na zewnątrz spokojnie można było określić, jako ruinę, której klimatu dodawało zachodzące słońce wyglądające zza wyniszczonych, wielkich budynków, wyglądających, jakby za moment miały runąć. Wystarczyłoby być może krótkie tąpnięcie. Wszystkie otaczały wielki plac z popękanym brukiem, na którym znajdowały się już tylko sterty gruzów. Zero cywilizacji i ponura cisza, która w tym jednym przypadku mogła świadczyć o tym, że byli tu sami, a to wiązało się z brakiem jakiegokolwiek zagrożenia. Problem tkwił w tym, że Takanori nie miał pojęcia, gdzie się znajdowali. O ile odwiedził już wiele miejsc w Otchłani, tak to było mu całkowicie obce. Zmarszczył nos, zaciskając palce mocniej na rewolwerze, który stale trzymał w ręce.
Prawo? Lewo? Prosto? ― rzucił, choć kierunek zdawał się nie mieć większego znaczenia... Prawdopodobnie. Gdzie się nie obejrzeć pomiędzy budynkami znajdowały się jakieś zrujnowane ulice lub węższe uliczki. Gdzieś musiały prowadzić.

_________________


Mine, motherfuckers.

MY LEVEL OF SARCASM IS TO A POINT
WHERE I DON'T EVEN KNOW IF I'M KIDDING OR NOT.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Vivi
Monstrum

avatar

Dołączył : 04/04/2013
Liczba postów : 61
Godność : Valentine Vincent Vrael znany jako Vivi. Lub po prostu V.
Wiek : Dziewięćdziesiąt osiem ludzkich lat, wizualnie nie więcej niż siedemnaście
Rasa : Monstrum
Orientacja : Pedał. Bynajmniej nie od roweru
Wzrost i waga : 172 cm & 45 kg
Znaki szczególne : Rude włosy; tygrysi ogon i uszy; miodowe oczy; długie kły; długie, mocne, ostre i lekko zakręcone rogi
Aktualny wygląd : Ciemnoszara koszula, zapinana na guziki, na długi rękaw; czarne spodnie; czarne trampki; na szyi nieśmiertelnik z trzema V, a na odwrocie z grupą krwi Viviego
Ekwipunek : Podręczny zestaw medyczny w torbie na ramię; chusteczki do nosa; pieniądze; telefon; notatnik i długopis
Multikonta : Will, Arthur, Death, Shann, Nathaniel, Shi`nkahthara

PisanieTemat: Re: Don't look back.   Wto Kwi 09, 2013 8:43 pm

Yaaaaaaayy~! Toster~! I to niewidzialny, normalnie limitowana seria. Tyle wygrać... Ciekawe, czy robi też niewidzialne tosty, które po zjedzeniu czynią niewidzialnym. Dobra. Koniec pierdolenia. Wracamy do (nie)rzeczywistości.
Valentine nie czuł potrzeby natychmiastowego badania, czy wszyscy są cali i zdrowi. Poza bólem głowy i lekkim, słabnącym już, pleców, nie wyczuwał żadnych dolegliwości. Nie tracił też krwi, a jeśli tak, to niewielkie ilości. Prawdę mówiąc - w normalnych warunkach narzekałby na to, jak on teraz musi wyglądać, że jest brudny, roztrzepany, pod paznokciami zgromadziło się trochę kurzu. Teraz jego obsesja na punkcie wyglądu nie objawiała się. Na pewno miała na to wpływ obecność drugiego Monstrum, po drugie: ich obecna sytuacja wymagała względnej normalności. Vivi po prostu nie mógł teraz zacząć narzekać, bo w każdej chwili mogło się zrobić niebezpiecznie.
Przewrócił ślepiami. Raczej nie szybkie odliczanie go wybudziło, ale wolał się teraz nie spierać. Znał kilka bardziej medycznych i naukowych wytłumaczeń jego powrotu do świata żywych, tylko nie było sensu robić tutaj wykładu. Poza tym, na pewno nie byłby słuchany, a nie lubił się produkować na darmo. Schował prostokątne, nie za duże opakowanie do kieszeni. Nie chciał, to nie będzie zmuszał, starczy mu przynajmniej na dłużej. Miał już niestety taki nawyk i żuł coś kiedy tylko się dało. Przynajmniej zmniejszało u niego poziom stresu...
Spotkanie w tych okolicznościach Nishimury było dla niego takim samym zaskoczeniem, jak w drugą stronę. Obaj zapewne spodziewaliby się prędzej łaciatej krowy Milki niż siebie. Surprise, motherfu...tererere. Wzruszył lekko ramionami. Zapewne się nie dowiedzą, skoro żaden z nich nic nie wiedział, a w dodatku byli sami w tej zatęchłej norze. Tygrysi nie mógł sobie przypomnieć żadnego szczegółu z dzisiejszego dnia. Właściwie nie wiedział nawet, o której godzinie wstał. Coś mu mówiło, że o dziewiątej, ale mózg podsyłał też informacje o innych godzinach, całkiem ze sobą sprzecznych i różnych. Postanowił nie drążyć tematu, bo ostatecznie się zagubi, bo zniknie mu parę dni życia i nie będzie wiedział gdzie.
- Może myślał, że się nie obudzimy? Zepsułeś mu plany. Teraz będzie zły i znowu nas gdzieś zamknie - mruknął niby żartobliwym tonem. Nie chciał jednak znów wylądować w bliżej nieokreślonym miejscu, bo po prostu nie miał ochoty na zabawy w szukanie dróg ucieczki. Teraz najchętniej uwaliłby się przed kominkiem z kubkiem gorącej czekolady i jakąś dobrą książką. Trzymając łapki w kieszeniach, przyglądał się z wątpliwym zainteresowaniem poczynaniom ciemnowłosego. Heh. Przynajmniej był silniejszy i niczego sobie nie połamał. Rudzielec na pewno zrobiłby to samo, ale zajęłoby mu to zdecydowanie więcej czasu. Tsa. Chyba przydałoby się zacząć znowu trochę ćwiczyć. I regularnie odżywiać.
- Ja? Zawsze mam kogoś niezadowolonego z faktu, że mu pomogłem, ale nie aż tak. Nikt mi też nie wpadł pod skalpel. Jeśli już ktoś ma powody, to jakieś bardzo przeterminowane i sprzed wielu lat - odpowiedział spokojnie. Raczej nie miał wrogów, najwyżej paru nielubianych gości, do których sam i tak nic nie miał. Jednocześnie ostatnie poważne sytuacje miały miejsce co najmniej ze dwadzieścia lat wstecz. Komu by się po takim czasie chciało mścić? I za co, skoro Vincent starał się prowadzić spokojne życie?
Z przyjemnością wyszedł z zakurzonego pomieszczenia. Rozejrzał się powoli po okolicy, którą mógł teraz ujrzeć. Nic znajomego. Nie potrafił nawet określić części Otchłani, w której teraz byli. Żadnych charakterystycznych zwierząt czy roślin, znaków na niebie czy glebie. No kompletnie nic. I jeszcze te budynki. Przemiana w zwierzęcą formę byłaby tu raczej złym pomysłem. Wielkie łapy wprawiały ziemię w drżenie, którego lepiej tu sobie oszczędzić. Nie miałby też miejsca na rozłożenie skrzydeł, a machnięcie nimi mogło spowodować ten sam efekt, co chodzenie. Najbezpieczniej było być sobą. Niuchnął parę razy powietrze. Poza wonią Takanoriego i powietrza przesiąkniętego starocią, nie wyczuł nic.
- Może lewo? - rzucił bez zbędnego zastanawiania się. Co za różnica, skoro i tak byli cholera wie gdzie?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Take
Niepohamowany Szał

avatar

Dołączył : 03/04/2013
Liczba postów : 2307
GHOST : Zastępca
Godność : Takanori „Kitsune” Nishimura.
Wzrost i waga : 169 cm | 49 kilogramów.
Partner : I told you I`m gonna hold you down until you`re amazed, give it to you till you`re screaming my name, you stupid dog.
Pan/Sługa : - | Gilbert, Prawy, Mio, Leo, 7.
Znaki szczególne : Spaczenie emocjonalne. Szare, kocie oczy i wydłużone, mocne, zaostrzone, zwierzęce kły. Znaki w kanie wytatuowane wzdłuż linii kręgosłupa; duża blizna przecinająca klatkę piersiową. Kilka kolczyków w prawym uchu, a w lewym jeden. Wyraźna blizna pod lewym okiem, ciągnąca się od dolnej powieki do połowy policzka.
Aktualny wygląd : Daylight's End: klik; Nocna Republika (Shetani): klik; misje: klik; Think you're a dragon slayer: klik.
Ekwipunek : Zapalniczka benzynowa, paczka czekoladowych papierosów, w kaburze czarny rewolwer ASG z pełnym magazynkiem (6 naboi), komórka, pieniądze i scyzoryk.
Inne : Niezrównoważony psychicznie skurwiel. I ma widoczną malinkę na szyi...?
Obrażenia : Rozdarty, opatrzony lewy bok; liczne zadrapania na ciele, szczególnie na plecach (czyli good sex, bo Gilbert).
Bestia : Feniks ‒ Andromeda; Reikon ‒ Ryu.
FUNKCJE : Administracyjny Skurwiel; Mistrz Gry; Strażnik Elementu Otchłani.

PisanieTemat: Re: Don't look back.   Czw Kwi 11, 2013 6:39 pm

O ja okrutny, mruknął w myślach, obierając jednak taktykę przemilczenia tej teorii. Zresztą wiele rzeczy nie wymagało komentarzy. Cisza mówiła sama za siebie i nie potrzebowała dodatkowych deklaracji tego, że niektóre stwierdzenia były zbyt niedorzeczne, by strzępić sobie na nie język. Poza tym z obolałą głową trudno o to, by czuć się skorym do żartów (już mniejsza o to, że Takanori nawet bez tego nie miał najmniejszej ochoty na śmiech). To, że znaleźli się w obcym miejscu tylko potęgowało w nim ogólne odczucie niechęci i przestawiło tok myślenia na instynktowne skupienie się na przetrwaniu. I jakiegokolwiek podejścia do Viviego nie miał, aktualnie mógł w niewielkim stopniu potraktować go, jako balast. Widział w nim raczej pacyfistę, niźli kogoś, kto postawi na agresję, gdy przyjdzie mu się bronić. Jeżeli potrafił się bronić, bo to także pozostawało niewiadomą, a ciemnowłosy wolał nie pytać, chcąc uniknąć przeczącej odpowiedzi. Wszystko wyjdzie w praniu, jeżeli posuną się o krok dalej.
Skinął krótko głową, przyjmując do siebie tę informację. Wiedział, że nawet, jeżeli ktokolwiek był niezadowolony z jego pomocy... to jednak wciąż była pomoc. Przecież kiedyś sam się o nią nie prosił, a nawet nie chciał przypadkowo stać się dłużnikiem rudowłosego, a mimo to ‒ choć byłby do tego zdolny ‒ nie odstrzelił mu głowy. Nie to, żeby tego nie rozważał...
„Może lewo?”
Otworzył, ale szybko je zamknął, gdy tylko zorientował się, że wysłanie go tam samego mogło nie skończyć się za dobrze. Z drugiej strony ‒ co za różnica? I tak byli tu sami. Względnie, bo raczej nie przywalili sobie nawzajem pałkami w łeb i nie przetransportowali się tu od tak. Zaklął w myślach, a szare ślepia zwróciły spojrzenie w stronę podanego kierunku.
Niech będzie ― mruknął i ominął chłopaka, przechodząc obok zaczepiając palcami o jego nadgarstek w ponaglającym geście. Im szybciej wrócą do siebie, tym lepiej.

***
Uliczka, w której się znaleźli wyglądała równie nieprzyjemnie, co reszta miasta. Wokół nadal panowała przytłaczająca cisza, którą mącił jedynie stukot butów o bruk. Wszędzie walały się śmieci, gruzy, znaki, pourywane szyldy i szkło, którego pęknięcia można było usłyszeć, gdy podeszwy następowały na jego odłamki. Optycznie koniec drogi nie wydawał się być daleko, aczkolwiek w niewyjaśniony sposób ta dłużyła się niemiłosiernie i trudno było stwierdzić, co czaiło się dalej. Takanori nie tracił czujności, pomimo tego, że wszystko wskazywało na to, że jakiekolwiek formy życia w tym miejscu były już zamierzchłą historią. I wreszcie... dotarli do ogromnego placu otoczonego budynkami. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że na pierwszy rzut oka wyglądał znajomo. Aż zbyt znajomo. Nawet deski przy jednym z budynków miały identyczne zazębienia w złamanych miejscach. Jedynie słońce zdążyło przesunąć się niżej, chyląc się ku horyzontowi, perfidnie chcąc jak najszybciej odebrać im jedyne źródło światła, skoro na lampy uliczne wyraźnie nie mieli co liczyć.
Kurwa, co jest? ― rzucił, ściągając brwi.
Jego słowom zawtórował wesoły śmiech i choć nie było w nim ni grama drwiny, w aktualnej sytuacji i można było uznać, że była tam. Jak na złość. Ciemnowłosy od razu powiódł wzrokiem po okolicy, a zatrzymał go w momencie, gdy dostrzegł jakiś ruch nieopodal. Na stercie gruzów siedziała niewielka postać, która wymachiwała beztrosko drobnymi nogami i zdążyła już dostrzec dwójkę przybyszów, bo jej twarz zwrócona była w ich kierunku. Wreszcie zerwała się z miejsca i powoli ruszyła w ich stronę. Im bliżej była, tym łatwiej było określić kim była. Przede wszystkim nie trzeba było być geniuszem, by dostrzec w niej dziecko, a dokładniej chłopca o nierówno przystrzyżonych blond włosach, spod których grzywki wyglądały wielkie, turkusowe oczy. Przyglądał się im przyjaznym wzrokiem, choć to bynajmniej nie spotkało się z aprobatą ze strony Nishimury, który zerknąwszy z ukosa na rudowłosego, już zdążył odbezpieczyć trzymaną w ręku broń.
Pstryknęło, ale czekał aż nieznajomy podejdzie bliżej. I w gruncie rzeczy zrobił to, kompletnie niezrażony tym, że za moment mógł dorobić się dodatkowego otworu w ciele. Dopiero wtedy można było zauważyć, jak niski był. Delikatne rysy nadawały mu wyglądu bodajże pięciolatka, aczkolwiek niejako bystry sposób patrzenia spokojnie mógł dodać mu kilka lat. Uniósł rączkę, wystawiając oskarżycielsko palec w kierunku Kitsune.
Nie mówi się tak brzydko ― burknął, jakby ubodło go to, że przeklina się w jego towarzystwie i demoralizuje jego niewinny umysł. ― Tata powiedział, że to niekur... niekulr... Jesteś duży to powinieneś wiedzieć! O! ― tupnął nogą, opuszczając rękę.
To chyba jakieś żarty ― wymamrotał pod nosem, przesuwając wolną ręką po twarzy. Blondyn jednak nie zwrócił na to uwagi, skupiając się teraz na Vraelu. Zmrużył oczy, a na jego buźce pojawił się oceniający wyraz. Wreszcie uśmiechnął się szeroko.
Jeeej! Zabawnie wyglądasz ― rzucił i postąpił o krok bliżej, ale nagle zatrzymał się, jakby przypomniał sobie o czymś ważnym. ― Właściwie to co tu robicie?

_________________


Mine, motherfuckers.

MY LEVEL OF SARCASM IS TO A POINT
WHERE I DON'T EVEN KNOW IF I'M KIDDING OR NOT.


Ostatnio zmieniony przez Takanori dnia Nie Maj 05, 2013 1:26 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Vivi
Monstrum

avatar

Dołączył : 04/04/2013
Liczba postów : 61
Godność : Valentine Vincent Vrael znany jako Vivi. Lub po prostu V.
Wiek : Dziewięćdziesiąt osiem ludzkich lat, wizualnie nie więcej niż siedemnaście
Rasa : Monstrum
Orientacja : Pedał. Bynajmniej nie od roweru
Wzrost i waga : 172 cm & 45 kg
Znaki szczególne : Rude włosy; tygrysi ogon i uszy; miodowe oczy; długie kły; długie, mocne, ostre i lekko zakręcone rogi
Aktualny wygląd : Ciemnoszara koszula, zapinana na guziki, na długi rękaw; czarne spodnie; czarne trampki; na szyi nieśmiertelnik z trzema V, a na odwrocie z grupą krwi Viviego
Ekwipunek : Podręczny zestaw medyczny w torbie na ramię; chusteczki do nosa; pieniądze; telefon; notatnik i długopis
Multikonta : Will, Arthur, Death, Shann, Nathaniel, Shi`nkahthara

PisanieTemat: Re: Don't look back.   Nie Maj 05, 2013 11:06 am

Rudzielec również zamilkł, bo w sumie cisza idealnie pasowała do tego miejsca. Poza tym, nie miał za bardzo o czym mówić i nie chciało mu się kłapać dziobem bez celu. Szczególnie, że wolał raczej nie denerwować drugiego Monstrum. Zawsze lepiej iść w ciszy z kimś niż wlec się niepewnie w samotności. W razie usłyszenia jakichś niepokojących dźwięków można było się przykleić do kogoś i trząść ogonem. Nie, żeby Valentine coś takiego planował, czy coś...
Wątpliwym było, że komuś w tych ruinach będzie się chciało walczyć, a przynajmniej tak myślał prążkowany kotowaty. Tu nawet kichnięcie mogło się zakończyć katastrofami budowlanymi, które utworzą reakcję łańcuchową jak w popchniętym przez palec domino. Niezbyt ciekawa perspektywa na resztę dnia. Czy tam nocy, co za różnica. No ale nawet jeśli ktoś byłby na tyle głupi, żeby tej dwójce podskoczyć, to obronić by się potrafił. Spokojnie, aż tak bezużyteczny nie był.
Wpatrywał się miodowymi ślepiami w Noriego, czekając na jakąkolwiek odpowiedź. Spodziewał się nawet stwierdzenia, że jest głupi i że jednak pójdą w prawo, ale ostatecznie ciemnowłosy po prostu się zgodził. Machnął pasiastym ogonem, kiedy poczuł dotyk na skórze, a po sekundzie ruszył za szarookim, nie chcąc zostać zbytnio w tyle.
Rudy łeb obracał się to tu, to tam, obserwując czujnie mało ciekawą okolicę. Nie było na czym zawiesić wzroku, wszystko wydawało się być takie same. Zresztą... Vrael nie należał do istot zachwycających się każdym kwiatkiem, kamykiem czy grudką ziemi. Tym bardziej stare, opuszczone budynki nie wzbudzały jego ciekawości. Gapił się wręcz ze znudzeniem, coraz bardziej zastanawiając, skąd się tu wziął. Wydawało mu się, że wszystko wygląda tu tak samo, ale może to tylko jego umysł kłamał, świrował od tych ponurych widoków i już zaczynał tęsknić za światłem, którego z każdą chwilą zaczynało coraz bardziej brakować. Choć po części był kotem, to jednak nie widział po ciemku tak dobrze, jak one. Bądź co bądź, ale jednak był głównie człowiekopodobną istotą. Na pewno będzie widział jakieś zarysy otoczenia, a w promieniu metra na pewno na nic nie wpadnie, ale jednak... No. Po prostu ciemność jest fu w miejscu, którego się nie zna.
I... w którym ktoś był? Uniósł głowę, przestając patrzeć na jakże interesujące podłoże, przystanął obok Takanoriego. Tak jak on, rozejrzał się, próbując zlokalizować źródło śmiechu. Tak jak on, zatrzymał się też na jakiejś niewielkiej postaci trochę dalej, niż oni sami. Nie znał tego dzieciaka, ale fakt, że był tu sam, wydawał się być nieco podejrzany.Viv jednak, jak to Viv, nie był negatywnie usposobiony, w przeciwieństwie do drugiego Monstrum. Uśmiechnął się łagodnie do dzieciaka, dłoń kładąc na dłoni Nishimury. Na tej, w której trzymał broń. Delikatnym gestem niemo powiedział, żeby się opanował. Co on? Do niewinnych chciał strzelać?
- Właśnie - rzucił oskarżycielskim tonem w kierunku Noriego, przyznając tym samym rację dzieciakowi. Przechylił rogaty czerep, wpatrując się w chłopca. Wyszczerzył ostre kły w uśmiechu, kiwając lekko ogonem na boki.
- W sumie... nie wiem. Nie mam pojęcia, co to za miejsce i skąd się tu wzięliśmy - odpowiedział spokojnym, przyjaznym tonem. Pochylił się nieco, opierając dłonie o nogi. Rany, jakie to było niskie... - A ty? - zapytał, stawiając czujnie kocie, rude uszka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Take
Niepohamowany Szał

avatar

Dołączył : 03/04/2013
Liczba postów : 2307
GHOST : Zastępca
Godność : Takanori „Kitsune” Nishimura.
Wzrost i waga : 169 cm | 49 kilogramów.
Partner : I told you I`m gonna hold you down until you`re amazed, give it to you till you`re screaming my name, you stupid dog.
Pan/Sługa : - | Gilbert, Prawy, Mio, Leo, 7.
Znaki szczególne : Spaczenie emocjonalne. Szare, kocie oczy i wydłużone, mocne, zaostrzone, zwierzęce kły. Znaki w kanie wytatuowane wzdłuż linii kręgosłupa; duża blizna przecinająca klatkę piersiową. Kilka kolczyków w prawym uchu, a w lewym jeden. Wyraźna blizna pod lewym okiem, ciągnąca się od dolnej powieki do połowy policzka.
Aktualny wygląd : Daylight's End: klik; Nocna Republika (Shetani): klik; misje: klik; Think you're a dragon slayer: klik.
Ekwipunek : Zapalniczka benzynowa, paczka czekoladowych papierosów, w kaburze czarny rewolwer ASG z pełnym magazynkiem (6 naboi), komórka, pieniądze i scyzoryk.
Inne : Niezrównoważony psychicznie skurwiel. I ma widoczną malinkę na szyi...?
Obrażenia : Rozdarty, opatrzony lewy bok; liczne zadrapania na ciele, szczególnie na plecach (czyli good sex, bo Gilbert).
Bestia : Feniks ‒ Andromeda; Reikon ‒ Ryu.
FUNKCJE : Administracyjny Skurwiel; Mistrz Gry; Strażnik Elementu Otchłani.

PisanieTemat: Re: Don't look back.   Czw Cze 27, 2013 7:33 pm

Od razu dało się wyczuć niezadowolenie ze strony Takanoriego. To było aż nazbyt widoczne. Jego usta jednak tylko na chwilę ściągnęły się wąską linię, gdy niechętnie opuszczał rękę, w której trzymał rewolwer i to tylko dlatego, by odsunąć swoją dłoń od jego. Szare ślepia spojrzały na rudowłosego, wyraźnie informując go, że jeśli coś pójdzie nie tak, to będzie to jego wina. W miejscu, w którym znaleźli się bez własnej woli czy nawet świadomości nie wiadomo było, kto był ich wrogiem, a kto stał po ich stronie. Ostrożność, z jaką ciemnowłosy podchodził nawet do małego dzieciaka była uderzająca, ale nie odezwał się już ani słowem, pozwalając na to, by przez moment sprawy toczyły się własnym torem.
Chłopczyk w ogóle nie czuł się urażony kompletnym brakiem sympatii ze strony jednego z młodzieńców. Tym bardziej, że drugi z nich od razu wywołał szerszy uśmiech na jego buźce. Blondyn bez zawahania obszedł Vraela dookoła, szczególną uwagę przykuwając do jego pasiastego ogona, który już po chwili tknął palcem z dziecięcą ciekawością, jakby było to dla niego zupełnie nowe odkrycie. Szybko jednak na powrót znalazł się naprzeciwko tygrysiego monstrum, w znacznie mniejszej odległości, niż wcześniej. Wyciągnął drobną rączkę w stronę jego twarzy i przesunął palcami po jego zranionej skroni.
Mieszkam tutaj ― odpowiedział wreszcie z tonem, który informował, że było to przecież takie oczywiste, a jednak trudno było uwierzyć w to, że ktokolwiek mógł tutaj mieszkać. Odsunął się o krok i opuścił rękę. ― Każdy obcy się tu gubi, psze pana. Trzeba wiedzieć, którymi drogami należy chadzać ― rzucił tak, jakby doskonale wiedział, że potrzeba była im jakakolwiek wskazówka.
Nishimura uniósł brwi, aczkolwiek jego wzrok dalej błądził gdzieś w okolicy otaczających wielki plac budynków.
To niedorzeczne ― odezwał się wreszcie. ― Przed chwilą udaliśmy się tamtą drogą ― tu kiwnął podbródkiem w stronę odpowiedniego kierunku. ― Mógłbym przysiąc, że cały czas szliśmy prosto, a jednak znów trafiliśmy tutaj.
Jasnowłosy nieznajomy roześmiał się cicho.
Głuptasy! To oczywiście zła droga. Wydostanie się stąd wcale nie jest takie proste. Panują tu trochę inne zasady.
Mhm. Zasady w miejscu bez życia?
Przecież ja żyję ― wskazał palcem na siebie, wypinając dumnie klatkę piersiową. ― Są tu też inne osoby, ale na ogół rzadko się pokazujemy.
Więc chcesz mi powiedzieć, że trafiliśmy tu, bo ktoś z nich wymyślił sobie jakieś durne reguły i chciał się pobawić w kotka i myszkę? ― mruknął chłodno. Może trochę zbyt ostro, jak na tę sytuację, w której musiał zwracać się do dziecka. Zdecydowanie nie nadawał się do konwersowania z bachorami.
Coś w tym rodzaju, ale nie do końca ― zmarszczył brwi, pocierając podbródek w zamyśleniu. Na moment wydął też dolną wargę, co nadało mu odrobinę komicznego wyglądu. ― To miasto ustala zasady. Pierwszą z nich jest to, by nigdy nie oglądać się za siebie, nieważne czy czuje się czyjś wzrok lub dotyk na plecach albo słyszy się nieprzyjazne dźwięki lub głosy. Przez to można utknąć tu na zawsze. A tego nie chcecie, prawda? Druga zasada to nie wierzyć w nic, co się tu widzi, jeżeli to wydaje się być podejrzane. Trzecia zasada ‒ pamiętać o zasadach. Czwarta zasada dotyczy moich ograniczeń. Jestem mieszkańcem tego miasta, a pewne informacje mogę wyjawić wędrowcom tylko raz, więc lepiej zamieńcie się w słuch. Ale i tak mało komu udaje się przez to przejść. ― Och, jakże pocieszające! ― Musicie zacząć od podanych przeze mnie kierunków, inaczej znów traficie do punktu wyjścia ― to dziwne, że jego głos z każdą chwilą stawał się coraz bardziej poważny. Tak samo, jak wyraz jego twarzy. ― Na początek musicie udać się tam ― wskazał palcem kierunek, który wcześniej określony został, jako „prosto”. ― Później, na pierwszym skrzyżowaniu udajecie się w prawo. To dość wąska uliczka. Spotkacie tam starszego mężczyznę ‒ wygląda niepozornie, ale możecie być pewni, że jeden fałszywy ruch i na pewno nie przejdziecie dalej. Nie skrzywdzi was, jeżeli nie zrobicie niczego głupiego. Będzie pytał... Niezależnie od tego, jakie pytanie wam zada musicie zawsze udzielać mu twierdzącej odpowiedzi. Nieważne, że dla was będzie to kłamstwo. Jest szalony. Uważa przytakiwanie za szczerość i szczerością się odwdzięcza, więc jeżeli dacie radę się przedostać, powinien wskazać wam dalszą drogę.
I to wszystko? ― mruknął Kitsune, który pomimo niezdradzania nawet najmniejszego zainteresowania, słuchał uważnie przez cały czas, byleby tylko zapamiętać wyjawione szczegóły.
Nie ― dzieciak uśmiechnął się zagadkowo. ― To byłoby zbyt proste, nie sądzisz?
No pewnie, rzucił w myślach ciemnowłosy, a na jego twarzy znów pojawił się pytający wyraz.
Nie mogę powiedzieć wam wszystkiego. To też wbrew zasadom i nie mielibyście takiej frajdy z wędrówki. O reszcie bez wątpienia przekonacie się sami ― pokiwał głową z przekonaniem. ― Tymczasem powodzenia ― skłonił się teatralnie i rozłożył ręce na boki, okręcając się na pięcie. Zaraz odbiegł, stosunkowo szybko znikając im z oczu.
Nie wiem, czy chcę wiedzieć, jaka niespodzianka na nas czeka ― szarooki wzruszył mimowolnie barkami, niemniej jednak ruszył się z miejsca. Nadal nie ufał dzieciakowi, ale informacje, które im udzielił były jedynym, co mieli. Obrał więc wskazany przez blondyna kierunek. ― Przy okazji... Może rozważysz trochę więcej dystansu? ― pokręcił głową z dezaprobatą.

***

Siłą rzeczy musieli iść dalej. Udawszy się we właściwym kierunku dobrnęli do niewielkiego skrzyżowania. Wbrew temu, co mówił chłopiec ‒ było tu wyjątkowo spokojnie, przynajmniej na tyle, by nawet nie odczuć konieczności oglądania się za siebie. Teraz wystarczyło tylko skręcić w prawo. Take nie zamierzał się patyczkować, więc od razu to uczynił, by zaraz zatrzymać się. W odległości kilku metrów faktycznie znajdował się przygarbiony starzec. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że była to osoba, która nie skrzywdziłaby nawet muchy, ale... No właśnie. Mężczyzna nie poruszył się. Właściwie wyglądał tak, jakby czekał aż ktoś wykona pierwszy ruch. W końcu nie mógł być pewien, czy młodzieńcy chcą czegoś akurat od niego.


Pisane na praktykach, bez weny, ale... jest. A teraz pójdę i zemdleję w ustronnym miejscu. *wywala zapisany zeszyt za siebie*

_________________


Mine, motherfuckers.

MY LEVEL OF SARCASM IS TO A POINT
WHERE I DON'T EVEN KNOW IF I'M KIDDING OR NOT.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Vivi
Monstrum

avatar

Dołączył : 04/04/2013
Liczba postów : 61
Godność : Valentine Vincent Vrael znany jako Vivi. Lub po prostu V.
Wiek : Dziewięćdziesiąt osiem ludzkich lat, wizualnie nie więcej niż siedemnaście
Rasa : Monstrum
Orientacja : Pedał. Bynajmniej nie od roweru
Wzrost i waga : 172 cm & 45 kg
Znaki szczególne : Rude włosy; tygrysi ogon i uszy; miodowe oczy; długie kły; długie, mocne, ostre i lekko zakręcone rogi
Aktualny wygląd : Ciemnoszara koszula, zapinana na guziki, na długi rękaw; czarne spodnie; czarne trampki; na szyi nieśmiertelnik z trzema V, a na odwrocie z grupą krwi Viviego
Ekwipunek : Podręczny zestaw medyczny w torbie na ramię; chusteczki do nosa; pieniądze; telefon; notatnik i długopis
Multikonta : Will, Arthur, Death, Shann, Nathaniel, Shi`nkahthara

PisanieTemat: Re: Don't look back.   Czw Lip 11, 2013 10:06 pm

Vrael nie lubił dzieci, ale jednocześnie nie wierzył też w to, że mogą być jakoś specjalnie groźne. Naiwny kociak... I nie położył po sobie uszu pod wpływem wzroku ciemnowłosego. Co niby mogło się stać? I tak byli na jakimś zrujnowanym zadupiu, bez szansy na wydostanie się w ciągu jakichś kilku godzin, bez mapy, wody... Jedynie z jakimś dziwnym chłopcem, który przez zbyt szybką decyzję Nishimury mógł przypadkiem stracić życie. A wtedy za cholerę by nic nie zrobili.
Rudzielec obejrzał się za jedyną żywą, poza nimi, istotą, która właśnie postanowiła urządzić sobie jakieś Tour De Cośtam, naokoło niego, bo jakże by inaczej. Machnął mocniej ogonem, ale raczej odruchowo niż zamierzenie. Ta, tykanie ogona bez pozwolenia nie było czymś, za czym szczególnie przepadał. Zamrugał szybko, patrząc miodowymi ślepiami na dzieciaka z jakby lekkim zdziwieniem i zerknął na jego rękę. Nie odsunął się jednak, choć przez chwilę chciał. Słuchał przez moment, przenosząc wzrok na jakieś budynki i niebo nad nimi.
- Jak ja kocham zasady... - mruknął cicho i niewyraźnie, raczej do siebie niż któregoś z nich. Ale wyłapywał ich słowa dalej, bo nie miał zamiaru tu utknąć i mieszkać. Nawet chyba nie było w pobliżu żadnego mostu, pod którym można rozstawić ekskluzywny kartonowy domek.
Zaczął się gubić w informacjach. Jego pamięć nigdy nie należała do jakichś wybitnych, dlatego w myślach zaczął sobie powtarzać "prosto, prawo, przytakiwać, do tyłu nie, jednorożce fe". Chociaż wiedział, że drugie Monstrum raczej słucha i w razie co będzie wiedzieć, gdzie iść, nie mógł przecież polegać tylko na nim, prawda? Musiał sam umieć o siebie zadbać, a nie tylko wysługiwać się innymi.
- Tsa... Dzięki... - mruknął do odwracającego się blondyna. Zmrużył oczy, oberwując, jak się oddala. Prosto, w prawo i pogadać z jakimś dziadygą. Niby brzmi prosto, ale weź się po drodze spróbuj nie obejrzeć. Zakazany owoc zawsze smakuje lepiej. Spojrzał na szarookiego i w odpowiedzi po prostu wzruszył ramionami, ruszając za nim.
Na skrzyżowaniu spojrzał w lewo, a potem do przodu. Skręcił jednak w prawo, stając obok i wlepiając wzrok w starca.
- Mogę się założyć, że będzie pytał o jakieś dziwne rzeczy... - szepnął do Nishimury. Zwilżył wargi i podszedł kilka kroków bliżej. Przytakiwać. Po prostu przytakiwać.
- Emm... Dzień... dobry?


//A ja nie mam weny. I nie chce mi się pisać, ale kiedyś trzeba to zrobić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Take
Niepohamowany Szał

avatar

Dołączył : 03/04/2013
Liczba postów : 2307
GHOST : Zastępca
Godność : Takanori „Kitsune” Nishimura.
Wzrost i waga : 169 cm | 49 kilogramów.
Partner : I told you I`m gonna hold you down until you`re amazed, give it to you till you`re screaming my name, you stupid dog.
Pan/Sługa : - | Gilbert, Prawy, Mio, Leo, 7.
Znaki szczególne : Spaczenie emocjonalne. Szare, kocie oczy i wydłużone, mocne, zaostrzone, zwierzęce kły. Znaki w kanie wytatuowane wzdłuż linii kręgosłupa; duża blizna przecinająca klatkę piersiową. Kilka kolczyków w prawym uchu, a w lewym jeden. Wyraźna blizna pod lewym okiem, ciągnąca się od dolnej powieki do połowy policzka.
Aktualny wygląd : Daylight's End: klik; Nocna Republika (Shetani): klik; misje: klik; Think you're a dragon slayer: klik.
Ekwipunek : Zapalniczka benzynowa, paczka czekoladowych papierosów, w kaburze czarny rewolwer ASG z pełnym magazynkiem (6 naboi), komórka, pieniądze i scyzoryk.
Inne : Niezrównoważony psychicznie skurwiel. I ma widoczną malinkę na szyi...?
Obrażenia : Rozdarty, opatrzony lewy bok; liczne zadrapania na ciele, szczególnie na plecach (czyli good sex, bo Gilbert).
Bestia : Feniks ‒ Andromeda; Reikon ‒ Ryu.
FUNKCJE : Administracyjny Skurwiel; Mistrz Gry; Strażnik Elementu Otchłani.

PisanieTemat: Re: Don't look back.   Pon Lip 15, 2013 12:28 am

Ohm, rezygnuję z prowadzenia misji. Toteż zamykam i przenoszę.

_________________


Mine, motherfuckers.

MY LEVEL OF SARCASM IS TO A POINT
WHERE I DON'T EVEN KNOW IF I'M KIDDING OR NOT.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Don't look back.   

Powrót do góry Go down
 
Don't look back.
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Don't you dare look back~
» Welcome back! - gotowe~

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Zawieszone misje-
Skocz do:  
_______________________