IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Personal hell.

Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
Take
Niepohamowany Szał

avatar

Dołączył : 03/04/2013
Liczba postów : 2307
GHOST : Zastępca
Godność : Takanori „Kitsune” Nishimura.
Wzrost i waga : 169 cm | 49 kilogramów.
Partner : I told you I`m gonna hold you down until you`re amazed, give it to you till you`re screaming my name, you stupid dog.
Pan/Sługa : - | Gilbert, Prawy, Mio, Leo, 7.
Znaki szczególne : Spaczenie emocjonalne. Szare, kocie oczy i wydłużone, mocne, zaostrzone, zwierzęce kły. Znaki w kanie wytatuowane wzdłuż linii kręgosłupa; duża blizna przecinająca klatkę piersiową. Kilka kolczyków w prawym uchu, a w lewym jeden. Wyraźna blizna pod lewym okiem, ciągnąca się od dolnej powieki do połowy policzka.
Aktualny wygląd : Daylight's End: klik; Nocna Republika (Shetani): klik; misje: klik; Think you're a dragon slayer: klik.
Ekwipunek : Zapalniczka benzynowa, paczka czekoladowych papierosów, w kaburze czarny rewolwer ASG z pełnym magazynkiem (6 naboi), komórka, pieniądze i scyzoryk.
Inne : Niezrównoważony psychicznie skurwiel. I ma widoczną malinkę na szyi...?
Obrażenia : Rozdarty, opatrzony lewy bok; liczne zadrapania na ciele, szczególnie na plecach (czyli good sex, bo Gilbert).
Bestia : Feniks ‒ Andromeda; Reikon ‒ Ryu.
FUNKCJE : Administracyjny Skurwiel; Mistrz Gry; Strażnik Elementu Otchłani.

PisanieTemat: Personal hell.   Pią Kwi 05, 2013 5:52 am

Gdzieś na skraju Bezimiennego Miasta znajduje się niezbyt pokaźnych rozmiarów dom, który na pierwszy rzut oka wygląda, jakby został porzucony wieki temu. Nie można odnieść bardziej mylnego wrażenia. Pomimo nieco zdezelowanych, szarych murów oraz niezbyt zachęcającego swoim ponurym akcentem wyglądu, miejsce to jak najbardziej jest czyjąś własnością. Jeżeli już odważysz się przekroczyć granice posesji, które otoczona jest wysokim, czarnym płotem, popękana, betonowa ścieżka powiedzie cię w kierunku dwuskrzydłowych drzwi z ciemnego drewna, gdy te staną już otworem, najpewniej twoim oczom ukaże się niezadowolony rezydent, ale nie o tym mowa. W każdym razie pierwszym pomieszczeniem, do którego trafia się po przekroczeniu progu (o ile nie zostanie się wypierdolonym na wstępie), jest niewielki przedsionek utrzymany w kolorze beżowym. Jak pewnie nietrudno się zorientować ‒ to właśnie tu zostawia się buty i kurtki. Już tutaj można zauważyć, jak bardzo wnętrze budynku różni się od tego, co prezentuje jego zewnętrzna część.
Opuszczając przedsionek, od razu trafia się do największego pomieszczenia w całym domu, czyli salonu. Nie jest on miejscem, w którym ciemnowłosy spędza dużo czasu. Właściwie można by rzec, że byłby zbędny, ale gdzieś trzeba czasem przyjąć tych natrętów. Znaczy się... gości. Dwie ściany pomalowane są na beżowo, a pozostałe dwie mają kolor ciemnego brązu. W oczy rzuca się tutaj kominek, a jeśli chodzi o umeblowanie, na środku pokoju znajduje się niski, drewniany stolik, obok którego postawiona jest brązowa sofa i fotel, a pod jedną ze ścian znajduje się komoda, w której cholera-wie-co jest albo czego tam nie ma. W wolnej przestrzeni, pomiędzy bokiem komody, a ścianą, na podłodze leży rozłożony częściowo koc... dla psa. Ponadto wyróżnić można tu jeszcze schody z metalową balustradą, prowadzące na górę oraz parę drzwi, z których jedne prowadzą do kuchni, a to, co znajduje się za drugimi dla innych pozostaje odwieczną tajemnicą, ale jest to prawdopodobnie zwykły składzik, w którym przechowuje się część mało przydatnych rzeczy. W salonie jest także tylne wyjście, prowadzące do niezadbanego ogrodu. Właściwie nie można tego nazwać ogrodem. Tak czy inaczej ‒ wszystko, co znajduje się za domem nie jest użytkowane, więc wielkie, szklane drzwi, prowadzące na zewnątrz przesłonięte są grubymi, ciemnymi zasłonami.
Kontynuując ‒ kuchnia jest średniej wielkości pomieszczeniem i prawdopodobnie najrzadziej odwiedzanym ze wszystkich w całym domu. Dominują tu kolory czerni i bieli. A poza tym wyposażona jest we wszystko, co powinna posiadać każda kuchnia. Szafki, zlew, piec, (wiecznie pusta, nawet, jeśli pełna) lodówka, stół, cztery krzesła i dużo noży. Gilbertowi wstęp wzbroniony.
Na piętrze znajdują się tylko dwa pomieszczenia. Mianowicie łazienka oraz sypialnia ciemnowłosego. Po udaniu się na górę, trafia się na niewielki korytarz. Kierując się w prawo, trafia się do sypialni, która jest dość przestrzenna i szaro-biała. Pod przeciwległą do drzwi ścianą znajduje się dwuosobowe łóżko, obok którego znajduje się niewielka szafka nocna. Okno dachowe wpuszcza tu wystarczająco dużo światła za dnia. Znaleźć to można także jedną komodę z ubraniami, większą szafę z lustrzanymi, rozsuwanymi, której środek także wypełniony jest odzieżą, niewielkie biurko i fotel. A ponadto w rogu obok łóżka zaszczytne miejsce na stojaku zajmuje czarna gitara akustyczna. Można odnieść wrażenie, że robi tylko za ozdobę, niemniej jednak nią nie jest, a domownik doskonale wie, jak się nią posługiwać. Udając się w lewo, dociera się do łazienki, która nie jest szczególnie duża, jednakże można rzecz, że ilość miejsca jest w zupełności wystarczająca. Jest ona wyłożona czarno-białymi kafelkami. Jest tu duża umywalka, pod którą znajduje się szafka, w której znajdują się ręczniki i to, co zazwyczaj trzyma się łazience. Nad umywalką powieszone jest duże lustro. Nie można też zapomnieć o wannie, która przy okazji może robić też za prysznic. Krótko mówiąc ‒ nic nadzwyczajnego.
Co niewątpliwie da się zauważyć na pierwszy rzut oka, to to, że jest tu zadziwiająco czysto. Może nie do tego stopnia, by nazwać właściciela pedantem, który szybko dostrzeże, że coś zostało przesunięte o dwa milimetry i powinno natychmiast wrócić na swoje prawowite miejsce, jednakże na pewno nie znajdzie się tu miejsce dla walających się po podłodze śmieci. Slalom pomiędzy nimi mógłby być uciążliwy. ~ Dodatkowo brak tu ozdób pokroju obrazów, figurek i innych pierdół, które według chłopaka są zbędne.
A M E N.


Ostatnio zmieniony przez Takanori dnia Nie Cze 02, 2013 1:44 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Take
Niepohamowany Szał

avatar

Dołączył : 03/04/2013
Liczba postów : 2307
GHOST : Zastępca
Godność : Takanori „Kitsune” Nishimura.
Wzrost i waga : 169 cm | 49 kilogramów.
Partner : I told you I`m gonna hold you down until you`re amazed, give it to you till you`re screaming my name, you stupid dog.
Pan/Sługa : - | Gilbert, Prawy, Mio, Leo, 7.
Znaki szczególne : Spaczenie emocjonalne. Szare, kocie oczy i wydłużone, mocne, zaostrzone, zwierzęce kły. Znaki w kanie wytatuowane wzdłuż linii kręgosłupa; duża blizna przecinająca klatkę piersiową. Kilka kolczyków w prawym uchu, a w lewym jeden. Wyraźna blizna pod lewym okiem, ciągnąca się od dolnej powieki do połowy policzka.
Aktualny wygląd : Daylight's End: klik; Nocna Republika (Shetani): klik; misje: klik; Think you're a dragon slayer: klik.
Ekwipunek : Zapalniczka benzynowa, paczka czekoladowych papierosów, w kaburze czarny rewolwer ASG z pełnym magazynkiem (6 naboi), komórka, pieniądze i scyzoryk.
Inne : Niezrównoważony psychicznie skurwiel. I ma widoczną malinkę na szyi...?
Obrażenia : Rozdarty, opatrzony lewy bok; liczne zadrapania na ciele, szczególnie na plecach (czyli good sex, bo Gilbert).
Bestia : Feniks ‒ Andromeda; Reikon ‒ Ryu.
FUNKCJE : Administracyjny Skurwiel; Mistrz Gry; Strażnik Elementu Otchłani.

PisanieTemat: Re: Personal hell.   Pią Maj 10, 2013 11:48 pm

Nie dało się ukryć, że rzadko miał okazję bywać w domu i pozwolić sobie na to, by spędzić w nim więcej czasu, mając świadomość, że nigdzie nie musi się spieszyć. Rzecz w tym, że nawet, jeżeli otrzymywał już tę rzadką możliwość, nie potrafił w pełni się nią nacieszyć. Własne cztery ściany nie były dla niego niczym więcej, niż tylko stacją postojową, gdzie mógł pozwolić sobie na załatwienie wszystkich potrzebnych spraw, do których przykładowo należało przebranie się czy chociażby wzięcie prysznica, z którego swoją drogą właśnie korzystał. Czasem wydawało mu się, że poza uspokajającym szumem wody, właściwie niczego więcej mu nie potrzeba. A cały świat, który znajdował się poza drzwiami łazienki przestawał istnieć na czas, w którym letnia woda obmywała ciało, a przyjemna woń żelu pod prysznic wdzierał się do wyczulonego na zapachy nosa. Być może dlatego momentami, zwyczajnie nie chciał szybko pozbywać się tego uczucia. Zapewne i tego dnia spędziłby tu więcej czasu, gdyby nie to, że miał już inne plany. Niezobowiązujące i wywodzące się jedynie z własnego widzimisię, ale jednak. Dlatego też po niecałych dziesięciu minutach kojącego prysznica, ciemnowłosy wreszcie wyłączył wodę, ustępując miejsca martwej ciszy, która już dawno znalazła sobie ciepły kąt w murach jego domostwa. Nic dziwnego, skoro przez większość czasu nie było tu nikogo, ani niczego, co mogłoby zakłócić jej spokój.
Młodzieniec wyszedł z wanny i szybko osuszył się ręcznikiem, by za chwilę naciągnąć na siebie świeże ubrania i opuścić łazienkę. Udał się na dół, po drodze przecierając jeszcze włosy ręcznikiem, który koniec końców wylądował przewieszony na jego karku. Kolejnym celem stała się kuchnia. Chłód kafelek, który ujął bose stopy sam w sobie działał poniekąd pobudzająco. Niemniej jednak nic nie było równie skuteczne, jak kubek gorącej kawy z mlekiem. To nic, że dzień powoli dobiegał końca, a słońce na zewnątrz powoli chyliło się już ku horyzontowi, składając pełen szacunku ukłon nadchodzącej nocy. Zresztą dla Takanoriego pora nie odgrywała większej roli, szczególnie, gdy zasada dotycząca tego, że gdy jest późno, należy się kłaść była mu obca. I nie do przyjęcia.
Gdy gorący napój był już gotowy, chłopak zajął miejsce przy stole, upijając jeden łyk. Odłożył kubek na blat i wyciągnął rękę po wcześniej przygotowaną teczkę, w której znajdowało się kilka.... a właściwie kilkanaście papierów, które podobno KONIECZNIE musiał przejrzeć i wypełnić. Co prawda zwykle wątpił w to, że znajdzie tam coś, co przykułoby jego uwagę. Wyciągnął jedną kartkę wypełnioną drobnym druczkiem i oparł łokieć o blat, a podbródek o dłoń i ze znużeniem w szarych oczach zaczął sunąć spojrzeniem po tekście, obracając długopis w palcach wolnej ręki. Szybko ściągnął brwi, niezadowolony z tego, co tam zobaczył. Tyle wystarczyło, by bez zawahania przekreślił wszystko i zmiął dokument w palcach, odsuwając go na bok. Sięgnął po następny...
Zapowiadał się długi wieczór.

_________________


Mine, motherfuckers.

MY LEVEL OF SARCASM IS TO A POINT
WHERE I DON'T EVEN KNOW IF I'M KIDDING OR NOT.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Czarny Wilk
Nieudany Eksperyment

avatar

Male Dołączył : 04/04/2013
Liczba postów : 2332
AKATSUKI : Zastępca; dowódca patroli.
Wzrost i waga : 158 cm. na ledwo 35 kg.
Partner : The truth is you could slit my throat. And with my one last gasping breath. I'd apologize for bleeding on your shirt...
~ wasza pieprzona wysokość.

Aktualny wygląd : PatrolMisja Akatsuki (nielegalny kontrahent)See you in hellDaylight's EndCatch me if You canSalon
Ekwipunek : Klucz do domu Takanoriego.
Inne : RelacjeKontaktObrażenia • Malinki na ciele. Dużo malinek. Taki dalmatyńczyk pod ubraniem. • Ślad po kłach na szyi, aktualnie zasłonięty przez bandaż. • zdarte gardło (efekt: nienaturalna chrypa)
Bestia : Jednorożec - Nutella Azor von Lerłamerlę, Rabbi - Mozart, Nekro - Laien.
Artefakt : Uniwersalny Kluczyk.
FUNKCJE : Kundel administracji; Mistrz Gry; Naczelnik Misji; Strażnik Elementu Otchłani; Uzupełnianie spisu rang specjalnych.

PisanieTemat: Re: Personal hell.   Pon Maj 20, 2013 12:07 pm

Dzień chylił się ku zachodowi. Ja straciłem całkiem niezłą pracę, mój pies - który nawiasem wspominając, wydawał się dziś szczególnie nierozgarnięty - rzucił się na jakiegoś przechodnia, poszarpał mu kurtkę, potem jeszcze zwyzywał po swojemu, no i na końcu miał ochotę go zagryźć. Na szczęście byłem w pobliżu, więc ten plan przełożył się na następny wtorek. Aha, potem jeszcze wziąłem tego gościa - kolejnym nawiasem, cholernie dziwnego gościa - do takiej jednej całkiem niezłej knajpki za rogiem (ledwie 20 minut drogi od momentu skrzyżowania naszych dróg). Oczywiście, nigdy nie zrobiłbym tego „ot tak se, bo tak”. Miałem w tym jakiś interes. Facet był leniwy i drażniący, ale mówił od rzeczy. No i mówił dużo. We wręcz niezjadliwych ilościach. Szybko się wygadał. Sam nie wiedziałem czy mu wierzyć. W końcu to Otchłań. Janów Kowalskich tu jest naprawdę spory wysyp. Ale kto by nie chciał tego sprawdzić? Dlatego teraz...
Gilbert przesunął wierzchem dłoni po górnej wardze, ścierając z nich okropny posmak. Już teraz czuł te nieprzyjemne słowa, które niedługo niemalże wyrzuci z siebie w stronę osoby, na której nigdy nie chciałby podnieść głosu. Były jednak co najmniej dwa solidne argumenty, dzięki którym niespecjalnie miał ochotę się powstrzymywać. Pogoda nie sprzyjała w kwitnięciu pozytywnych myśli. Słońce zostało przysłonięte przez ciemne chmury, na które Gilbert zwykł zwracać szczególną uwagę. Od dziecka sprawdzał prognozy pogody, nie chcąc sobie spieprzyć humoru byle burzą. Teraz jednak chyba nawet wyładowania elektryczne nie byłby w stanie bardziej go rozzłościć.
Dlaczego? Dlaczego, u licha, dlaczego? Kim on był, żeby mu nic nigdy nie mówić? Psem na posyłki? Jeszcze nie znalazł u siebie wrodzonego instynktu listonosza. Nie przypominał też sobie, by kiedykolwiek odrywano od niego metkę z napisem „Zabawka. W razie nudy wyrzucić”. Nie był pluszakiem, żeby go ściskać bez wytłumaczeń. Nie dawał się nikomu tknąć, nie chciał widzieć pięknych kobiet, ani urokliwych chłopców. Miał dość cudzych uśmiechów i odgłosów masowych flirtów. Nie znosił oglądania par na parkowych ławkach ani małżonków prowadzących kolejny wózek z dzieckiem. Nigdy nie prosił o coś takiego. Chciał tylko kawałka empatii. Typowego: „nie spieprzyłeś, dobry pies”. Więc w takim razie dlaczego?
Gilbert zmarszczył nos. Jakaś kobieta o dziwnej twarzy spojrzała wtedy na niego, ale prędko odwróciła wzrok, gdy chłopak zniknął za najbliższym zakrętem. Można było dostrzec jeszcze tylko ogon jednego z jego wiernych towarzyszów. Natami zrobiła się niespokojna. Chyba wyczuła narwanie swojego właściciela. Raz wyrwała się naprzód i zastąpiła mu drogę, jakby zgadła co takiego chciał zrobić. Ten jednak tylko chwycił ją za łeb i odtrącił na bok, przepychając się wciąż naprzód. Poczuła się nagle skrzywdzona i bezużyteczna. Zaskomlała bezsilnie, spojrzała złotymi ślepiami w stronę szczeniaka, który rozbawiony dreptał za czarnowłosym i merdał podwiniętym do góry ogonem. Był taki beztroski i nieświadomy. Czasami to mogło uchronić od tylu problemów... teraz jednak było tylko dodatkowym balastem. Wiedziała, że nawet gdyby chciała zaatakować Gilberta, Saitō pomyliłby to z dziecięcą zabawą w przepychanki. Z pyska rosłego owczarka wyrwało się parsknięcie. Zaraz okręciła się i puściła biegiem za panem, który mijał kolejną uliczkę, bijąc się z własnymi myślami. Co miał mu niby powiedzieć? „Cześć Take, masz pedałowatego brata, metr siedemdziesiąt, numer buta 41, blondyn, arogant, dupek, całkiem do ciebie niepodobny, ale jednak. Aha, mieliście innych ojców, a jego nigdy nie lubiłeś. Nazywa się Okumura Natsume. Kojarzysz, nie?” No litości. Nawet Gilbert był w stanie zrozumieć słowa wypowiedziane przez Noah`a - że Takanori, nawet, gdyby rzeczywiście był tym samym Takanorim i tak nie przyznałby się do czegoś podobnego. Co prawda Salvatore nie wiedział dlaczego miałby ukrywać coś takiego. To tylko niezmazywalny fakt posiadania brata. W obu płynęła ta sama krew, choć inaczej połączona. I jeszcze to dzieciństwo... gdyby Wilk był zmuszony... nie. Nie miał zamiaru nawet stawiać się w takiej sytuacji w myślach. To już było dla niego zbyt wielkim zadaniem, dlatego w pewnym momencie nawet współczuł Nishimurze za coś takiego. Nie dziwił się też zamknięcia. Nagle wszystko jakby zaczęło się scalać. Szkoda tylko, że musiał się dowiadywać o tym od dziwnych osób spotkanych całkowicie przypadkiem...
Gilbert zaklął soczyście pod nosem, gdy niemalże wpadł na elegancika z podwiniętymi wąsami, długimi na 20 centymetrów. Mężczyzna wyprostowany jak struna, odwrócił się za nim, uniósł pięść i zaczął nią wymachiwać dodając do tego słowa pełne wyrzutu. „Ty niechlujny szczeniaku!” - rozbrzmiało za czarnowłosym, gdy chwytał za barierkę i przeskoczył prędko ponad nią, lądując na czerwonawym trawniku i znów ruszając zdecydowanie zbyt szybkim krokiem przed siebie.
Już właściwie widział dom Takanoriego.
Natami przeskoczyła zwinnie nad płotem i uderzyła łapami o ziemię. Odbiła się i wylądowała idealnie w krok za Gilbertem. Spojrzała na niego z lekkim wyrzutem, ale nic więcej nie zrobiła. Po tym jak chwyciła go za materiał koszulki i zawarczała, Salvatore i tak tylko odepchnął ją ponownie, odwarknął równie rozdrażniony i poszedł w cholerę, ścinając dzielące go od celu metry.
„Nawet nie wiesz czy tam jest...”
Trudno. Poczekam na niego. I tak nie mam nic do roboty, przewrócił oczami, momentalnie sięgając za siebie. To takie idiotyczne, a jednak nie mógł się powstrzymać. To tak, jakby nie ufał Nishimurze albo przeciwnie - znał go na tyle dobrze, aby wiedzieć jaki będzie jego ruch. Prawda skłaniała się w pierwszym kierunku, no i tym, że Wilczy był bardzo przewrażliwiony. Narwany. Mimo dobrych dwóch setek na karku, wciąż zachowywał się jak gniewny nastolatek.
Właśnie chwycił za klamkę i wszedł razem z drzwiami.
Rozległ się głośny trzask, niczym pojedynczy wystrzał z armaty. Drzwi zatrzęsły się, a potem powróciły, z kolejnym hukiem zamykając się na amen, tuż przed nosem zdezorientowanej Natami. Pies szurnął pazurami o drewno, ale Gilbert już tego nie słuchał. Choć podświadomie jedno z uszu powędrowało ku wejściu, chłopak był już w drodze do salonu.
- Teraz to mi wszystko wytł... - ściął się.
To naprawdę źle wyglądało, gdy wtargnął do kuchni, a potem nagle cofnął się o krok, marszcząc przy tym okropnie brwi i ściągając twarz w nagłym zaskoczeniu. Przez delikatnie uchylone usta wyrywały mu się szybkie i płytkie wdechy i wydechy, w dłoniach ściskał nóż sprężynowy z wysuniętym ostrzem, a jego zmierzwione włosy sugerowały spontaniczny sposób przybycia tutaj. - Wy... eee - powtórzył automatycznie. Pierwszy raz od śmiertelnie długiego czasu zobaczył Nishimurę w tak ludzkim scenariuszu. Po prostu siedział, przeglądał papiery, miał mokre włosy, kąpał się, ręcznik, kuchnia, bose stopy... Gilbert przełknął ślinę, usuwając gulę w gardle, a potem potrząsnął głową i wyprostował się, zadzierając głowę do góry. - Wytłumaczysz! W czym jestem gorszy od wszystkich innych? I nawet się do mnie nie zbliżaj - warknął na końcu, unosząc dłoń z nożem. Ostrze złapało jeden z promieni i zalśniło ostateczną tęczą. Tak po prawdzie Nishimura nie musiał nawet drgnąć - Gilbert i tak wypowiedziałby to krótkie zdanie na końcu. Jakby już teraz chciał przepowiedzieć jego najbliższy ruch i się przed nim uchronić. Jego dłoń płonęła. - Trzy słowa; Okumura Natsume, brat. - Gilbert pokazał kły, unosząc na moment górną wargę w pełnym żalu i pogardy zarazem geście.

_________________


{ . . . }

I do very bad things and I do them very well.
________________I wanna... li-li-li-lick you...

{ w i l d __w o l f  }

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Take
Niepohamowany Szał

avatar

Dołączył : 03/04/2013
Liczba postów : 2307
GHOST : Zastępca
Godność : Takanori „Kitsune” Nishimura.
Wzrost i waga : 169 cm | 49 kilogramów.
Partner : I told you I`m gonna hold you down until you`re amazed, give it to you till you`re screaming my name, you stupid dog.
Pan/Sługa : - | Gilbert, Prawy, Mio, Leo, 7.
Znaki szczególne : Spaczenie emocjonalne. Szare, kocie oczy i wydłużone, mocne, zaostrzone, zwierzęce kły. Znaki w kanie wytatuowane wzdłuż linii kręgosłupa; duża blizna przecinająca klatkę piersiową. Kilka kolczyków w prawym uchu, a w lewym jeden. Wyraźna blizna pod lewym okiem, ciągnąca się od dolnej powieki do połowy policzka.
Aktualny wygląd : Daylight's End: klik; Nocna Republika (Shetani): klik; misje: klik; Think you're a dragon slayer: klik.
Ekwipunek : Zapalniczka benzynowa, paczka czekoladowych papierosów, w kaburze czarny rewolwer ASG z pełnym magazynkiem (6 naboi), komórka, pieniądze i scyzoryk.
Inne : Niezrównoważony psychicznie skurwiel. I ma widoczną malinkę na szyi...?
Obrażenia : Rozdarty, opatrzony lewy bok; liczne zadrapania na ciele, szczególnie na plecach (czyli good sex, bo Gilbert).
Bestia : Feniks ‒ Andromeda; Reikon ‒ Ryu.
FUNKCJE : Administracyjny Skurwiel; Mistrz Gry; Strażnik Elementu Otchłani.

PisanieTemat: Re: Personal hell.   Pon Maj 20, 2013 7:18 pm

Potarł ręką policzek, czując wzbierającą się w nim rezygnację. Coraz bardziej żałował, że zgodził się zabrać za czytanie tych bzdetów. Jeżeli mógł wątpić w innych jeszcze bardziej, niż dotychczas to właśnie zmierzał w tym kierunku. Przebiegając spojrzeniem po kolejnych słowach, co chwila musiał coś kreślić, poprawiać albo ‒ w ostateczności ‒ przekreślać całkiem i odrzucać na bok. To nie tak, że chciał koniecznie widzieć w ludziach idiotów ‒ oni po prostu nie dawali mu większego wyboru. Nawet teraz, gdy nie musiał na nich patrzeć. Prawdę mówiąc, zawalając sobie głowę tymi bezużytecznymi informacjami, czuł się coraz bardziej zmęczony. Musiał szczerze przyznać, że praca fizyczna nie była dla niego tak męcząca, jak papierkowa robota, która wiązała się jeszcze z tym, że będzie musiał jasno wyjaśnić każdemu skretyniałemu laikowi, jak powinien wyglądać prosty raport. Nie wspominając już o zarzuceniu niektórym bonusowymi słownikami, skoro momentami nawet ortografia leżała i kwiczała. Jedynym plusem tej roboty było to, że mógł spokojnie odbębnić ją w domu, mając świadomość tego, że nikt nie wpadnie do niego ze swoją litanią na temat tego, co znów poszło nie tak. Panował tu idealny spokój i cisza, którą zaledwie na moment przerwał stukot psich pazurów obijających się o salonowe panele. Takanori był tak przekonany, że nic nie będzie mu przeszkadzać, że nawet nie przyszło mu na myśl, że ta cisza mogła zwiastować nadchodzącą burzę. Niestety ktoś dobitnie musiał mu uświadomić jak bardzo się pomylił...
Huk zatrzaskujących się drzwi i akompaniujące mu szczeknięcie psa podrażniły uszy monstrum. Trzeba jednak przyznać, że Nishimura, jak zwykle zachował zimną krew, jakby już od początku wiedział, kogo zaraz ujrzy w wejściu do kuchni, na które przeniósł chłodne spojrzenie. Kryła się w nim jakaś nuta niezadowolenia. Niemniej jednak nawet nie oderwał policzka od ręki, na której wspierał głowę, jakby całe to zdarzenie było dla niego czymś zupełnie przewidywalnym. W końcu tylko jedna osoba miała tupet, by jak gdyby nigdy nic wbijać do jego domu i jeszcze mieć czelność pokazywać mu się na oczy, a przy okazji bez większych wyjaśnień domagać się czegoś. Tak przynajmniej sądził Kitsune, jednakże sam był zaskoczony tym, że czarnowłosy nagle stracił całą pewność siebie. W milczeniu uniósł brwi, czekając na to, co miał do powiedzenia. O ile nadal miał, bo wyglądało na to, że bliżej było mu do wykonania taktycznego odwrotu, co byłoby poniekąd dobrym rozwiązaniem, jeżeli miało się nietypowe problemy z wysławianiem się. Dziwne, skoro Gilbert zazwyczaj miał najwięcej do powiedzenia i czasem nawet nie nadążał z zastanawianiem się nad tym, co mówi.
Hm? ― rzucił ponaglająco. W końcu w takim tempie mogliby równie dobrze skończyć tę rozmowę za tydzień. Chociaż ciemnowłosy zapewne zdążyłby wyrzucić Wilczego za drzwi, chociaż przyglądanie się jego reakcjom było na swój sposób... rozrywkowe? Co prawda równie dobrze mogło szybko mu się znudzić. Dlatego Wilczy miał szczęście, że wreszcie zdobył się na wyrzucenie z siebie pełnych i bardziej sprecyzowanych zdań.
„W czym jestem gorszy od wszystkich innych?”
No... może z tym stwierdzaniem precyzji nie należało się zapędzać.
Młodzieniec ściągnął brwi, niezrażony ostrzem noża, którym Salvatore celował prosto na niego. Bardziej zastanawiało go to, co zmusiło go do tego nagłego pytania. I już rozchylił usta, żeby coś powiedzieć, gdy nagle zza pleców Gilberta dobiegł ostrzegawczy psi warkot. To, że Takanori ze spokojem przyjął do siebie gwałtowną reakcję chłopaka, nie oznaczało, że Kundlowi udzieliła się ta sama aura. I tyle wystarczyło, by to łagodne psisko obnażyło kły i zjeżyło sierść na karku, gotowe zaatakować Wilka, który niesłusznie mu się wygrażał. Czworonóg był w stanie znieść tarmoszenie za uszy, ogon, dotykanie go przez obcych, jednakże ślepo oddany właścicielowi nie pozwalał na podnoszenie na niego ręki. I teraz, gdy był już na tyle blisko, by bez ceregieli wgryźć się chociażby w nogę czarnowłosego i odwieść go od pomysłu zaatakowania Nishimury...
Hej! Na miejsce.
... psie zęby klapnęły i prawie otarły się o nogawkę Salvatore'a. Chart skulił uszy i cofnął się do tyłu, choć krótkie warknięcie, które z siebie wydał wyraźnie świadczyło o tym, że niekoniecznie był zadowolony z faktu, że musiał wrócić na koc rozłożony w rogu salonu. Ciemnowłosy nawet nie musiał krzyczeć. Nawet lekko uniesiony głos i nieprzychylne spojrzenie szarych ślepi dały psu do zrozumienia, że to rozkaz. Gdy ten już dopiął swego, od razu skupił się na drugim kundlu, tym, na którego nie działały proste polecenia. W dodatku nie był na tyle łaskawy, by przestać szczekać, gdy miał to zrobić.
I to wszystko? ― przekrzywił głowę jeszcze bardziej w bok, nadal nie do końca rozumiejąc, jaki był konkretniejszy cel wizyty Gilberta. ― Chcesz wiedzieć w czym jesteś gorszy od innych? ― nawet nie krył się ze swoim oceniającym spojrzeniem, które zmierzyło Salvatore'a od głowy do stóp i z powrotem. ― Może w tym, że inni wiedzą, że zanim wejdziesz do cudzego domu, najpierw dobrze byłoby zapukać do drzwi i upewnić się czy ta osoba ma ochotę cię wpuścić? Albo pamiętają o tym, że podłoga sama się nie umyje? Swoją drogą, mam nadzieję, że lubisz to robić. Wygląda na to, że tak ― mruknął i wskazał jego buty długopisem, który trzymał w ręku, choć już nawet nie spojrzał w tamtym kierunku. ― Ten twój zapał do pracy zawsze mnie cieszył. Co jeszcze? Pewnie to, że w tym momencie to ja powinienem wymachiwać ci nożem przed nosem. I co zrobisz, jeśli podejdę, hm? Poderżniesz mi gardło czy zadźgasz? ― po tych słowach, jak na złość podniósł się z miejsca. Odsuwane krzesło zaszurało o kafelki. Kitsune jednak nadal stał w miejscu wspierając się rękami o blat, niemniej jednak nic nie wskazywało na to, by groźba czarnowłosego go poruszyła. Był irytująco spokojny. Przerażająco wręcz.
... kto by przypuszczał, że nagle wszystko runie mu na głowę?
Okamura... Natsume... brat... Skąd...?
Coś ścisnęło go w płucach, aczkolwiek na całe szczęście wyraz jego twarzy nie uległ większej zmianie. Za wyjątkiem momentu, w którym kąciki jego ust lekko drgnęły, jednakże ciemnowłosy powstrzymał się od przyodziania swojej twarzy w grymas niezadowolenia. Nawet on miał tę świadomość, że w takich chwilach należało po prostu zachować spokój, byleby nie narazić się na zdemaskowanie. Dlatego też wyglądał tak, jakby usłyszał jakoś mało ważne, losowe nazwisko, a Gilbert właśnie coś sobie ubzdurał. Upadł na głowę, doznał poważnego urazu, a teraz bredził od rzeczy. I dlaczego, do cholery, w ogóle się tym interesował? Poza tym nie mógł wiedzieć, skoro ta przeszłość została wymazana wieki temu. Chyba, że...
Nie. To niemożliwe.
Nie wiedziałem, że masz brata ― rzucił i wyprostował się, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Tak, trzeba było po prostu odbić piłeczkę. W końcu nie powiedział, o czyjego brata chodziło. ― I co z nim? Zrobiłem mu krzywdę? Okradłem go? Zabiłem jego dziewczynę? Zresztą... co za różnica? Zdarza się. Nie zawsze interesuję się tym, z kim mam do czynienia ― wzruszył barkami. Znając go, pewnie w ogóle nie interesował się tym, z kim zadzierał. Ale teraz nie to było ważne... Teraz musiał po prostu grać. ― W każdym razie to wyjaśniałoby ten cały cyrk ― zmrużył oczy, zerkając na nóż. Niełatwo było tak stać, gdy w środku nieomal rozpętało się piekło, a w głowie krążyło z miliard pytań bez odpowiedzi.
Kurwa.

_________________


Mine, motherfuckers.

MY LEVEL OF SARCASM IS TO A POINT
WHERE I DON'T EVEN KNOW IF I'M KIDDING OR NOT.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Czarny Wilk
Nieudany Eksperyment

avatar

Male Dołączył : 04/04/2013
Liczba postów : 2332
AKATSUKI : Zastępca; dowódca patroli.
Wzrost i waga : 158 cm. na ledwo 35 kg.
Partner : The truth is you could slit my throat. And with my one last gasping breath. I'd apologize for bleeding on your shirt...
~ wasza pieprzona wysokość.

Aktualny wygląd : PatrolMisja Akatsuki (nielegalny kontrahent)See you in hellDaylight's EndCatch me if You canSalon
Ekwipunek : Klucz do domu Takanoriego.
Inne : RelacjeKontaktObrażenia • Malinki na ciele. Dużo malinek. Taki dalmatyńczyk pod ubraniem. • Ślad po kłach na szyi, aktualnie zasłonięty przez bandaż. • zdarte gardło (efekt: nienaturalna chrypa)
Bestia : Jednorożec - Nutella Azor von Lerłamerlę, Rabbi - Mozart, Nekro - Laien.
Artefakt : Uniwersalny Kluczyk.
FUNKCJE : Kundel administracji; Mistrz Gry; Naczelnik Misji; Strażnik Elementu Otchłani; Uzupełnianie spisu rang specjalnych.

PisanieTemat: Re: Personal hell.   Nie Maj 26, 2013 1:54 pm

Warkot. Gilbert w pierwszej chwili nie miał ochoty ani zamiaru odwracać wzroku od Nishimury, ale jednocześnie wiedział, że tylko kwestią czasu jest, by Kundel się na niego rzucił. Owszem. Kochał psy. Szalał za nimi jak niejeden, był prawdziwym miłośnikiem, potrafiącym się zająć właściwie każdym psiskiem, bez względu na wzrost i wagę. Ale teraz nie mógł sobie nawet przedstawić obrazu, w którym miałby się wycofać. Zwyczajnie intuicja wzięła górę, a Gilbert - chcąc, nie chcąc - odwrócił spojrzenie od ciemnowłosego i spojrzał przez ramię, wgryzając się intensywnie niebieskim wzrokiem w pupilka. Nie pozostał zresztą dłużny. Liczne warknięcia charta, uzyskiwały odpowiedzi, w postaci całkiem podobnych, gardłowych powarkiwań, a im groźniej robił to pies, tym Gilbert bardziej się irytował.
No dalej, zapchlona pierdoło, charknął w myślach, zaciskając zęby. Jakby samymi myślami, chciał go sprowokować. Przez moment dłoń drgnęła, już opadała w dół, gdy nagle znów poderwała się ku górze, jakby chłopak w ostatnim momencie przypomniał sobie, że przyszedł tu z innego powodu. Spojrzał z powrotem na Kitsune. A było tak blisko... Już niemalże widać było jego zgarbioną sylwetkę przygotowaną do skoku, uszy, zjeżoną sierść na ogonie. Był gotów w sekundę przetransformować się w monstrum i rzucić się w stronę gardła przeciwnika.
Gdyby nie głos Takanoriego.
Wtedy już wiedział, że Kundel nawet nosem go nie tknie, choć i tak dość potężnie zirytowało go ostatnie kłapnięcie zwierzęcia. I? Musiał mieć zawsze ostatnie zdanie w kwestii, na której temat i tak nie miał nic do powiedzenia? Gilbert nie był nawet świadom, jak wiele cech wspólnych posiada z tym psem, ale w obecnej sytuacji, chyba nie chciał być do niego porównywany. Duże oczy jak na chłopaka i tak zrobiły się większe, gdy Nishimura podniósł się z miejsca. Sekundę później znów zostały wrogo przymrużone, wysyłając jak najjaśniejsze sygnały, aby się nie zbliżać, bo ogień może przypalić.
To prawda. Łatwo go było wytrącić z równowagi. Wiedział to on, wiedzieli to inni. A im częściej zostawał wrzucany do grona podobnych sytuacji, tak częściej jego drażliwość osiągała poziom niebezpieczny. Zdecydowanie zbyt wysoki, aby przykryć się racjonalnym myśleniem i nieco przejrzyściej przyjrzeć się pewnym scenom, które po przestudiowaniu w ciszy i spokoju, z pewnością prezentowałyby się inaczej. Ale kto by na to zwracał uwagę? W świecie, gdzie gwałtowność nie zawsze jest cechą negatywną, a urok osobisty zostaje odbierany jako broń, a nie atut, wszystko miało swoje podłoże. Do tego stopnia, aby Salvatore nie tamował swoich odruchów.
To śmieszne być pewnym swojego zdania, bo usłyszało się parę „ciekawostek” od przypadkowej osoby. Inaczej jest jednak, gdy to wszystko wydaje się mieć sens, poprzedzony jakimś twardym podłożem w przeszłości. Wreszcie znalazł te cholerne puzzle. I co? Miał nagle zrezygnować? Tylko dlatego, bo Takanoriemu było to zdecydowanie nie na rękę? W snach. W idealnie wykreowanych snach. W końcu są kwestie, które można wyjaśnić w bardziej składny sposób. Z drugiej strony są osoby, które posądzają go o wieczny masochizm. Nic dziwnego, że nawet teraz, gdy ciemnowłosy z premedytacją postanowił się do niego zbliżyć, on czuł narastającą ekscytację.
I ciekawość, którą przewlekało multum innych, równie silnych emocji. Większości z nich nie potrafił nawet zidentyfikować, jakoś nazwać. Po prostu w pewnym momencie i tak puściły mu nerwy i to, co przygotował sobie na początku, jako idealny wstęp do ich „rozmowy”, teraz rozwiało się, przymglone złością.
- Daruj sobie, Take. Myślisz, że masz przed sobą kolejnego głupiego idiotę, którego możesz wykorzystać i zwyzywać? - skrzywił się, jakby już sam sobie odpowiedział na to pytanie. Nie było to trudne. - Niedoczekanie - prychnął po chwili, w ramach odpowiedzi. Nie chciał dać się prędko złamać, choć gra Takanoriego wywołała w nim zmieszanie. Miał nawet wrażenie, że pan ma rację, że coś sobie uroił. Ale tylko przez sekundę. Natsume był taki naturalny, taki... w porządku. W rzeczywistości okazał się całkowitym przeciwieństwem szatyna, który bił, gwałcił i zabijał, dla celów nienazwanych, a jego czyny często były bezpodstawne.
I kto tu niby był trudny do rozgryzienia?
Postąpił krok do przodu. Nóż dwa razy świsnął w powietrzu, kreśląc niewidzialną literę „x”. Kolejny krok i jeszcze jeden. Ostrze ostatni raz nakreśliło półokrąg i zatrzymało się na gardle ciemnowłosego. Mimowolnie usta Gilberta wykrzywiły się w pełnym niesmaku wyrazie, choć gdyby się lepiej przyjrzeć, widać było, jak kącik ust drgnął ostatni raz, na siłę chcąc zmienić ten wyraz na bardziej prawdziwy. Zadarł jednak brodę do góry, wlepiając parę błyszczących, dwukolorowych punkcików w twarz Kitsune. Przesunął uważnie wzrokiem, oceniając w myślach jego wygląd, by i tak powrócić do pierwotnego punktu zaczepienia. Byli teraz o centymetr. Wyraz jego twarzy, mimo zmarszczonych brwi, nagle jakby się zmienił. Widać było w nim więcej zmieszania. Tak blisko...
- Jak już to skończymy to... no... czy ja... - nerwowo przełknął ślinę. Leciała sprzeczność za sprzecznością. - I mean... oh god, come on, I'm not stupid - przestawił się na inny język - ... I'm only embarrassed, so... Ich bin - przy niemieckim ściął się totalnie. Dopiero w sumie Natami przypomniała mu, gdzie (i po co) jest. Pojedyncze szczeknięcie. Gilbert przyłożył zdrętwiałą - wolną - dłoń do czoła.
- Chodzi mi o to, że może bym mógł spędzić z tobą trochę czasu. Nie zajmę go dużo, ze dwa kwadranse, nie więcej. Chciałbym cię zapytać o parę... po prostu zadać kilka pytań. O-oczywiście nie musisz na nie odpowiadać, czy coś. To taka sugestia do odrzucenia. - Spuścił wzrok. - Ale jej nie odrzucaj.
Gilbert, nie mów bogu co ma robić.

_________________


{ . . . }

I do very bad things and I do them very well.
________________I wanna... li-li-li-lick you...

{ w i l d __w o l f  }

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Take
Niepohamowany Szał

avatar

Dołączył : 03/04/2013
Liczba postów : 2307
GHOST : Zastępca
Godność : Takanori „Kitsune” Nishimura.
Wzrost i waga : 169 cm | 49 kilogramów.
Partner : I told you I`m gonna hold you down until you`re amazed, give it to you till you`re screaming my name, you stupid dog.
Pan/Sługa : - | Gilbert, Prawy, Mio, Leo, 7.
Znaki szczególne : Spaczenie emocjonalne. Szare, kocie oczy i wydłużone, mocne, zaostrzone, zwierzęce kły. Znaki w kanie wytatuowane wzdłuż linii kręgosłupa; duża blizna przecinająca klatkę piersiową. Kilka kolczyków w prawym uchu, a w lewym jeden. Wyraźna blizna pod lewym okiem, ciągnąca się od dolnej powieki do połowy policzka.
Aktualny wygląd : Daylight's End: klik; Nocna Republika (Shetani): klik; misje: klik; Think you're a dragon slayer: klik.
Ekwipunek : Zapalniczka benzynowa, paczka czekoladowych papierosów, w kaburze czarny rewolwer ASG z pełnym magazynkiem (6 naboi), komórka, pieniądze i scyzoryk.
Inne : Niezrównoważony psychicznie skurwiel. I ma widoczną malinkę na szyi...?
Obrażenia : Rozdarty, opatrzony lewy bok; liczne zadrapania na ciele, szczególnie na plecach (czyli good sex, bo Gilbert).
Bestia : Feniks ‒ Andromeda; Reikon ‒ Ryu.
FUNKCJE : Administracyjny Skurwiel; Mistrz Gry; Strażnik Elementu Otchłani.

PisanieTemat: Re: Personal hell.   Nie Maj 26, 2013 5:03 pm

Ani trochę nie dziwił się reakcji Gilberta na próbę ataku przez Kundla, jakby był całkowicie przyzwyczajony do tego, że czarnowłosy był już na tyle zezwierzęcony, by nie puścić płazem tego, że drugie zwierzę szczerzy na niego kły. Zapewne było to jednym z powodów, dla których powstrzymał charta przed ugryzieniem Wilczego ‒ wolał, żeby wszystkie meble w jego domu pozostały w stanie nienaruszonym, a także dom przypadkiem nie runął od rzucania się po ścianach. Już i tak zwykli sprawiać mu więcej problemów, niż przewidywały ustawy. Jakoś nie czuł potrzeby dopisywania do swojej listy konieczności znalezienia nowego dachu nad głową. Biorąc pod uwagę brak skrupułów, którym się kierował, to nie zajęłoby mu dużo czasu, ale mógł szczerze przyznać, że tu było mu wygodnie. Pomijając fakt, że niektóre osoby wiedziały, że mogą go tutaj szukać.
Na przykład taki Gilbert, który przekraczał próg jego domostwa na żywioł, a potem jeszcze dziwił się krzywym spojrzeniom i temu, że traktowany był, jak idiota. To oczywiste, że trudno było postrzegać go w inny sposób, gdy nie pamiętał o najprostszych zasadach, gdy brał się na odwagę, by wreszcie stanąć twarzą w twarz z ciemnowłosym. Co prawda „odwaga” była tu dość skrzywionym pojęciem. Salvatore naprzemiennie tracił pewność i starał się uświadomić, że jednak ją posiada. Czasem trudno było odgadnąć, co właściwie chodziło mu po głowie, gdy w jednej chwili zachowywał się, jakby miał wymordować pół Otchłani, a w drugiej ‒ czasem za sprawą jednego sztyletującego spojrzenia ‒ podkulał uszy i ogon. I to właśnie próba zrozumienia jego niczym nie różniła się od porywania się z motyką na słońce. Z drugiej strony nie krył tego, co zżerało go od środka, toteż poniekąd był otwartą księgą. Tyle, że z dość pokręconą treścią i fabułą samą w sobie. Ba! Momentami był bardziej zagmatwany, niż Moda na Sukces. Często trudno było obyć się bez bólu głowy po spotkaniu z nim, a jednocześnie coś sprawiało, że nie miało się najmniejszej ochoty wyrzucać go za drzwi.
Nawet teraz, gdy wydawało się to być najrozsądniejszym wyjściem. Takanori nawet nie drgnął, gdy Wilczy bezczelnie zaczął zbliżać się do niego i wymachiwał ostrzem noża, myśląc, że dzięki temu stanie się dla niego zagrożeniem. Może rzeczywiście nim był, gdy Kitsune mając już nóż przy gardle, nawet nie drgnął i w dalszym ciągu trwał z założonymi rękami, nie próbując podjąć próby wyswobodzenia się z kiepskiego położenia. Uniósł jedynie brwi, jakby niemo chciał spytać: „I co teraz?”. Spodziewał się czegoś więcej, niż tylko drastycznego spadku przekonania co do słuszności tego, co robi i nieskładnego bełkotu. W zasadzie mógł założyć, że przyczyną tej błyskawicznej zmiany był zmniejszony dystans pomiędzy nimi. Mógł, ale nie musiał. Sam nigdy nie znalazł się w podobnej sytuacji, bo pod względem usposobienia mógł być przeciwnym biegunem dla Salvatore'a. Jeszcze nigdy nie pożarło go zakłopotanie. Zwykle wiedział, jakie słowa powinien dobrać albo kiedy należało coś przemilczeć, bo nie było warte nadwyrężania sobie gardła. Wiedział, kiedy coś zrobić, a kiedy się powstrzymać lub zastanowić nad inną metodą działania. Czarnowłosy był bardziej impulsywny, przez co kończył... właśnie tak.
Urocze ― podsumował. Była w tym jakaś cząstka premedytacji. Ktoś taki, jak Wilk najpewniej nie pozwalał sobie na to, by w ten sposób określano jego nieudolne zachowanie. Z drugiej strony ‒ Nishimura nie kłamał i nic nie wskazywało na to, by chciał mu zrobić na złość, a po prostu stwierdzał NIEPODWAŻALNY FAKT (deal with it). ― Gdy skończymy co? ― zmarszczył nos i wreszcie uniósł jedną z rąk, jednakże był to ruch na tyle ostrożny, że nie zdradzał złych zamiarów. Chyba, że jedynie wobec siebie samego, o czym Wilczy mógł przekonać się już po chwili, gdy ciemnowłosy przesunął opuszką kciuka wzdłuż ostrza noża. Siłą rzeczy skóra na palcu została rozcięta, a krew powoli zaczęła sączyć się z nowo powstałej rany.
„... może bym mógł spędzić z tobą trochę czasu.”
Zły początek.
„Chciałbym cię zapytać o parę... po prostu zadać kilka pytań.”
No jasne. Przecież zawsze to robisz.
A on... obiecał, że przy następnej okazji odpowie.
Cholera.
Milczał przez moment, pozostawiając Gilberta w dość niepewnej sytuacji. Skoro prosił o takie rzeczy, dlaczego nadal trzymał narzędzie zbrodni przy jego gardle? Dlaczego zaprzeczał sam sobie?
Tak blisko... ― rzucił, a brzmiało to tak, jakby odczytał myśli czarnowłosego, jednakże nie było niczego bardziej mylącego. Jego stwierdzenie wiązało się z zupełnie odmiennym kontekstem. Tym, który w tej chwili wydawał się być mniej przyjazny. W tym samym czasie skaleczoną dłonią uniósł podbródek Wilczego i delikatnie przejechał zranionym kciukiem po jego dolnej wardze, pozostawiając na niej świeżą krew. Drugą ręką zmusił go do odsunięcia noża od jego ciała. Gdy miał już pewność, że nic mu nie grozi nachylił się, drastycznie zmniejszając odległość pomiędzy ich twarzami, a jednak jedynym, co mógł poczuć czarnowłosy był ciepły oddech na wargach. W tym momencie dawał on uczucie, jakby pomimo tej niewielkiej odległości, mieli pomiędzy sobą ścianę nie do przebicia. ― Naprawdę, Gilbercie? Na przyszłość nie wyciągaj broni, gdy nie jesteś pewien tego, czy chcesz kogoś zabić ― wymruczał cicho, a z tej odległości jego słowa i tak na pewno rozbrzmiewały wyraźnie w uszach chłopaka. ― Zawsze przepuszczasz najlepsze okazje? ― dodał i wyprostował się, puszczając podbródek, jak i odsuwając się od Wilczego o jeden krok. Faktycznie zmarnował idealną szansę na pozbycie się źródła swoich problemów. ― Siadaj ― rzucił, niedbałym gestem ręki wskazując krzesło naprzeciwko. Sam przysunął do stołu to, na którym wcześniej siedział i zajął miejsce. Wpakował dokumenty z powrotem do teczki i odsunął je na bok, rzucając monstrum wyczekujące spojrzenie.

_________________


Mine, motherfuckers.

MY LEVEL OF SARCASM IS TO A POINT
WHERE I DON'T EVEN KNOW IF I'M KIDDING OR NOT.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Czarny Wilk
Nieudany Eksperyment

avatar

Male Dołączył : 04/04/2013
Liczba postów : 2332
AKATSUKI : Zastępca; dowódca patroli.
Wzrost i waga : 158 cm. na ledwo 35 kg.
Partner : The truth is you could slit my throat. And with my one last gasping breath. I'd apologize for bleeding on your shirt...
~ wasza pieprzona wysokość.

Aktualny wygląd : PatrolMisja Akatsuki (nielegalny kontrahent)See you in hellDaylight's EndCatch me if You canSalon
Ekwipunek : Klucz do domu Takanoriego.
Inne : RelacjeKontaktObrażenia • Malinki na ciele. Dużo malinek. Taki dalmatyńczyk pod ubraniem. • Ślad po kłach na szyi, aktualnie zasłonięty przez bandaż. • zdarte gardło (efekt: nienaturalna chrypa)
Bestia : Jednorożec - Nutella Azor von Lerłamerlę, Rabbi - Mozart, Nekro - Laien.
Artefakt : Uniwersalny Kluczyk.
FUNKCJE : Kundel administracji; Mistrz Gry; Naczelnik Misji; Strażnik Elementu Otchłani; Uzupełnianie spisu rang specjalnych.

PisanieTemat: Re: Personal hell.   Nie Maj 26, 2013 10:13 pm

„Urocze”. W tym momencie chyba coś w nim pękło. Był typem robiącym wszystko co w jego mocy, aby wyrwać się poza margines aktualnej reputacji. Prawdopodobnie nie potrafił nawet szczególnie określić jaka ona właściwie była, ale... zbyt często słyszał to jedno słowo, które tak doszczętnie miażdżyło jego dumę. W momencie, gdy inni stali w kolejce po odpowiednie cechy wizualne mężczyzny, Gilbert uganiał się za niewyparzoną gębą, która jeszcze niejednokrotnie miała go zwalić na kolana przed osobą, której szczerze nienawidził. Dlatego właśnie słowa tego pokroju wywoływały w nim irytację. Nie znosił ich i był pewien, że gdyby skierował podobne określenie do Nishimury - nawet jeśli nie miało się mijać z prawdą - to zostałby za to zgromiony. Chętnie odpłaciłby mu się „pięknym za nadobne”, z czystego poczucia sprawiedliwości.
Ale to przerażające, gdy własna dłoń nie słucha, a głos zasycha w gardle, tworząc kolejne nieporozumienia i sytuacje, na których samo wspomnienie w Wilczym będzie się coś ponownie łamało. Kitsune nawet nie był świadomy, ile wysiłku to wymagało i jak trudne w oczach Gilberta wydawały się teraz ruchy. Samo wejście do domu, samo przezwyciężenie odruchów, gdy zobaczył go w scenerii zgoła innej niż w momentach ich „przypadkowych” spotkań... samo podniesienie głosu i wycelowanie broni. Już nawet nie zwracał uwagi na to, jak przez rękę przewinął się dreszcz zaskoczenia, dokładnie wtedy, gdy sam ciemnowłosy uniósł dłoń. - Mówiłem do cholery, że nie masz tak do mnie mówić! - rzucił gniewnie, raz jeszcze spuszczając wzrok. Coś się w nim zmieniło, na nowo odwróciło stronę. W kącikach oczu pojawił się jednorazowy błysk zrozumienia. Te chwile, gdy sam chwytał za broń wroga, gdy potrafił prześmiewczo zrobić coś, czego przeciwnik nie potrafił... ale w Takanorim było po prostu więcej... pewności. Wiedział, że to co zrobi, ze zdwojoną siłą podziała na Wilka, a to od razu stawiało go na przegranej pozycji, z którą nie mógł się pogodzić. - Co ty znowu odwalasz? - zapytał, przykrywając wahania cichym odchrząknięciem, gdzieś w połowie wypowiedzi. - Czasami mam nieodparte wrażenie, że robisz to tylko po to, bo uwielbiasz, jak cię przepraszam - warknął pod nosem, unosząc ponownie dwubarwne spojrzenie. Przymrużył ślepia, by nadać sobie choć odrobiny pewniejszego wyrazu - nawet mimo zaczerwienionych policzków, przypominających sobie stale o zbytniej bliskości... którą dostrzegł również Takanori. Z ust Gilberta natychmiast wyrwało się ciche „hmpf”, zmiksowane i przewleczone przez coś, co śmiało mogło być określone mianem „zażenowania”. Więc zauważył... jego tajna broń została aktywowana, co? Jeszcze pewnie chwila, moment, ledwie mrugnięcie okiem, a Nishimura...
Wilczy drgnął zaskoczony. Powieki mimowolnie opadły niżej, gdy z premedytacją zaciskał palce na rękojeści noża sprężynowego. Poczuł tylko jak ciepła ciecz, krwistą barwą maluje się na jego ustach. Automatycznie wysunął język i przerwał linię, zlizując odrobinę napoju z dolnej wargi. Takanori nie rozumiał nawet, jak życiodajna była jego krew. I jak wiele w życiu Wilka zależało od jego woli.
Brzęk.
Ostrze uderzyło o podłogę, odbiło się i prześlizgnęło kawałek po ziemi, zatrzymując się przy pierwszej lepszej nodze stołu. Salvatore kątem oka spojrzał w bok, na rękę, która przed chwilą z siłą zatrzaskiwała się na broni, a teraz bezwładnie poddawała się uciskowi pana. Cholerna dłoń, z cholernymi odruchami bezwarunkowymi... i cholernymi zapędami masochistycznymi... i...
- Piąte - nie zabijaj. Wbij sobie do głowy najświętsze zasady. Chociaż trudno byłoby mi pogodzić się z myślą, że miałbyś być wierzący. Poza tym jestem psem... Nie słyszałeś nigdy tego znanego powiedzenia? Nie ugryzę ręki, która mnie karmi. Nawet jeśli bym chciał. A, wierz mi, chciałbym bardzo mocno.
Długi wilczy ogon szurnął po ziemi, by ostatecznie samą końcówką zaczepić się o nogę Gilberta, gdzieś na wysokości kostek. Chłopak zgarnął do siebie dłoń, palcami drugiej ręki przesuwając po jej brzegu, jakby już sama możliwość dotknięcia go, wywoływała rany, które bolały okropnie. W rzeczywistości nie mógł odsunąć od siebie zbyt problematycznych myśli, aktualnie będących z pewnością na samym początku listy rzeczy, których nie chciałby wyjawić nikomu poza sobą samym.
„Bycie żałosnym nigdy nie miało plusów, co, Gilbert?”
Zagryzł zęby.
- Znasz mnie. Nie lubię chodzić na łatwiznę. A ty zawsze traktujesz tak ludzi, których nienawidzisz? Jak na tyrana masz dość ciekawe metody - wyrwało mu się. Uniósł dłoń i jej wierzchem starł resztę krwi z ust. Przyjrzał się czerwonej plamie na skórze, przypominającej teraz dziwny, podłużny kształt. Delikatnie zmarszczył brwi, unosząc rękę i przysuwając ją sobie pod usta. Język mimo woli wysunął się spomiędzy warg i zlizał ostatnie dowody ich wspólnej zabawy.
„Siadaj”.
Ucho drgnęło, źrenice się zwęziły. Posłuchał jednak, przeklinając się w myślach od najgorszych. Dlaczego był jednym wielkim oksymoronem? Od kiedy niby najpierw szedł upolować zwierzynę, a potem z nią normalnie rozmawiał? Dlaczego akurat przy nim nie potrafił trzymać się wymierzonego celu? Nieprawdopodobne, że Kitsune samymi słowami mógł wzbudzić w nim posłuszeństwo, choć Wilczy częściej zwalał to na inne aspekty. Szczególnie na własne poczucie wartości danego słowa i tego, że spłacenie obietnicy, zawsze szło w parze z rezygnacją z własnego charakteru i myśli. Musiał się podporządkować. To jedyna metoda na to, by dać Nishimurze odrobinę... szczęścia?
- Gdy byłem mały... - Przewrócił oczami. - Mniejszy - poprawił się natychmiast - mama zawsze mówiła mi, że muszę być silny i nie pozwalać, aby inni mieli nade mną władze. Skończyłem w całkowitym przeciwieństwie jej ideologii, jako sługa, będący odbiciem siebie z przeszłości. Nie mówiła tego jednak po to, abym stał się kimś, kto jest na tyle silny, aby ze wszystkim radzić sobie sam. Do mnie i tak to nie docierało. Być może nigdy nie dotrze. Zbyt wiele ran jest otwartych, zbyt wiele zdrad i śmierci widziałem, żeby teraz odwrócić bieg wydarzeń i zwierzać się ze spraw, które wolę zachować dla siebie. Wiele razy byłem świadkiem sytuacji, które mnie dotknęły na tyle, bym czuł się skrzywdzony, ale nie mogłem tego okazać z zewnątrz. Nie wierzysz, bo jestem narwany? W twoich oczach pewnie wszyscy są. Mam naturę, której się wstydzę i której jestem wdzięczny, bo zawsze jakoś się upiecze. Jakoś. Nie liczę na szczęście, chcę zrozumienia. Ale z tobą to inna historia. - Gilbert oparł łokcie o blat stołu i pochylił się nieco nad nim, jakby miał zaraz ściszyć głos do konspirującego szeptu. Naturalnie, nic takiego nie miało w ogóle miejsca. - Nie chcę twojego zrozumienia, chcę szczęścia. Chcę twojego zaufania i dobrego słowa, twoich rad i twojego czasu. Chcę budzić się z myślą, że znów jest w porządku, mimo licznych problemów. Wiedzieć, że twoje „zamknij się” nie oznacza tego samego w teorii, co w praktyce. Patrzyłem na ciebie, ale wielu rzeczy i tak nie potrafię zrozumieć. Dlaczego nigdy się nie uśmiechasz? Traktujesz to jak coś gorszego, wymuszonego, jakby żaden uśmiech nie potrafił być prawdziwy. Żyjesz w świecie wiecznej złości, co? Nie potrafisz mówić o swoich uczuciach... Pal licho sześć, że ich nie masz. Kiedyś musiało być coś, co cię zmieniło. Nikt nie rodzi się gnidą. Z całym szacunkiem dla ciebie, wiesz, że tak nie myślę. Aż tak. W każdym bądź razie... coś się wydarzyło. Coś musiało się wydarzyć. To przez łączenie rodzin? To przez Natsume? Przez ojca, który się zastrzelił? Dlaczego nie chcesz wziąć pod uwagę własnego dobra, tylko myślisz o innych? Wkurwiasz mnie. Bronisz się egoizmem i sarkazmem, podczas gdy naprawdę ci zależy. Bo zależy, tak? Gdyby było inaczej, już dawno postąpiłbyś inaczej. Nie potrafisz docenić dogodnej chwili by zadać cios, co? Dlaczego mnie nie zabijesz, skoro masz okazję? Masz mnóstwo okazji. Każdy moment właściwie byłby dla ciebie tym dogodnym, wręcz idealnym, aby pozbyć się kolejnego problemu. Bądźmy szczerzy, na niewiele ci się przydaję. Z wielu ust słyszałem już gorzkie słowa na mój temat. Czasami irytuje mnie fakt, że mają racje. - Wzniósł oczy ku górze i westchnął teatralnie, jakby te słowa nie miały żadnego znaczenia. Jeszcze niedługa chwila, a Takanori, padnie mu tu z nudów, nie mogąc się wciąć w kolosalny monolog czarnowłosego.
Ale kto by o tym myślał w takich chwilach?
- Co mam właściwie zrobić? Próbowałem wszystkiego. Byłem miły, grzeczny, posłuszny, byłem pyskaty, wredny i uparty. Robiłem ci na złość i wykonywałem zlecenia, sprzątałem i bałaganiłem, potrafiłem być pomocny i na złość podkładać kłody pod nogi. Byłem cichy i hałasowałem, robiłem rzeczy, za które mnie karałeś i te, które kończyły się nagrodą. Prawdopodobnie nie ma tego, czego jeszcze bym nie wykorzystał. A mimo to nigdy nie usłyszałem od ciebie żadnego ckliwego tekstu. „Jestem szczęśliwy”, „Podobało mi się”, „Dobry pies, nie spieprzyłeś... za bardzo” - zacytował parę propozycji, by w efekcie, znów wrócić do niego spojrzeniem. Wyglądał na bardzo zmęczonego. Zgłębianie wiadomości o Kitsune wymagało od niego sporo zachodu. - Wiesz dobrze, że mi zależy. Masz moje oddanie, z którym możesz postąpić wedle woli, bo jestem ci winny życie, wraz z długiem, który sobie nakreśliłem w cholernych chwilach słabości. A mimo to nie chcesz mi zaufać. Więc? Co jest we mnie nie tak jak powinno? Prócz tego, że ganiam za Baśkami z lasu i uznaję hydranty za atrakcyjne przedmioty... jestem całkiem normalny. Na tle pozostałych świrów wydaję się chyba... zresztą nieważne. To głupio by zabrzmiało. Po prostu... Co mam zrobić, żebyś mi wreszcie, do kurwy nędzy, zaufał? Mam zabić swoją matkę? Popełnić harakiri? Przefarbować się na róż i założyć zespół o nazwie „Panda Twarda Jak Skała”? Odciąć sobie rękę? Wypalić żyły? Ostrym przedmiotem podważyć paznokcie? Mam klęczeć przed tobą, w kompletnej ciszy, abyś zobaczył, że nawet tego jestem w stanie dokonać, bo mi zwyczajnie zależy? Sam już nie wiem... Brak mi pomysłów na coś, co powinno być oczywiste. Nic o tobie nie wiem, bo nic mi nie mówisz. Czuję się gorszy na samą myśl, że istnieją osoby, które cię znają. I tylko dlatego, że im dane było z tobą dorastać, widzieć sytuacje, o których ja mogę tylko dowiadywać się od dziwnych blondynów z pokręconej ulicy. Gdy ty stawiałeś czoła rzeczywistości, ja leniłem się na stanowisku zastępcy w organizacji. Nic nie jest w stanie nas porównać. Po prostu chcę wiedzieć.
Opadł na krzesło. Przesunął ręką po twarzy, zmywając z niej ostatnie resztki snu. Był tak potwornie śpiący... taki zmęczony... wyczerpany i bezradny. Chciał tylko wiedzieć.
- Powiedz mi. Wszystko.

_________________


{ . . . }

I do very bad things and I do them very well.
________________I wanna... li-li-li-lick you...

{ w i l d __w o l f  }

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Take
Niepohamowany Szał

avatar

Dołączył : 03/04/2013
Liczba postów : 2307
GHOST : Zastępca
Godność : Takanori „Kitsune” Nishimura.
Wzrost i waga : 169 cm | 49 kilogramów.
Partner : I told you I`m gonna hold you down until you`re amazed, give it to you till you`re screaming my name, you stupid dog.
Pan/Sługa : - | Gilbert, Prawy, Mio, Leo, 7.
Znaki szczególne : Spaczenie emocjonalne. Szare, kocie oczy i wydłużone, mocne, zaostrzone, zwierzęce kły. Znaki w kanie wytatuowane wzdłuż linii kręgosłupa; duża blizna przecinająca klatkę piersiową. Kilka kolczyków w prawym uchu, a w lewym jeden. Wyraźna blizna pod lewym okiem, ciągnąca się od dolnej powieki do połowy policzka.
Aktualny wygląd : Daylight's End: klik; Nocna Republika (Shetani): klik; misje: klik; Think you're a dragon slayer: klik.
Ekwipunek : Zapalniczka benzynowa, paczka czekoladowych papierosów, w kaburze czarny rewolwer ASG z pełnym magazynkiem (6 naboi), komórka, pieniądze i scyzoryk.
Inne : Niezrównoważony psychicznie skurwiel. I ma widoczną malinkę na szyi...?
Obrażenia : Rozdarty, opatrzony lewy bok; liczne zadrapania na ciele, szczególnie na plecach (czyli good sex, bo Gilbert).
Bestia : Feniks ‒ Andromeda; Reikon ‒ Ryu.
FUNKCJE : Administracyjny Skurwiel; Mistrz Gry; Strażnik Elementu Otchłani.

PisanieTemat: Re: Personal hell.   Pon Maj 27, 2013 1:42 am

„Mówiłem do cholery, że nie masz tak do mnie mówić!”
Kiedy to nie jego wina, że Gilbert prezentował się tak, jak się prezentował. Oczywiście ciemnowłosy wierzył, że w towarzystwie innych potrafił być zgryźliwy do bólu, o czym nieraz miał okazję się przekonać, jednakże chwile, które zwykle ‒ właśnie przypadkowo ‒ spędzali we dwoje, w odosobnieniu od całej reszty owocowały w paradoksalne zachowania ze strony czarnowłosego, który zazwyczaj odpadał, gdy Takanori decydował się na jakiś ruch, który z niewiadomych przyczyn nie pozwalał mu na dalsze próby ucierania jego nosa. A może zachowywał się tak przy wielu innych osobach? W końcu żadne z nich nie miało pojęcia o tym, co robiło drugie, gdy nie znajdowało się w pobliżu, a jednocześnie nikt z nich nie miał większego prawa do tego, by w to wnikać. Niemniej jednak ta jedna myśl sprawiała, że odczuwał niewyjaśnione rozdrażnienie. Nie wiedział, czy było to powodem tego, że zwyczajnie nienawidził, gdy ktoś mizdrzył się do wielu osób jednocześnie czy...
Chyba nie był pewien, czy chciał rozważać drugą opcję.
Powinieneś już dawno zauważyć, że lubisz wmawiać sobie wiele rzeczy. Nie potrzebuję przeprosin za coś, co zostało zrobione z premedytacją ― wzruszył barkami. Zresztą był osobą, dla której „przepraszam” było jedynie słowem. Słowa nie naprawiały błędów, ale je naprawić trzeba było czegoś więcej, jednakże czasem nie pozostawało już nic, co mogłoby odwrócić fatalne skutki. Dlatego też trzeba było się starać o to, by ostatecznie mieć za sobą, jak najmniej potknięć, chociaż podobno to one sprawiały, że uczyliśmy się czegoś nowego. Kara często wpływa na umysł znacznie lepiej od nagrody, nawet, jeżeli zasiewa strach. Ale przeprosiny...? Nienawidził ich. Za tę bezsilność, która zwykle kryła się w oczach tych, którzy nie mieli pojęcia, co jeszcze mogliby zrobić, oprócz wyrzucenia z siebie marnego słówka i oczekiwania na wybaczenie.
Kolejne uwagi tylko podsycały jego zrezygnowanie. Im więcej mówił, tym więcej sprzeczności o sobie ujawniał. Teraz jeszcze próbował zasłaniać się świętymi prawami. Ale jaką miały wartości, gdy były wypowiadane przez kogoś, kto także był mordercą? Żadną. Ciemnowłosy uniósł brwi, nieco zaskoczony tym kiepskim argumentem. Właściwie dwoma argumentami, z których żadne nie stało mu na drodze, by zrobić to, czego tak bardzo pragnął. A wystarczyło jedynie przesunięcie ostrza, by Nishimura zaczął krztusić się własną krwią. W gruncie rzeczy był równie narażony na rychłą śmierć, co czarnowłosy. Wystarczyło tylko uderzyć w jakiś czuły punkt.
Nie ― pokręcił głową, chcąc zaprzeczyć wszystkiemu, co chłopak właśnie powiedział. ― Nie powiesz mi, że nie masz własnej świadomości. A skoro czegoś bardzo chcesz, po prostu to robisz, bo wiesz, że poczujesz się lepiej, gdy już osiągniesz swój cel. Że to sprawi ci satysfakcję. Więc czego nie możesz przeboleć? Tego, że jednak nie będzie aż tak kolorowo, gdy chęci przeważą nad... ― Czym? Chyba sam nie wiedział, jak dokładniej sprecyzować zachowanie Wilczego. Po prostu trudno było pojąć ogrom paradoksów upchnięty w tym jednym, niewielkim ciele. Ostatecznie rozłożył bezradnie ręce, jakby chciał mu przekazać, że niestety tego nie rozumie. No jasne ‒ tego nie dało się zrozumieć. Nie, gdy wiecznie kierowało się systemem, który opierał się na dążeniu do swoich zamierzeń i nieuleganiu pobocznym emocjom, które po czasie stopniowo wygasały.
A później zawsze musiał pojawić się ktoś, kto trafiał prosto w miejsce, w którym były szczelnie zamknięte.
Kitsune przemilczał już śpiewkę, którą słyszał któryś raz z kolei i zająwszy już miejsce przy stole, przyległ wygodniej do oparcia krzesła, znów krzyżując ręce. Niezależnie od tego, co zrobił ‒ zawsze było tak samo. Zawsze zarzucano mu błędy, które jednocześnie samemu się popełniało, jednakże on po prostu przyglądał się tej hipokryzji w milczeniu. Być może tak właśnie było lepiej? Zresztą inni mieli prawo myśleć, co chcieli. I mówić, co chcieli, chociaż z tym drugim... Wypadało się odrobinę pohamować. Salvatore powinien o tym wiedzieć i zorientować się, że zgoda na dotrzymanie mu towarzystwa i wyrzucenie z siebie tego, co go męczyło, bynajmniej nie oznaczało tego, że Nishimura pozwolił mu pluć słowami na prawo i lewo. Jeszcze... takimi. O ile z początku myślał, że młodzieniec zaczął swój wywód dość niewinnie, jakby planował wyjawić mu historię swojego życia, tak później było coraz gorzej. Można nawet powiedzieć, że było fatalnie.
Ciemnowłosy chyba po raz pierwszy w życiu czuł się, jakby zakuto mu ręce kajdanami i wepchnięto do ciasnej klatki, żeby przypadkiem się nie wydostał. Skąd wiedział? ‒ to podstawowe pytanie, które obijało się po jego głowie, chociaż wersja wydarzeń czarnowłosego nie w pełni zgadzała się z tym, jak było naprawdę. Niemniej jednak jakimś cudem dostał się do jednej z najgorszych części jego historii. Takanori miał nieodpartą ochotę wstać i wyjść. Tak po prostu, nie pozostawiając Wilkowi żadnej odpowiedzi, a jedynie świadomość tego, że to, co usłyszał nie mijało się z prawdą. Jednocześnie nie potrafił tego zrobić, jakby irytacja tym, że cokolwiek wiedział brała w górę. Nie wspominając już o tym, że jak gdyby nigdy nic mówił o tym, co stanowiło problem, co powinien zmienić i jak bardzo zależało mu na zaufaniu. Gdzieś w połowie tego bełkotu, który mimo wszystko docierał do jego uszu na tyle wyraźnie, że każde słowo było starannie oddzielane, zorientował się, że jego ręce zaczęły się trząść, jakby za moment miał zamachnąć się i wymierzyć porządny cios w twarz Gilberta, dając mu jasny znak, że ma przestać. Zacisnął palce na materiale szerokiej bluzy. Jaki to miało cel? Pewnie z punktu widzenia osoby trzeciej ‒ żaden. Bo ‒ choć Nishimura przez cały czas wpatrywał się prosto w twarz Gilberta ‒ zdawało się, że nie miał najmniejszego zamiaru w żaden sposób odpowiadać na ckliwy monolog. Zresztą co miał powiedzieć? Nagle podporządkować się woli Salvatore'a?
„Powiedz mi. Wszystko.”
A on milczał. Tak bezlitośnie, choć miał ochotę krzyczeć. Ta nietypowa dla niego chęć objawiała się uciążliwym drapaniem w gardle. Przełknięcie śliny ani trochę nie załagodziło nieprzyjemnego uczucia.
Ale stąd nie było ucieczki...
Chyba miał rację. Nienawidzę go...
Co jeszcze słyszałeś? ― rzucił wreszcie, a niebezpieczna nuta w jego głosie nie mogła umknąć uwadze czarnowłosego. ― Zresztą, to nieważne. Zastanów się zanim zrobisz samobójcę z czyjegoś ojca. Nie. Właściwie zastanów się zanim cokolwiek powiesz. Zanim przyjdziesz do mojego domu, żeby od tak wyrzucić z siebie, co ci leży na sercu, zaraz po tym, jak chciałeś poderżnąć mi gardło. I co? Nagle wszystko jest w porządku? Nagle jak gdyby nigdy nic mówisz, że ci zależy i jeszcze prosisz o zaufanie? Nie jestem kimś, kto przez dobre słowa zapomina o tym, co było wcześniej. To tak, jakbyś umyślnie złamał komuś nogę, licząc na to, że jeśli potem zawieziesz go do szpitala, wszystko spłynie po nim, jak po kaczce. Gdzie tu logika? Co więcej, czasami odnoszę wrażenie, że jestem jedyną osobą, od której czegoś wymagasz. Bo co? Nie uśmiecham się, jak cała banda twoich przyjaciół? Nie chwalę cię? Cały czas wyglądam na wiecznie niezadowolonego? Właściwie jak powinienem się zachowywać? ― zmarszczył nos. Nie, nie obchodziły go odpowiedzi na te pytania, skoro i tak nie zamierzał się zmieniać. ― Nie mów. Wiem. Mam stać z założonymi rękami, gdy ty będziesz walczył o życie, prawdopodobnie próbując ich obronić, a później udam, że przejmuję się twoimi ranami. Nie tak to wygląda? Dlaczego nikt z nich nigdy nie przyszedł? No tak. Byli zbyt zajęci sobą. Swoją drogą powinieneś wziąć z nich przykład i czasem też przełożyć swoje dobro ponad każde inne. W zasadzie to idiotyczne, że ta zasada dotyczy też mnie. I idiotyczne jest to, że skaczę za tobą w pieprzony ogień, tylko po to, by znowu usłyszeć, że mogłem tego nie robić. Przecież cię nienawidzę ― ostatnie słowa ubrał w ironię, chyba już samemu nie wiedząc, co właściwie mówi. Słowom zaanonsował głośny huk pięści, uderzającej o blat. Dopiero teraz można było zauważyć, jak mocno zaciskał palce. ― Ale naprawdę możesz wmawiać sobie, co tylko chcesz. Wszystko mi jedno. Tylko nie przychodź później do mnie i nie pierdol mi w głowie. Tam i tak już dzieje się za dużo. I to nie tak, że zasłaniam się zachowaniami, Gilbercie. Po prostu taki jestem. Nie wymagaj ode mnie, że zacznę użalać się nad sobą, bo nienawidzę bezsilności. To piekło ― tu wskazał palcem na swoją głowę ― należy do mnie. To moje przekonania, moje uprzedzenia i nie zmienisz ich, choć widocznie bardzo tego chcesz. Żebym był inny. Po co? Już i tak nagiąłem wystarczająco dużo zasad. Za dużo, jak dla kogoś tak krótkowzrocznego. I wiesz co z tobą jest nie tak? Właśnie to ― nabrał głębszego oddechu do płuc. ― Jesteś, jak cholerna pijawka. Próbujesz zabrać, jak najwięcej, a później... najpewniej poszukasz sobie nowego żywiciela, by zaspokoić swój nieuzasadniony głód wiedzy. Daj spokój. Myślisz, że nie przerabiałem tego rozdziału? Mam już swoje lata. Tyle, że ty dla odmiany wracasz, niezależnie od tego, co ci zrobię. Choroby się leczy ― mruknął. Jego ton zelżał, choć sam nie potrafił określić dlaczego. ― To nie tak, że nie chcę ci zaufać. Po prostu wkurwia mnie to, że...Mógłbym.Zawsze zrobisz coś durnego. Jak teraz. Potknąłeś się na samym początku, a teraz domagasz się tego, żebym wyśpiewał ci wszystko. Jeszcze robisz to w ten... Mniejsza. Co jest z tobą nie tak? Jeszcze boli cię to, że ktoś, kto mieszkał ze mną przez osiem lat coś o mnie wie. Niewiarygodne! Jeżeli to cię pocieszy, nie ma nikogo, kto wie więcej, niż powinien. Nikogo. Rozumiesz? Czemu ty musisz wiedzieć? Sam przyznałeś, że nie dzielisz się wszystkim ― zauważył. Chyba przez to wszystko zupełnie zapomniał, że o niektórych sprawach zwyczajnie nie powinien wspominać. Przesunął ręką po policzku i zmrużył oczy, wreszcie przenosząc spojrzenie na blat stołu. I w ogóle o jakim pocieszaniu mowa, skoro w tej chwili powinien wywlec go na zewnątrz i powiedzieć, że ma nie wracać? ― Kto by pomyślał, że będziesz takim cholernym problemem... Poza tym skoro tak bardzo starasz się ciągle zmieniać, robić wszystko inaczej, to który Gilbert jest prawdziwy?
Zmarszczył nos w zastanowieniu. No tak... Nie można było być tysiącem osób jednocześnie i przed każdym udawać kogoś innego.

Bleh, mogłem zaczekać z tym do następnego dnia. Ych.

_________________


Mine, motherfuckers.

MY LEVEL OF SARCASM IS TO A POINT
WHERE I DON'T EVEN KNOW IF I'M KIDDING OR NOT.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Czarny Wilk
Nieudany Eksperyment

avatar

Male Dołączył : 04/04/2013
Liczba postów : 2332
AKATSUKI : Zastępca; dowódca patroli.
Wzrost i waga : 158 cm. na ledwo 35 kg.
Partner : The truth is you could slit my throat. And with my one last gasping breath. I'd apologize for bleeding on your shirt...
~ wasza pieprzona wysokość.

Aktualny wygląd : PatrolMisja Akatsuki (nielegalny kontrahent)See you in hellDaylight's EndCatch me if You canSalon
Ekwipunek : Klucz do domu Takanoriego.
Inne : RelacjeKontaktObrażenia • Malinki na ciele. Dużo malinek. Taki dalmatyńczyk pod ubraniem. • Ślad po kłach na szyi, aktualnie zasłonięty przez bandaż. • zdarte gardło (efekt: nienaturalna chrypa)
Bestia : Jednorożec - Nutella Azor von Lerłamerlę, Rabbi - Mozart, Nekro - Laien.
Artefakt : Uniwersalny Kluczyk.
FUNKCJE : Kundel administracji; Mistrz Gry; Naczelnik Misji; Strażnik Elementu Otchłani; Uzupełnianie spisu rang specjalnych.

PisanieTemat: Re: Personal hell.   Pon Maj 27, 2013 5:17 pm

On się prezentował, tak jak się prezentował? W sumie trudno by mu było inaczej... Mógł niby prezentować się tak, jak się nie prezentuje, ale wtedy już całkowicie zwaliłaby się jego koncepcja bycia. Są dni i są chwile (i ludzie, i debile), w których nie ma się większego znaczenia na ruchy, ani słowa. Gdy nogi wtapiają się w podłogę albo z ust wydobywają się kolejne zdania, które powinny być zapieczętowane gdzieś w jego umyśle. Czasem miał nawet nieodparte wrażenie, że ktoś z sił wyższych igra z jego losem i wprowadza w teoretycznie tandetnie nudne życie kolejne ciekawostki. Nikt jednak nie pomyślał o wstydzie, jaki odczuwał Gilbert i do którego nigdy by się nie przyznał, podczas tych wszystkich okropnych sytuacji, jakie dane mu było przeżywać.
- Z premedytacją? - prychnął, mrużąc nonszalancko ślepia w sprzecznych kolorach. - Z tobą się nie da inaczej.
Świat się nie zmieniał. Na dworze wciąż zbierały się chmury, tworząc ciemnoszare waty, nachodzące na siebie i zapowiadające dość deszczowe chwile. Za drzwiami popiskiwała sporadycznie Natami, słychać było ciche kroki, ustające w momencie, w którym przysiadała znów pod drzwiami, a potem na powrót biegła dookoła domu, chcąc znaleźć przejście, które być może pojawiło się w momencie, w którym ona buszowała na wycieraczce. Zwierzęta chowały się, Potwory kierowały się do domu, by skryć się przed tragicznym deszczem. Wszystko niby w porządku.
Tylko w Gilbercie już grzmiało. Drażniła go myśl, że nikt nie potrafił odczuć tego, co odczuwał on. Nawet jeśli były to sprawy bardzo niewielkiego formatu, które dla potencjalnego rozmówcy wydawały się śmieszne i bezpodstawne.
„Nie”.
Jak nie? Gilbert ponownie zmarszczył ciemne brwi, wyrażając swoją frustrację. Są osoby, do których, cholera, się nie idzie z problemami. Czemu on nie potrafił tego zrozumieć, choć bardzo pragnął, aby Takanori zrozumiał pewien, niezbyt zresztą skomplikowany tok myślenia?
- Co ma do tego świadomość, Take? Jestem świadomy własnych pragnień, a jednocześnie nie mogę ich zrealizować. I tego również jestem świadom. Jedno nie wyklucza drugiego. Tym sposobem i tak tylko stoczę się na dno, od którego odbić się tylko nieco trudniej niż od ruchomych piasków. Masz pojęcie chociaż co znaczy to zdanie o psie? Nie, inaczej. Zacznijmy od czegoś łatwiejszego: wiesz co to „lojalność”, czy to też mam ci wytłumaczyć? Czasami jak na ciebie patrzę, to zastanawiam się, czy jest jakakolwiek rzecz, która byłaby w stanie cię ruszyć.
Od kiedy jesteś taki niemiły?
Mniej więcej... między siódmym, a dziewiątym kłamstwem, zdałem sobie wreszcie sprawę, że mi, kurwa, zależy.
„Zależy”.
I tu nie chodzi wcale o pierwsze lepsze pieprznięcie tym słowem. Gilbert miał w sobie coś, co często popychało go do tego typu monologów, z których większość słuchaczy wyłączała się nawet po pierwszym zdaniu. Nie bardzo orientował się, dlaczego właściwie tak się działo i jakie konsekwencje będzie mieć kolejne wypowiadanie myśli. Pod tym względem był słaby. Niemalże jakby jakaś ciężka klątwa została dawniej na niego rzucona i do teraz szczypała go w gardło, żeby wygłaszał litanie i obwieszczał światu własne niezadowolenie - oczywiście, mimo woli. Zabawne, że rzadko mówił o innych emocjach. Niewielu słyszało o jego szczęściu lub chwilach tragicznego smutku. Cały problem właśnie tu się wypełniał - krytykował. Tyle potrafił.
Potrafił jednak również doskonale słuchać, a niewielu uwierzyłoby, jak bardzo brał sobie do serca słowa rozmówców. Że to dla niego było czymś ważniejszym, choć nierzadko udawał niezrażonego, kreśląc na twarzy nowe rysy obojętności i irytacji. Pewna cecha dziecinności nadal się w nim kryła. Nie potrafił uczyć się na błędach, by później nie popełniać ich w tak śladowych ilościach. Nie potrafił również być psychoanalitykiem, jakim był Noah. Nie umiał być idealnym wojownikiem jak Arthur, ponieważ co jakiś, całkowicie nieokreślony, czas, budziła się w nim ta przeklęta empatia. Że jednak mógłby być kimś lepszym, gdyby się postarał. Że wyciągnięcie ręki nie boli, a pomoc czasami barwi życie na lepsze kolory. Nigdy jednak nie dorównałby Mio, ani matce. Właściwie w plątaninie różnych wzorów, nie było takiego, który potrafiłby go w pełni określić. Ta sytuacja też mogłaby wyglądać całkowicie inaczej, gdyby zdarzyła się innego dnia, w nieco innych okolicznościach. Miał w sobie zbyt wiele sprzeczności.
On mnie nie rozumie.
Gilbert uchylił usta, bo już chciał odpowiedzieć na zadane mu pytanie. To nie byłoby - wbrew pozorom - długie słowo, ale i tak nie mógł go z siebie wydusić. Tym razem to Nishimura zaczął monolog. Tak jakby połknął słownik i potem wypluwał słowami jak leci. Gilbert z ledwością nadążał za jego tokiem rozumowania. Musiał jednak zrobić urażoną minę, bo zarzuty, jakimi teraz obarczył go ciemnowłosy, powoli stawały się przytłaczające.
Przestań.
Gilbert wbił się plecami w oparcie krzesła, krzyżując ręce na klatce piersiowej, niczym buntowniczy nastolatek, który po raz kolejny dostaje reprymendę od rozwścieczonego nieposłuszeństwem syna ojca. Tak, zdecydowanie. On nigdy się nie nauczy. I nigdy nie dostrzeże tego, co mógłby dostrzec, ale co kryje się poza jego „bezpieczną strefą”.
Nagle trzask.
Gilbert podskoczył delikatnie, choć i tak był to gest w porę wyhamowany. Bo jeszcze tego teraz brakowało, aby Nishimura dostrzegł jego nagłe zaskoczenie. Chłopak zacisnął wargi w wąską linijkę, na moment kierując spojrzenie na zaciśniętą w pięść dłoń szatyna. - W porządku - burknął pod nosem. Cholera wie czy nie do samego siebie. - W porządku, cofam słowa. Jednak jest coś, co potrafi zedrzeć ten drażniący wyraz obojętności.
Gilbert niemalże się uśmiechnął. Kącik ust unosił się ku górze, tworząc uroczy grymas zadowolenia. Ale ten został zmyty, jakby wylano na niego kubeł arktycznej wody. Co takiego chciał wskórać Takanori? Chciał go uświadomić, jak wspaniale beznadziejnych miał przyjaciół? Jak osoby, dla których bez wątpienia wskoczyłby w ogień i sam sobie zawiązał duszącą linę wokół szyi, patrzyłyby tylko na jego bezwartościową śmierć? Zmrużył oczy i zacisnął zęby. Mięśnie na policzku nagle napięły się, sygnalizując narastające, negatywne emocje.
- I co ty możesz wiedzieć? Ilu masz przyjaciół? Dla ilu poszedłbyś boso po tłuczonym szkle? Dlaczego mnie wykorzystujesz i bawisz szczerością? Jak powinieneś się zachowywać, co? Hmm... w sumie dobre pytanie. Po pierwsze - Wysunął pierwszy palec w górę. - Przestań myśleć o jednym i robić drugie. Wysyłasz mi cholernie sprzeczne sygnały. Serio. Nie wiem czy jest osoba, która po pocałunku nie pomyślałaby sobie o czymś... khm... o czymś. Po prostu o czymś, o czym, wierz mi, nie chciałaby myśleć, a mimo to głowa pękała od wizji. Jesteś niewyżyty, prawda? Sugerujesz, że to ja jestem pełen sprzeczności. I ja niby szerzę hipokryzję. Są gesty zarezerwowane tylko dla niektórych uczuć, Take. Chrzanisz, gdy ja chcę poukładać. Myślisz, że tylko tobie jest trudno? Po drugie... niby jak mam się normalnie zachowywać, w tym nienormalnym scenariuszu? Określ się wreszcie, a nie mnie pieprzysz, żeby zaraz rzucić w kąt. Też mam uczucia, wiesz?
Trzask.
Krzesło szurnęło, gdy Gilbert z impetem podnosił się z niego, na tyle, by to zachwiało się zaraz i runęło na ziemię, wywołując niemiły hałas. O ile jakikolwiek hałas mógł być miły, dla dwóch par nadzwyczaj czujnych uszu.
- Dlaczego nie? - zawarczał, nagle wzburzony. Widocznie to bardziej nim wstrząsnęło niż temat fałszywych przyjaciół, w którym - choć się wykłócał - to jednak Takanori miał rację. Gdzie jego wybawiciele, gdy potrzebował ratunku? I dlaczego ręce wyciągała do niego osoba, po której by się tego nie spodziewał? - Dlaczego to piekło jest tylko twoje, dupku? Też je chcę. I... tsh - prychnął. - Nie chcę, żebyś się zmieniał. Lubię i szanuję cię takiego jakim jesteś teraz. Powiedziałem czego chcę. Chcę po prostu, żebyś czasami dał mi coś mniej ekstremalnego. Chcę twojego czasu. Chcę posiedzieć obok ciebie, gdy ty będziesz pracował. Przecież zająłbym się sobą. Umiem. Naprawdę. Nie co dzień jestem szkodliwy, choć nie miałem jeszcze okazji udowodnić ci moich racji. Daj mi szansę, to pokażę ci, że ja również mogę być przydatny. W cichych chwilach, gdy nic nie zwala mi się hurtem na głowę, potrafię...
Zamilkł nagle.
Co? Co takiego potrafił? Być cicho? I czy to naprawdę była cecha, której Takanori żądał? Przecież to nic wielkiego. Każdy, bez wyjątku, mógł dokonać czegoś podobnego, choć przy niektórych egzemplarzach było to „nieco” trudniejsze.
Gilbert wyprostował się i odwrócił głowę na bok. Gęsta grzywka rzuciła cień na jego twarz, w momencie, w którym postąpił pierwszy krok naprzód. Tyle jeszcze chciałby mu powiedzieć, tak wiele określić własnych pragnień, ubrać w słowa multum myśli, tłoczących się w głowie i czekających tylko na dogodny moment, aby wybuchnąć i znów zsypać się ciężarem na wątłe ciało bruneta. Chciałby opowiedzieć mu o chwilach, gdy pierwszy raz zasmakował lata. Gdy nadeszła pierwsza burza i nie mógł pohamować lęku, gdy jego ciało samo reagowało na pierwszą miłość życia, za którą szalał i która do teraz była dla niego bardzo cenna. O tym jak pokochał grę na gitarze i o kolejnym spalonym daniu. O zabawnych sytuacjach i tragicznych momentach, w których wszystko wydawało się beznadziejnie szare.
Jednocześnie miał świadomość lęku przed własnymi słabościami. Bo wspomnienia są najgorsze ze wszystkich. Przypominają o chwilach, do których nie można wrócić i miejscach, które już nigdy nie będą wyglądały tak samo. A także o ludziach, których dawno nie ma, a którzy byli i zniknęli, tworząc tylko kolejne dziury w i tak wystarczająco rozszarpanej duszy.
Wilczy wyciągnął dłoń. Delikatnie zaczepił palcami o rękę Takanoriego, by zaraz unieść ją nieco w górę. Przez chwilę trwał tak, stojąc tuż przy nim i mocno trzymając go za rękę, jednocześnie nie chcąc się przyznać, do walenia serca, które teraz łomotało w klatce piersiowej jak rozszalałe.
Przełknął ślinę ostatni raz.
- W takim razie bądźmy szczerzy. Twoja wola.
Ułożył jego rękę na swoim gardle, samemu opierając dłoń o blat stolika. I pochylił się nad nim, w celu skosztowania ust.

_________________


{ . . . }

I do very bad things and I do them very well.
________________I wanna... li-li-li-lick you...

{ w i l d __w o l f  }

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Take
Niepohamowany Szał

avatar

Dołączył : 03/04/2013
Liczba postów : 2307
GHOST : Zastępca
Godność : Takanori „Kitsune” Nishimura.
Wzrost i waga : 169 cm | 49 kilogramów.
Partner : I told you I`m gonna hold you down until you`re amazed, give it to you till you`re screaming my name, you stupid dog.
Pan/Sługa : - | Gilbert, Prawy, Mio, Leo, 7.
Znaki szczególne : Spaczenie emocjonalne. Szare, kocie oczy i wydłużone, mocne, zaostrzone, zwierzęce kły. Znaki w kanie wytatuowane wzdłuż linii kręgosłupa; duża blizna przecinająca klatkę piersiową. Kilka kolczyków w prawym uchu, a w lewym jeden. Wyraźna blizna pod lewym okiem, ciągnąca się od dolnej powieki do połowy policzka.
Aktualny wygląd : Daylight's End: klik; Nocna Republika (Shetani): klik; misje: klik; Think you're a dragon slayer: klik.
Ekwipunek : Zapalniczka benzynowa, paczka czekoladowych papierosów, w kaburze czarny rewolwer ASG z pełnym magazynkiem (6 naboi), komórka, pieniądze i scyzoryk.
Inne : Niezrównoważony psychicznie skurwiel. I ma widoczną malinkę na szyi...?
Obrażenia : Rozdarty, opatrzony lewy bok; liczne zadrapania na ciele, szczególnie na plecach (czyli good sex, bo Gilbert).
Bestia : Feniks ‒ Andromeda; Reikon ‒ Ryu.
FUNKCJE : Administracyjny Skurwiel; Mistrz Gry; Strażnik Elementu Otchłani.

PisanieTemat: Re: Personal hell.   Pon Maj 27, 2013 10:18 pm

Wzruszył barkami w wyrazie ignorancji. To, że nie dało się postępować z nim inaczej, nie oznaczało, że należało uciekać się do jedynej metody, która i tak nie była skuteczna w dążeniu do niewiadomego celu. Niewiadomego, bo Takanori nie potrafił sprecyzować, czego oczekiwał od niego Gilbert. Że z nożem przy gardle spełni każdą jego zachciankę, tak, aby ich role na chwilę się odwróciły? Żeby to Wilk miał możliwość poznania smaku przewagi nad Nishimurą? Zyskałby ją jedynie wtedy, gdyby wreszcie odważył się zrobić to, czego tak bardzo chciał. Ciemnowłosy zwykle już przy pierwszym wrażeniu dawał innym wgląd na to, że zalicza się do grupy nieugiętych. Tych, którzy nie pochylą czoła, byleby tylko przestano im rzucać kłody pod nogi. Nie milkną, gdy ktoś z uporem osła stara się przytłoczyć ich argumentami, a znajdują nowe, byleby tylko wyjść na swoje albo przynajmniej częściowo utrzeć nosa przeciwnikowi. Nie był łatwym celem, chociaż w tamtej jednej chwili naprawdę odrzucił na bok tę myśl. Może był zbyt pewny tego, że czarnowłosy nie odważy się, by zrobić coś przeciwko niemu? Może było mu wszystko jedno? A może skoro miał zginąć z czyjejkolwiek ręki, to już musiała być dokładnie ta ręka, która niemalże drżała od niepewności? Jego ręka...
Nie przywiązywał większej uwagi do dmącego wiatru na zewnątrz, usiłującego przedrzeć się przez mury jego domu. Zresztą nie tylko jego. Popiskiwania psa za drzwiami także nie wzbudziły w nim większego zainteresowania, choć po chwili zaakompaniowało im stukanie psich pazurów o podłogę. Kundel, który najwyraźniej nie potrafił od tak zignorować nawoływania jednego ze swoich towarzyszy, podszedł do drzwi wejściowych i w odpowiedzi także zaszurał o nie pazurami. Mokry, psi nos tknął klamkę, która stanowiła jedyną przeszkodę ku temu, by utorować drogę czworonogowi, kręcącemu się pod drzwiami. Marną przeszkodę. Wystarczyło naprzeć na nią łapami, a pies najwyraźniej doskonale zdawał sobie z tego sprawę, bo to właśnie zrobił, a gdy wejście stanęło otworem, zastrzygł uszami wlepiając czujne spojrzenie w sukę.
Szczęknięcie otwieranych drzwi przyczyniło się do tego, że Takanori oderwał wzrok od Salvatore'a, przenosząc go na kuchenne drzwi. Zmarszczył nos niezadowolony tym nietypowym przejawem swawoli u pupila, choć prawdopodobnie nie o to do końca chodziło...
Jak coś rozwali, ty po niej sprzątasz ― mruknął, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że za moment będzie miał kolejnego nieproszonego gościa. Pewnie równie nieułożonego, co jego właściciel. Choć nie wiadomo, czy ów zdążył wbiec do środka, jeszcze zanim drzwi zatrzasnęły się ponownie na skutek silnego wiatru.
Nie zamierzał się rozpraszać tym szczególnie długo, a szare ślepia po raz kolejny zaczęły wiercić niewidzialne dziury w obliczu czarnowłosego, który jak zawsze próbował postawić na swoim. Nishumura wypuścił powietrze ustami, oznajmiając swoje zmęczenie tym, co usłyszał, jakby to niczym nie różniło się od poprzednich kwestii.
Jeżeli twoja „lojalność” ma coś wspólnego z zachowaniami sprzecznymi do tego stopnia, możesz oszczędzić sobie ten wykład. Chociaż nie. Źle to ujmujesz. Może myśli, że skoro uratowałem ci kiedyś życie, ty musisz darować mi moje, niezależnie od tego, jaki jestem. Pewnie czasem zastanawiasz się, co byłoby, gdybym to nie był ja, a ktoś, kto dałby ci wszystko, czego potrzebujesz. Gesty, słowa i przede wszystkim wolność, choć nie korzystałbyś z niej, bo nie uchodziłoby ci nie znaleźć się w pobliżu, gdy ta osoba miałaby problemy albo gdyby poprosiła cię o coś. Byłoby całkiem kolorowo, co? Czułbyś się lepiej. I... Czy jest coś, co jest w stanie mnie ruszyć? ― zmrużył lekko oczy i na moment odchylił głowę do tyłu. Wyglądał tak, jakby szukał w głowie jakiejś konkretnej rzeczy. Gdy jego głowa wróciła już do wcześniejszego ustawienia, nie omieszkał udzielić mu odpowiedzi: ― Zabawne ― nie wyglądał, jakby było mu do śmiechu (też nowość) ― ale wkurwia mnie to, że to mógł być każdy. Nadal może, gdyby bliżej przyjrzeć się temu sposobowi rozumowania.
Bo jesteś tylko małym, głupim psem, skwitował w myślach, aczkolwiek nawet w jego własnej głowie każdy wyraz obfitował w powątpiewanie. Wilk sam zniżał się do tej pozycji. Nie robił nic, by to zmienić. Tu już nawet nie chodziło o naturalne odruchu, a o to, że w oczach Kitsune wydawał się być dość podatny na wpływ innych, pomimo tego, że przy pierwszym wrażeniu usiłował wybić innym z głowy, że będą w stanie do sobie podporządkować. A nie było niczego gorszego od emocjonalnego przywiązania. To trucizna sama w sobie, gdy nie potrafi się jej odpowiednio dawkować. O potrzebie przytemperowania jej możemy przekonać się nawet w momencie, gdy cudze słowa zaczynają wywierać na nas większy wpływ. Nieistotne, czy chodzi o poddenerwowanie czy przykrość. Jeżeli ktoś jest w stanie uderzyć w nasz czuły punkt nadwyrężając sobie przy tym jedynie struny głosowe, to znak, że w jakiś sposób zaskarbił sobie nasze przejęcie.
Takanori powinien wykazać się odrobiną zrozumienia, gdy poruszał tematy, których nie powinien był poruszać. Aczkolwiek w tej jednej chwili niechętnie musiał przyznać, że gdzieś w środku, chciał tego, by Gilbert też poczuł się źle. Żeby usatysfakcjonowany uśmiech zniknął z jego ust, bo po prostu nie był na miejscu. I proszę ‒ dobił swego. Wystarczyło jedynie wyciągnąć całe gówno jego życia na wierzch i uświadomić mu, że niestety jego częścią byli ci, których nazywał przyjaciółmi. Prawda w oczy kole.
„I co ty możesz wiedzieć? Ilu masz przyjaciół?”
Niezobowiązujące zero ― odparł bez zająknięcia. ― A ty? Ile osób nazywasz swoimi przyjaciółmi? Zresztą... Wolę nie wiedzieć nic, niż mieć świadomość, że nie przyjdą, ale wybaczać im to w duchu przez myśl, że są bezpieczni. Tak to robicie? A może zawsze, gdy dzieje się źle liczysz na to, że to mnie zobaczysz? Że to ja będę tym, któremu na łeb zawali się dach rozpadającego się budynku? ― uniósł brwi w pytającym wyrazie, który zaraz ustąpił miejsca szczątkowemu zaskoczeniu. ― Akurat w kwestii sprzeczności masz najmniej do powiedzenia. I nie, nie jestem niewyżyty. To nie ja wyobrażam sobie nie wiadomo co podczas zwykłego pocałunku. Ale tak. Zdaję sobie z tego sprawę. Myślisz, że całuję każdego, kto tylko mi się nawinie? Błąd ― mruknął, przesuwając ręką po karku. Miał wrażenie, że znowu znajdowali się w punkcie wyjścia. Najwidoczniej tam mieli pozostać. Jedynym plusem było to, że udało mu się odwieść Gilberta od drążenia niebezpiecznych tematów. Oparł łokieć o blat, a podbródek o dłoń i przez moment przypatrywał się czarnowłosemu w milczeniu. ― Niby kiedy wywaliłem cię do kąta? Nie. Kiedy w ogóle cię pieprzyłem? Nie przypominam sobie. Najwyraźniej mylisz już swoje fantazje z rzeczywistością ― przesunął ręką po policzku z rezygnacją. Jednocześnie coś nadal drażniło go w słowach, które wypowiedział Wilczy. ― Zresztą nie wnikam. Ale zastanów się nad tym, co mówisz, bo teraz zaprzeczasz samemu sobie. Za każdym razem, gdy cię spotykam słyszę coś, co nie zgadza się z poprzednią wersją wydarzeń. Najpierw lubisz mój dotyk, później uważasz, że jednak ci przeszkadza. Twierdzisz, że czyny mówią więcej, niż słowa, a za tydzień okazuje się, że jednak miło byłoby, gdyby wszystko ze sobą współgrało. Bo tak jest prościej. Chcesz, żeby tak było, choć nie lubisz chodzenia na łatwiznę. Próbujesz działać na przekór mnie, a jednocześnie robisz wszystko, żeby było inaczej. Gdzie tu logika?
Spieprzyła już dawno temu.
Trzask sprawił, że Nishimura mimowolnie wyprostował się, zaraz unosząc wzrok na Wilczego, który zrezygnował ze spokojnego siedzenia na miejscu. Wzburzenie chłopaka zostało jednak potraktowane stoickim spokojem. W końcu było czymś, co musiało nadejść prędzej czy później. Ale... to wcale nie miało być tak.
„Dlaczego to piekło jest tylko twoje, dupku? Też je chcę.”
Zamknij się.
Ale czasem po prostu to oczekuje się usłyszeć. Niemniej jednak problem tkwił w tym, że piekło, faktycznie tym piekłem było, a Salvatore sam stwierdził wcześniej, że nie było żadnego porównania pomiędzy nimi. To wiązało się z tym, że istniała spora szansa na to, że druga strona nie wytrzyma tego, czego może dowiedzieć się od pierwszej. Chciał odpowiedzieć mu na pytanie, ale przez moment nie potrafił wymyślić niczego, co byłoby bardziej elokwentne od „Bo nie”, będącego kiepskim argumentem, gdy miało się do czynienia z Wilczym. Przebywanie w jego towarzystwie zdecydowanie mu szkodziło, a jednocześnie sprawiało, że czuł się jakoś... lepiej, pomimo tego, że uprzedzenia zazwyczaj brały nad nim górę. Teraz miał nieodparte wrażenie, że Gilbert był bardziej szczery, niż kiedykolwiek, a to sprawiało, że czuł się, jakby wbijano mu niewidzialny szpikulec w plecy. Chyba sprzeczność zyskała właśnie miano zaraźliwej choroby. Kitsune naprawdę chciał wykrzesać z siebie gniew, który ciążył mu w środku, ale jednak nie potrafił wydostać się na powierzchnię, aczkolwiek czuł jego gorycz w ustach. Teraz brakowało tylko tego, żeby czarnowłosy doczekał się wieści, że właśnie wygrał.
Ty... naprawdę nie wiesz, co mówisz.
Ale on był coraz bliżej.
I pomyśleć, że w przyszłości Salvatore mógłby być mu wdzięczny za wszystkie próby trzymania go na dystans. A jednak wolał wszystko spierdolić i pójść pod prąd. Ciemnowłosy przesunął wzrokiem po ich dłoniach, kiedy tylko poczuł lekki dotyk na skórze. Nie walczył jednak z tym, co wyczyniał chłopak, choć zmarszczył nos, gdy jego ręka znalazła się w miejscu wręcz idealnym do tego, by mógł spokojnie się go pozbyć. Małej, upartej pijawki, która stała się poważnym utrapieniem. Zabicie Wilka szło w parze z kierowaniem się rozsądkiem, jednakże nie od dziś wiadomo, że bywały momenty, w których to nie w rękach rozwagi leżało dowództwo nad istnieniami. Bądźmy szczerzy, co? Gdy tylko ich usta zetknęły się, ciemnowłosy zsunął rękę z szyi Gilberta i zacisnął palce na jego koszulce, chcąc uniemożliwić mu odsunięcie się. Chyba jednak plan czarnowłosego wziął w łeb w momencie, w którym Takanori, zamiast rozszarpać mu gardło, skorzystał z możliwości pogłębienia pocałunku, którego nie przerwał nawet w momencie, gdy zaczął ponosić się z miejsca, zmuszając Wilczego do wyprostowania się i zadarcia głowy. Co jak co ‒ ale o tym, gdzie było jego miejsce nie zamierzał dać mu zapomnieć. Dopiero wtedy ręka zsunęła się z jego torsu i znalazła sobie znacznie wygodniejsze miejsce na Wilczych plecach w okolicach pasa.
Przygryzienie dolnej wargi było zwiastunem niechętnego zakończenia gestu, a jednak Nishimura, wyprostowawszy się nie cofnął się nawet o krok. Zresztą... po cholerę?
Ciekawa metoda wyrażania szczerości ― mruknął i przesunął językiem po swojej dolnej wardze. ― Ale nie sądziłem, że jeszcze będziesz twierdził, że cię zabiję.

_________________


Mine, motherfuckers.

MY LEVEL OF SARCASM IS TO A POINT
WHERE I DON'T EVEN KNOW IF I'M KIDDING OR NOT.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Czarny Wilk
Nieudany Eksperyment

avatar

Male Dołączył : 04/04/2013
Liczba postów : 2332
AKATSUKI : Zastępca; dowódca patroli.
Wzrost i waga : 158 cm. na ledwo 35 kg.
Partner : The truth is you could slit my throat. And with my one last gasping breath. I'd apologize for bleeding on your shirt...
~ wasza pieprzona wysokość.

Aktualny wygląd : PatrolMisja Akatsuki (nielegalny kontrahent)See you in hellDaylight's EndCatch me if You canSalon
Ekwipunek : Klucz do domu Takanoriego.
Inne : RelacjeKontaktObrażenia • Malinki na ciele. Dużo malinek. Taki dalmatyńczyk pod ubraniem. • Ślad po kłach na szyi, aktualnie zasłonięty przez bandaż. • zdarte gardło (efekt: nienaturalna chrypa)
Bestia : Jednorożec - Nutella Azor von Lerłamerlę, Rabbi - Mozart, Nekro - Laien.
Artefakt : Uniwersalny Kluczyk.
FUNKCJE : Kundel administracji; Mistrz Gry; Naczelnik Misji; Strażnik Elementu Otchłani; Uzupełnianie spisu rang specjalnych.

PisanieTemat: Re: Personal hell.   Sro Maj 29, 2013 8:32 pm

Natami weszła do środka, prześlizgując się obok Kundla i ruszając pewnym, aczkolwiek wyjątkowo cichym krokiem w stronę, gdzie woń pana była intensywniejsza. Gdy tylko go ujrzała uszy przylgnęły do czaszki, a z gardła wyrwało się pojedyncze warknięcie, prędko jednak zatuszowane i przerobione na żałosne mruknięcie. Jakby coś znów jej nie pasowało, pragnęła zaprotestować sprawom, które potoczyły się tak, a nie inaczej, ale... była psem. Nie potrafiła wykrzyczeć tego, co miała na myśli. Nie potrafiła tego przekazać w żaden logiczny, ludzki sposób, dzięki któremu, Gilbert by ją zrozumiał. Mogła tylko stać w bezruchu, czatując na odpowiedni moment. Tylko nieufność została. Ktoś był blisko. Zbyt blisko. Przecież tak nie można!


Rzadko się bał. Gdyby ktoś jeszcze dwie godziny temu zapytał się go o sytuacje, w której umierał z obawy przed czymkolwiek, zapewne pokręciłby tylko głową, machnął na to lekceważąco ręką i powiedział, że nie ma pojęcia, choć coś takiego ewidentnie kiedyś musiało się wydarzyć. Strach jest rzeczą ludzką, ale nawet Gilbert, choć był czystokrwistym Potworem, uznawał to odczucie za coś naturalnego, czego nie można się obawiać. A jednak się bał i za to było mu wstyd. Skrzywił się nawet delikatnie, ale zaraz usta powróciły do poprzedniego stanu, gdy poczuł delikatne muśnięcie na dolnej wardze. Wymamrotał coś cicho, jakby nawet podczas tak ważnej, tak istotnej dla siebie chwili nie był w stanie trzymać języka za zębami i zamknąć się choćby na ten moment. Słodko. Złapał jego nadgarstek, aby mieć całkowitą pewność, że się nie odsunie... właściwie, że go nie odsunie. Że to mimo wszystko nie jest kolejny gest, z serii, do jakich zaliczał Gilbert wszystkie pozostałe. Że to nieco więcej uczucia, które w sobie chował Takanori, a które teraz - specjalnie dla niego - wyjrzało zza grubej kaskady ciężkich zasłon i dało odrobiny pewności w zabawie. Pewnie nie trzeba się zbytnio domyślać, jak marudnie musiała wyglądać twarz chłopaka, gdy poczuł ostatnie przegryzienie, a potem zbytnia bliskość prysła jak bańka mydlana, choć Nishimura nie odstąpił od niego nawet o krok.
Gilbert opadł płasko na pięty. Chyba dopiero zorientował się, że podczas pocałunku starał się dodać sobie odrobiny centymetrów wzwyż, dla samej wygody tych pięciu sekund. A teraz znów dane mu było podziwiać głównie szyję Takanoriego. Ironicznie poczuł się jeszcze niższy niż jest w rzeczywistości, a jego mania na ten temat spowodowała, że grymas na ustach powiększył się o kolejny centymetr. To z pewnością nie prezentowało go odpowiednio po tym, co właśnie się stało, ale to jedynie na twarzy. Miał większe zmartwienia niż odruchy bezwarunkowe na efekty poboczne.
- Ciekawa metoda na odstresowanie. Po ile miesięczny pakiet? - odparował natychmiast, wznosząc rozbłyskane do granic możliwości ślepia dzieciaka, który właśnie wygrał na loterii niezłą sumkę. - Ale pewnie i tak mnie nie stać, hm? A będąc już całkowicie szczerym... myślałem, że udusisz - dopowiedział po chwili.- Jesteś nieobliczalny, nieokrzesany, a patrząc na ciebie ma się wrażenie, że najkorzystniej jest uciekać. Najlepiej nogami do przodu. I oczywiście, że wiem, co mówię! - obruszył się. Wielka obraza majestatu. - Lubię twój dotyk. To prawda. I przeszkadza mi... to również prawda. Przeszkadza mi wtedy, gdy dotykasz mnie niespodziewanie, gdy całujesz w chwilach gniewu i desperacji, gdy przyciągasz do siebie po kłótniach i rozterkach, gdy doskonale wiesz, że tego obawiam się najbardziej. Boję się twojej idei, twojego zachowania i twoich myśli, bo wiem, że stale na mnie patrzysz i krytykujesz, a to uświadamia mnie tylko, jak bardzo nieidealny jestem w twoich oczach i że czegokolwiek bym nie zrobił i jak bardzo nie podwyższał sobie poprzeczki, nigdy nie uda mi się udoskonalić siebie do tego stopnia, żeby cię w pełni nie irytować. Ale jednocześnie go uwielbiam, bo mnie uspokaja, daje poczucie bezpieczeństwa i szczęścia. Pewnie, śmiej się, dupku, że mam emocje, bo jestem bardziej ludzki niż ci się wydaje.
Tak jakby Takanori kiedykolwiek się zaśmiał. Ba! Gilbert tylko raz zobaczył jak ten się uśmiecha, ale było to zbyt nieprawdziwe, aby uznać to za miłe wspomnienie. Choć patrząc na wszystko z perspektywy czasu - właściwie bardzo dużo się wydarzyło, a ich relacje, raz podupadając, innym razem wznosząc się na samą górą, poplątały się do tego stopnia, że przynajmniej jedna ze stron absolutnie nie mogła pojąć, czego właściwie dokładnie chce. Niby to wydawało się normalne. W końcu każdy chce tego samego, a Gilbert nie był specjalnym wyjątkiem, w tak oczywistych sprawach. Poza tym przy nim naprawdę nie trzeba było długo myśleć - jego zachowanie zdradzało znaczną część myśli, a brak emocjonalnej wstrzemięźliwości sprawiał, że po jednym zdaniu, mógł wywarczeć swoją odpowiedź, która często gęsto mijała się z ogólnym celem. O wiele łatwiej było mu krytykować, niż wychwalać. Bo wychwalanie wymagało głębszego poznania. Wady widzi się już na pierwszy rzut oka.
- No i oczywiście masz rację, panie „wiem wszystko, wystarczy, że spojrzę”. - Gilbert wzruszył barkami, wreszcie przesuwając stopę w tył. Nie chciał się od niego odsuwać, ale jednocześnie... no ile można wytrwać bez powietrza? Jego oddech i tak okazał się stosunkowo spokojny, choć serce podeszło w górę i utkwiło w gardle, przyprawiając jego głos pikantną szczyptą chrypy, która wcale nie brzmiała już tak ładnie. Wziął głębszy wdech. „Spokojnie, spokojnie”, powtarzał sobie jak mantrę. - Lepiej ci, psychoanalityku? Owszem. Zawsze chciałem czegoś takiego. Chciałem ciepłych gestów, chciałem ckliwych słówek na ucho, chciałem wolności i siły. Marzyłem o byciu kimś ponad obecnymi. Chciałem być najlepszy i niezależny. Takiego, o którym będą pisać legendy i klechdy. Bingo, masz mnie. Proszę, bądź delikatny, nie znoszę twojej krytyki - rzucił kąśliwie. I tyle z bycia dobrą ciotką. - To wszystko bym chciał, ale oczywiście nie umiem. Sam nie wiem. Po prostu nie. Po prostu nie uznaję takiego życia. Chcę twojego dotyku, tego jak badasz moje ciało, jak całujesz, jak głaszczesz, jak mówisz, karzesz i chwalisz. Lubię cię obserwować, zbierać nowe informacje na twój temat. Takie, o których nie wie nikt inny. Jakim prawem oni wiedzą więcej? To mnie całujesz - warknął, zaciskając dłoń w pięść. Głos nagle stał się silniejszy. Przełknął jedno ze zdań. Gdyby je wypowiedział, sprawy by się pokomplikowały. Przecież nie mógł wiedzieć, co takiego chodzi po głowie Wilczemu. To byłoby zbyt niesprawiedliwe.
Ta odrobina prywatności zwyczajnie mu się należała.
- Świadomość własnej użyteczności dawała sens istnieniu. Oczywiście masz rację. Podświadomie zawsze liczyłem, że gdzieś tam będziesz. I wiesz co? - parsknął, aby zadrzeć głowę i spojrzeć ciemnowłosemu prosto w szare oczy tak przesycone złem. - Byłeś. Paradoks, co? Leci sprzeczność za sprzecznością, niczego nie da się racjonalnie wytłumaczyć. Ambiwalencja uczuć wkrótce osiągnie apogeum, a wtedy wszystko zyska tylko na wartości. Będą rzeczy, za które będziesz chciał i próbował mnie zabić. Jestem tego jak najbardziej pewien. Może nawet już próbowałeś? Rozważałeś takie warianty tysiące razy. Ale wierzę, że mnie pokochasz. Jeszcze. Kiedyś.
Na moment się uciszył, jakby w głowie przypominał sobie, o czym wcześniej rozmawiali. Podrapał się też po wyjątkowo zaczerwienionym policzku. Właściwie na myśl przychodziły mu teraz zgoła inne obrazy, niż te, które usilnie próbował przywołać. Musiał w tym celu wreszcie oderwać wzrok od jego ust i zapatrzeć w pierwszy lepszy przedmiot kuchenny, choć i przez to nie uzyskał wymierzonego efektu.
Był zdenerwowany i rozdrażniony. Nagle wszystko to, co skumulował w głębi chwilę po tym, jak „pożegnał” się z Natsume, teraz z niego wyleciało. Osobiście jednak nawet sam Gilbert uważał, że wszystko załatwił w wyjątkowo delikatny i mało wybuchowy sposób, jak na samego siebie. Istniały przecież takie ewentualności, w których chwytał za pierwszy lepszy przedmiot, aby przypieprzyć komuś prosto w łeb. Natami odczuwała zły nastrój. Udzielał się jej natychmiastowo.
„Za dużo krzyczysz”.
Gilbert przyłożył dłoń do rozgrzanego czoła. Gdyby nie to, że zwykł mieć zdecydowanie zbyt wysoką temperaturę ciała, pomyślałby, że posiada niebezpieczną gorączkę, która od wewnątrz rozbijała jego głowę.
- Nadal nie mogę pojąć, dlaczego mnie wtedy ratowałeś. Tego pierwszego dnia... Co ci w ogóle odwaliło, żeby mnie ruszać? Nie prosiłem o pomoc.
Nigdy o nią nie proszę.
Dopiero docierały do niego inne czynniki. Rzeczy, o których pamiętałby, gdyby nie zdenerwowanie - to pozytywne, jak i negatywne. Ból ramienia, porozcinanych rąk, suchość w gardle i szorstkie uczucie, podczas przełykania śliny. W dodatku wzrok jakby specjalnie się rozmazywał za każdym razem, gdy unosił spojrzenie z powrotem na Nishimurę - pewnie dlatego Wilczy prędko go opuszczał, zawiedziony nieudolnymi próbami.
- Odwdzięczę ci się za to. Nie wiem jeszcze jak... nie wiem nawet, czy to co robię teraz, sprawi, że kiedykolwiek spłacę dług. Wiem, że to w większości był mój wybór i to ja skazałem się na taki los, bo ja głupi się... Ty sam nie wiesz dlaczego, co? Śmieszne - prychnął, opierając się tyłem o blat i wspierając się na nim rękoma.

_________________


{ . . . }

I do very bad things and I do them very well.
________________I wanna... li-li-li-lick you...

{ w i l d __w o l f  }

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Take
Niepohamowany Szał

avatar

Dołączył : 03/04/2013
Liczba postów : 2307
GHOST : Zastępca
Godność : Takanori „Kitsune” Nishimura.
Wzrost i waga : 169 cm | 49 kilogramów.
Partner : I told you I`m gonna hold you down until you`re amazed, give it to you till you`re screaming my name, you stupid dog.
Pan/Sługa : - | Gilbert, Prawy, Mio, Leo, 7.
Znaki szczególne : Spaczenie emocjonalne. Szare, kocie oczy i wydłużone, mocne, zaostrzone, zwierzęce kły. Znaki w kanie wytatuowane wzdłuż linii kręgosłupa; duża blizna przecinająca klatkę piersiową. Kilka kolczyków w prawym uchu, a w lewym jeden. Wyraźna blizna pod lewym okiem, ciągnąca się od dolnej powieki do połowy policzka.
Aktualny wygląd : Daylight's End: klik; Nocna Republika (Shetani): klik; misje: klik; Think you're a dragon slayer: klik.
Ekwipunek : Zapalniczka benzynowa, paczka czekoladowych papierosów, w kaburze czarny rewolwer ASG z pełnym magazynkiem (6 naboi), komórka, pieniądze i scyzoryk.
Inne : Niezrównoważony psychicznie skurwiel. I ma widoczną malinkę na szyi...?
Obrażenia : Rozdarty, opatrzony lewy bok; liczne zadrapania na ciele, szczególnie na plecach (czyli good sex, bo Gilbert).
Bestia : Feniks ‒ Andromeda; Reikon ‒ Ryu.
FUNKCJE : Administracyjny Skurwiel; Mistrz Gry; Strażnik Elementu Otchłani.

PisanieTemat: Re: Personal hell.   Czw Maj 30, 2013 8:25 pm

Przeszkadzała. Na całe szczęście ciemnowłosy zdołał skupić się na tym, co było priorytetem. Niezadowolenie psa, którego nie powinno tu w tej chwili być, zostało puszczone płazem. Trudno, żeby było inaczej, skoro chęć wyrzucenia Natami z domu przegrywała w starciu z tą niewyjaśnioną potrzebą pozostania blisko czarnowłosego. Dopiero po tym suka spotkała się z krótkim spojrzeniem szarych ślepi. Był chyba ostatnią osobą na tym świecie, który potraktowałby ją, jako zagrożenie. Zaraz jednak to Gilbert ponownie stał się obiektem obserwacji. Wyraz, w którym wykrzywiły się jego rysy był z całą pewnością ostatnim, czego się spodziewał, aczkolwiek palce zaciskające się na jego nadgarstku zdawały się zbywać całe wrażenie niezadowolenia. Przez ostatnio czas Takanori zdążył sobie zakodować, że w trakcie spotkań z Wilkiem musiał rozdrabniać się i zwracać uwagę na najmniejsze szczegóły jego zachowań. To tylko świadczyło o tym, że nie tylko Wilczy miał problemy z nim, ale i on z Wilczym. Bo spróbuj ogarnąć kogoś, kto mówi jedno, myśli drugie, a robi trzecie. To mogło zniechęcać, ale jednocześnie w jakiś sposób zachęcało. Bo nie było łatwo, pomimo tego, że ktoś mógłby przyznać, że Vampa to najprawdziwszy okaz otwartej księgi. Tak. Był prosty pod wieloma względami. Banalny wręcz. Trzeba było czekać aż zrobi coś, co wymagałoby dłuższego zastanowienia się nad tym. Rzecz jasna, o tym nawet Nishimura nie miał prawa wiedzieć w chwili, gdy go poznał.
Uniósł brwi i pokręcił głową z dezaprobatą, odsuwając rękę od jego pleców. Niemniej jednak dalej stał tam, gdzie stał. Wciąż za blisko, choć nie miał z tym problemów, które dręczyły Gilberta w takich chwilach. Było to dla niego obce i jednocześnie niezrozumiałe, co nie oznaczało, że nie odpowiadało mu to, że chłopak reagował na jego obecność w taki sposób. Sam jednak nigdy nie uważał, że mógłby pozwolić sobie na utratę samokontroli lub to, by zmiękły mu nogi, a język zaczął plątać się pod wpływem zdenerwowania. Może był bezwstydny, a może bardziej pewny swego... Góra przed nikim się nie pokłoni, co?
Lata doświadczenia... Fakt. Możesz się nie wypłacić ― odgryzł się. Niemniej jednak jasno dał do zrozumienia Gilbertowi, że zwyczajnie palnął kolejną głupotę. Choć... zarabianie na czymś tak mało wyczerpującym wydawało się kuszące. Rzecz w tym, że po prostu nie było dla niego. ― W zasadzie myślisz, że cię zabiję niezależnie od tego, co zrobię. Powinieneś nauczyć się słuchać ― westchnął zrezygnowany. ― I mógłbym powiedzieć to samo. Zawsze jest to samo, niezależnie od tego, co zrobię. I jeżeli boisz się moich myśli, dlaczego tak uparcie chcesz je poznać? Krytykuję cię ‒ racja. Zauważ, że tylko dlatego, że stale popełniasz jakieś błędy. Tu nawet nie chodzi już o to, że działasz na cudzą szkodę, ale... cholera, nie chcę potem słuchać tekstów pokroju „Dam sobie radę”. Oczywiście, dasz sobie radę, ale nie zawsze dobrze na tym wyjdziesz. I jasne, że jesteś nieidealny. Kurewsko nieidealny.Tak, jak ja.Gdybym wymagał od ciebie tego, żebyś stał się idealny, usłyszałbyś to na głos. Wiesz, że nie żartuję ― rozłożył bezradnie ręce. ― W każdym razie próbując dążyć do swojej perfekcji, nie pomyślałeś... Właśnie. Nie pomyślałeś, że chodzi tylko, żebyś zaczął myśleć. O sobie, Gilbercie.
Bycie egoistą nie jest takie trudne.
Gdyby jednak bliżej się nad tym zastanowił, nie chodziło tu tylko o to, że Salvatore nie myślał o sobie. Chodziło o to, że myślał o każdym, kto był mu bliski. Potrafił zrobić wszystko, żeby tylko im się żyło lepiej. Tylko egoista mógł zmuszać drugą osobę do stania się kimś podobnym. A skoro myślał, jak egoista... Dlaczego nie miałby być jedyną osobą, która zaprzątała jego myśli?
O czym ja w ogóle myślę?
Przesunął ręką po policzku, co aktualnie wyglądało tak, jakby potraktował z politowaniem to, co mówił do niego Wilk. Niemniej jednak nie zamierzał w żaden sposób komentować jego potrzeb. Jednakże jednocześnie nie mógł im sprostać. Jego zachcianki wiązały się z potrzebą posiadania kogoś bardziej wylewnego. Kogoś, kto wprost mówił o uczuciach wyższych, a nie zmuszał innych do czytania pomiędzy wierszami.
Hm... Zatem jestem doskonałym przeciwieństwem kogoś, kto byłby dla ciebie idealny. Zabawne. A jednak... ― nie dokończył. W tej jednej chwili prawdopodobnie wiadomym było, co miał do powiedzenia. ― I kto wie więcej? Natsume? ― Och, więc jednak go znał... ― Nie wiem, co tu robi, ale zauważam luki w jego informacjach. No jasne. Wypierdoliłem ich z domu, gdy miał osiem lat. Był dzieckiem ― potarł palcami skroń, samemu nie będąc pewnym, po co właściwie to mówił. Najwidoczniej tylko lepiej, żeby Wilczy przestał robić mu niesłuszne wyrzuty. ― Co właściwie chcesz wiedzieć? Widzisz wszystko to dość mocne słowo. Gdybym powiedział ci, że masz powiedzieć mi wszystko, też byś tego nie zrobił. I co? Też miałbym powiedzieć, że skoro mnie całujesz, powinieneś nie mieć przede mną żadnych tajemnic? To tak nie działa. Są rzeczy, o których się nie mówi.
On miał tych rzeczy całkiem sporo.
Zmarszczył delikatnie nos, wpatrując się w różnokolorowe ślepia czarnowłosego, które teraz wpatrywały się w jego szare oczy z zaciekłością. Milczał, choć to wcale nie oznaczało, że się z nim zgadzał. Przynajmniej nie w pełni. Vampa powinien zdawać sobie sprawę z tego, że gdyby próbował go zabić, już by go nie było.
Niewykluczone ― mruknął jedynie, pozostawiając jedynie ciężką aurę niepewności. Prawdopodobnie nie zamierzał odpuszczać Gilbertowi konieczności głowienia się w jego obecności. Cóż, odpłacał się pięknym za nadobne.
„Nie prosiłem o pomoc.”
Ciemnowłosy rozchylił usta, ale w pierwszej chwili żaden dźwięk nie wydobył się z jego ust. Wyglądało na to, że monstrum poruszyło jeden z trudniejszych tematów. Kitsune musiał zastanowić się nad odpowiedzią, choć równie dobrze mógł zbyć wszystko milczeniem. Przecież to wychodziło mu idealnie. Prawda? Jednakże tym razem było inaczej... Wszystko się pokomplikowało. Aż za bardzo.
Oczywiście, że nie prosiłeś. Być może, gdybyś miał wtedy więcej siły, musiałbym godzić się teraz z brakiem ręki ― tu ostentacyjnie uniósł wolną rękę, która ‒ swoją drogą ‒ nadal krwawiła, aczkolwiek na to zdawał się nie zwracać większej uwagi. Zaraz pozwolił, by jego ramię swobodnie opadło. ― Zrobiłem ci na złość, co? ― spytał, choć brzmiało to tak, jakby stwierdzał oczywisty fakt. To znaczy, że chodziło tylko o to? Żeby dopiec komuś nieznajomemu? Niemożliwe. A może jednak...? ― Chciałeś umrzeć ― sprostował szybko. ― Pytanie tylko: dlaczego? Może nie zrobiłeś sobie tego sam, ale gdzieś podświadomie sądziłeś, że to twoja szansa. Dlaczego ktoś miałby ci ją siłą odbierać? Dlaczego ktokolwiek miałby chcieć ci ją odebrać? Patrząc na to wszystko z teraźniejszego punktu, możliwe, że chęć odejścia nie pojawiła się od razu. Najpierw chciałeś, żeby ktoś przyszedł. I nie, nie chodziło tu o kogokolwiek. Chciałeś, żeby to był ktoś z tych osób, na których podczas codziennych, niegroźnych problemów mogłeś liczyć. Ale nie przychodzili. Czekanie zabijało wiarę, ale to w końcu ty... Jak mógłbyś mieć im to za złe? To nawet lepiej, że nie musieli oglądać cię w tym stanie. „Poradzą sobie beze mnie” ‒ oczywiście. Nie mieliby wyjścia. Chociaż to tylko moje spostrzeżenia. Rzecz w tym, że ci przeszkodziłem. Są dwa typy ludzi, których nie znoszę, a słabeusze zajmują miejsce w tym nielicznym gronie. Kiedy inni robią wszystko, by przeżyć, w tamtej chwili ty próbowałeś uświadomić mi, jak bardzo chcesz zdechnąć. W zasadzie powinienem ci na to pozwolić. W końcu to było słabe. Co takiego wydarzyło się, żebyś miał do tego prawo? Powiedzmy, że byłem ciekawy. Po tym, jak już doszedłeś do siebie i wszystko potoczyło się nie tak, jak powinno... ― uciął na chwilę i zmrużył oczy, osuwając się o krok, by mieć na niego dogodniejszy wgląd. ― Żałowałem, że cię tam nie zostawiłem. Stawałeś się coraz bardziej niebezpieczny. Mówiłeś to, czego nie powinieneś był mówić. To czyniło cię łatwym celem. Masz rację... Sam zgotowałeś sobie taki los. I wreszcie powiedziałeś to ― położył nacisk na ostatnich słowach. Cały czas starał się być opanowany, co jedynie pogarszało sytuację Gilberta, bo przypominanie mu o przykrych rzeczach z całą pewnością nie było dla niego przyjemne. Jednakże był to jedyny sposób na to, by Nishimura wreszcie sprecyzował, o co dokładnie mu chodziło.
Milczał przez chwilę i w tym czasie opadł ponownie na krzesło. Uniósł wzrok na twarz czarnowłosego.
To jasne, że nie mogłem ci uwierzyć. Nie chciałem. W końcu to nie przychodzi tak łatwo. A nawet, jeśli... Gdyby kolejny raz coś ci się stało, a wybawicielem byłby ktoś inny, też potraktowałbyś go w ten sam sposób? Myślałem, że tak. Wtedy też zdałem sobie sprawę z twojej słabości. Nie przypuszczałem jednak, że zrobisz cokolwiek idiotycznego, gdy okaże się, że nie mogę spełnić twoich oczekiwań. Ale to tylko uświadomiło mi, że ty nie mógłbyś spełnić moich ― w tym czasie złapał go za nadgarstek jednej ręki, którą pociągnął w swoją stronę i obrócił jego przedramię wierzchem do góry, skupiając wyraźnie nieprzychylne spojrzenie na licznych bliznach. ― Nawet nie musiałbym kiwnąć palcem, żeby cię wykończyć. Sam byś to zrobił. W zasadzie myślałem, że już wtedy się ciebie pozbyłem, ale zawsze wracałeś. Ile można? Ale nawet, gdy starałeś się uświadomić mi, że już mnie nienawidzisz, to i tak się nie sprawdzało. Dziwne, co? Twierdzisz, że nie wiem, a prawda jest taka, że WOLAŁBYM nie wiedzieć. To dwie różne sprawy. A jednak. Przy kimś takim, jak ty trudno, żeby czegoś się nie dowiedzieć. Twój brak oszczędności w słowach bywa męczący ― ... i kto to mówił? Tyle dobrze, że jemu pierwszy raz udało się wyrzucić z siebie więcej, niż było to konieczne. Prawdopodobnie sam nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że powiedział AŻ tyle. Jedyną oznaką tego było to, że jego głos też stopniowo stawał się bardziej ochrypły, niż zwykle. Odczuwał też lekkie drapanie w gardle, chociaż na tę nie przejmował się tym. ― Ale to nie byłoby takim problemem, gdyby nie sposób, w jaki wypowiadasz niektóre słowa. Nawet, gdybym chciał ci nie wierzyć, mam wrażenie, że po prostu nie mogę ― wzruszył mimowolnie barkami. ― Nawet nie wiesz, jak mnie tym wkurwiasz ― mruknął i wolną ręką zmierzwił włosy z tyłu głowy, drugą nadal zaciskał na nadgarstku Salvatore'a (w końcu w każdej chwili mógł spieprzyć, gdy zmuszono go do wysłuchiwania tego wszystkiego). Co dziwne ‒ nawet nie brzmiał tak, jakby faktycznie miał mu to za złe.
Bo nie miał.
Jakkolwiek dziwne by to nie było ‒ taka kolej rzeczy mu... odpowiadała? Sam nie potrafił tego sprecyzować. Niemniej jednak zdawał sobie sprawę z tego, że pewne sprawy wymagały dystansu. Choć aktualnie znacząco go zmniejszył, gdy powiedział o jedno... dwa... sto pięćdziesiąt słów za dużo. Wyglądało na to, że niektóre sytuacje wymuszały na nim nawet takie zachowania, których nikt by się po nim nie spodziewał. Aczkolwiek Gilbert sam stwierdził, że był nieobliczalny, zatem pewnie rozważył to, że w końcu doczeka się takiego... przełomu, choćby ten miał być jednokrotny.
Poza tym... ― to jeszcze nie koniec? ― Pytasz mnie, dlaczego to zrobiłem, a wydaje mi się, że to sytuacje, w których po prostu akceptuje się to, że tak wyszło. Mógłbym sam pytać: dlaczego ja? Dlaczego jeszcze tu jesteś? Jednak dla odmiany, nie obchodzi mnie to. Przynajmniej już nie. Widzisz, właśnie przekroczyłeś niebezpieczną strefę i jeśli myślisz, że pozwolę ci iść, to muszę wyprowadzić cię z błędu ― jeżeli to, by Kitsune brzmiał jeszcze poważniej niż zwykle, w ogóle było możliwe. To w tym momencie można było to właśnie zaobserwować. Kryła się w tym nuta groźby, ale i czegoś bliżej nieokreślonego... Fakt, że zaraz po tym musnął wargami jego poranione przedramię tym bardziej zbijał z tropu. ― Wspominałem, że żałowałem tego, że pozwoliłem ci żyć? Zwróć uwagę na czas przeszły.

_________________


Mine, motherfuckers.

MY LEVEL OF SARCASM IS TO A POINT
WHERE I DON'T EVEN KNOW IF I'M KIDDING OR NOT.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Czarny Wilk
Nieudany Eksperyment

avatar

Male Dołączył : 04/04/2013
Liczba postów : 2332
AKATSUKI : Zastępca; dowódca patroli.
Wzrost i waga : 158 cm. na ledwo 35 kg.
Partner : The truth is you could slit my throat. And with my one last gasping breath. I'd apologize for bleeding on your shirt...
~ wasza pieprzona wysokość.

Aktualny wygląd : PatrolMisja Akatsuki (nielegalny kontrahent)See you in hellDaylight's EndCatch me if You canSalon
Ekwipunek : Klucz do domu Takanoriego.
Inne : RelacjeKontaktObrażenia • Malinki na ciele. Dużo malinek. Taki dalmatyńczyk pod ubraniem. • Ślad po kłach na szyi, aktualnie zasłonięty przez bandaż. • zdarte gardło (efekt: nienaturalna chrypa)
Bestia : Jednorożec - Nutella Azor von Lerłamerlę, Rabbi - Mozart, Nekro - Laien.
Artefakt : Uniwersalny Kluczyk.
FUNKCJE : Kundel administracji; Mistrz Gry; Naczelnik Misji; Strażnik Elementu Otchłani; Uzupełnianie spisu rang specjalnych.

PisanieTemat: Re: Personal hell.   Pią Maj 31, 2013 7:46 am

Natami udzielał się jego nastrój. Wydawała się coraz bardziej niesforna, jakby lata wychowania akurat na nią nie podziałały. Trzepotała uszami, garbiła się, to znów prostowała. Na moment jednak nie miała zamiaru odejść od właściciela, przyglądając się scenie ze względnie bezpiecznej odległości. Tutaj nawet spojrzenie szarych, przeszywających ślepi nie dało i nie da żadnych efektów. Ślepo podążała za istotą, która wieki temu pozwoliła mu trwać przy swoim boku i zajmowała się o wiele lepiej, mimo trudnych warunków. Nie mogła sobie pozwolić, aby teraz odwrócić się i wybiec z pomieszczenia, wprost na wietrzne podwórze. Wolała w skupieniu czekać. Obserwować jak Gilbert, mimo wszystko robi się tylko coraz bardziej rozdrażniony.
Był irytujący. Owszem. Na domiar złego zdawał sobie z tego sprawę i nawet nie miał zamiaru naprawiać tej istotnej wady, która nie jednemu i nie drugiemu uprzykrzyła życie wystarczająco mocno, aby pozwać go do sądu o znęcanie się. Można na upartego powiedzieć, że taki już był. Taki zwyczajnie musiał być, aby stwarzać pozory. Przez to nie było zdania, które mógł puścić mimo uszu.
- Trudno tak nie myśleć, skoro swoją postawą i spojrzeniem nie mówisz mi praktycznie nic innego. Sztukę wysyłania sprzecznych sygnałów oceniam ci na 6 z +. - Skrzywił się. - Myślisz, że gdybym nie chciał cię słuchać, nadal bym tu w ogóle stał? - zapytał, próbując uświadomić mu, że on również potrafił brać sobie do serca słowa niektórych, ale w obecnej sytuacji uważał, że to Takanori popełnia absurdalne błędy. Kitsune nie powinien się zresztą dziwić. Patrzył z chłodem i nieludzką obojętnością. Osoby postronne, nawet te nieco mu bliższe, wiedziały jedno - siedziało w nim nienazwane zło. Zło, które mogło się uwolnić po pstryknięciu palcami lub długo po fakcie, gdy wszystko wydawać się mogło różowe. Gilbert nawet teraz nie był do końca pewien, czy Nishimura za moment nie podejdzie do niego i nie wymierzy upokarzającego ciosu w policzek. Bo był do tego zdolny. Grupując wszystkie ich spotkania, może ledwie dwa nie skończyły się dla Wilka nowym siniakiem. I żadne nie kończyło się jego wyśmienitym samopoczuciem. Po spotkaniach z ciemnowłosym wracał rozgoryczony i wściekły. Przede wszystkim wściekły. Na niego, na siebie, na te rozmowy i ciche komentarze. W dodatku zawsze zadawał trudne pytania. Zawsze. - Bo tak. - Argument powalał. - Powiedziałem już dlaczego. To racja, że się boję. Jedna z nielicznych rzeczy, które wywołuje u mnie tak wygórowany poziom tego, nie oszukujmy się, niezbyt przyjemnego uczucia. Ale zauważ, że mimo to chcę. Tak to ze strachem jest. Nie boimy się samej rzeczy, ale świadomości, że jest nam to nieznane. Do wszystkiego można się przyzwyczaić. Gdybym żył w koszmarze, w którym teraz żyjesz ty, wkrótce i ja przywykłbym do niego i przestałbym się bać. Dla udowodnienia ci, że nie jesteś sam w tym popieprzonym labiryncie.
Nagle drgnął.
Rzeczywiście. Takanori potrafił wymierzyć solidny cios, równie mocny jak spoliczkowanie. Gilbert niemalże czuł te ostre słowa, które teraz przeszywały jego ciało, wywoływały drżenie rąk i skręt żołądka. Mimowolnie zacisnął palce na blacie stołu, marszcząc również brwi. Krytykował go i się do tego przyznawał. To dobry znak, jeśli patrzeć pod kątem umiejętności analizowania Gilberta. Powinien się cieszyć, że miał rację w tak ważnej sprawie. Był obserwowany. Cały czas poddawany kolejnym próbom, z których jednak... i tak się nie wywiązywał.
„Zauważ, że tylko dlatego, że stale popełniasz jakieś błędy”.
Zacisnął usta w wąską linijkę. Miał racje. Miał cholerną rację. Popełniał błędy. Na każdym możliwym, jebanym kroku je popełniał. Nie potrafił przeżyć dnia bez problemu. Nie umiał wyjść do spożywczego, żeby kogoś nie zabić ani wyprowadzić psa, nie robiąc sobie lub osobie postronnej krzywdy. Nigdy nie dane mu było wykonać zlecenia, a potem wejść do domu ze świadomością, że nie ma się żadnego zadraśnięcia na ciele i duszy. To już nie te czasy, gdy zabawa w żołnierzy opowiadała o doświadczeniu i honorze. To moment, gdy cudzy wzrok skierowany był na niego, a on nie powinien poddawać się presji, tylko pokazać wreszcie, jak wartościową osobą potrafił być. A mimo to zabolało. Sam fakt, że On tak myślał. Że uważał go za coś gorszego, bo... robił to, co robił.
„...kurewsko nieidealny”.
Palce pobielały. Poczuł nagle jak w kącikach oczu pojawia się gorycz. Nie to. Tylko nie to. Wszystko, byle nie to!
„Wiesz, że nie żartuje”.
Trudno żartować w takich momentach. Nawet Gilbert potrafił być poważny, gdy przychodziło co do czego. I co z tego, że rzucał ironicznymi tekstami? To jego sposób na wyrażanie myśli, których w normalnym świetle by nie przedstawił ze względów czysto emocjonalnych. Tutaj jednak nawet zapewnienie Takanoriego, że gdyby wymagał od niego perfekcji, to by go o tym uświadomił, nie dawało dobrego efektu. To jeszcze bardziej skrzywiło światopogląd Gilberta. On musiał być idealny. Dlatego właśnie, aby w krytyce nigdy nie wypaść fatalnie.
„Żebyś zaczął myśleć. O sobie, Gilbercie”.
Podniósł na niego spojrzenie. Grzywka rzuciła tragiczny cień na jego twarz, ale nie było to coś, co teraz wywołałoby jego przejęcie. Chyba się nie rozumieli. Chyba naprawdę nie mogli się zrozumieć.
- Nie umiem. Nie chcę. - Tym dwóm zdaniom towarzyszyło ostrzegawcze warknięcie, jakby Takanori co najmniej zbliżył się na niebezpieczną odległość. W istocie jednak drażniły go jego zarzuty. Jak w ogóle mógł go do tego namawiać? On? On miałby stać się całkowitym egoistą? Owszem. Sam egoizm i tak w nim już siedział. Duże pokłady umiejscowiły się i aktywowały w najrozmaitszych momentach, często na szkodę samego Wilka. Nierzadko odtrącał od siebie Arthura, by dać mu do zrozumienia, jak nisko upadł w jego oczach i często mówił Mio rzeczy tak przykre, że tylko on, świadom własnego samolubstwa, mógł je wypowiedzieć. Ale wszystko to rzadko zgrywało się z prawdą. Robił to dla własnych pobudek, dla podbudowania ego, dla zburzenia myśli, które pytały go, jak wiele mogą zrobić dla niego osoby, które go rzekomo kochają. A on głupi próbował udowodnić sam sobie, wystawiając ich na tortury przeplatane tęsknotą, niemożnością i przymusem zaufania w kwestiach, w których inni interweniowali. Więc jak mógł w ogóle go do tego namawiać? To było dla Gilberta rzeczą nie do pomyślenia. Trzy razy nie dla tego pomysłu. Jedziemy dalej.
Kolejne jego słowa go ubodły. Z niewiadomych przyczyn wiedział, że Nishimura tak zareaguje. „Zatem jestem doskonałym przeciwieństwem”. I kto tu nie słuchał? Kto nie zwracał uwagi na szczegóły? Kto znów zarzucał innym kłamstwo, samemu potwornie kręcąc? Wilczy tylko się skrzywił, a potem otworzył usta, chcąc coś powiedzieć. Prędko jednak je zamknął. Drapanie w gardle było drażniące, a monolog Takanoriego... w gruncie rzeczy Gilbert chyba jeszcze nigdy tak długo nie mógł wsłuchiwać się w jego głos - teraz równie zachrypnięty jak jego. Zawsze tego chciał. Żeby do niego mówił, tłumaczył, przedstawiał świat swoimi oczami, a potem pytał o wrażenia i powiązania. Teraz czarnowłosy zrobiłby wszystko, aby ten się zamknął. Jeszcze pytał o rzeczy tak śmiesznie oczywiste! Co Gilbert chciał o nim wiedzieć? Ha! A czego nie chciał? Był typem, który zadowoli się każdą ciekawostką. On się tym poił. Czuł satysfakcję ze zdobywanych informacji, nawet tych niskich lotów. Po prostu sprawiało mu to frajdę, gdy osoby z własnej woli spowiadały mu się jak w konfesjonale, nie szczędząc przy tym pikantnych szczegółów. Naturalnie miał większą ochotę na fakty, które byłyby istotne. Na przeszłość, która kładła się cieniem, na powodach jego zamknięcia i nieufności. Dlaczego był zły? Dlaczego w jego oczach zawsze widać było mrok? Dlaczego był zimny w dotyku jak najchłodniejszy lód? Co się stało z jego ojcem? Co dokładnie z jego matką? Z jakiej racji nienawidził Natsume i jaki był powód, by wywalać go z domu?
Dlaczego uczepił się akurat tego całowania?
Owszem, do cholery. Tak powinno być.
Wygórowana wizja miłości sprawiała, że Gilbert naprawdę przestawał wierzyć w umiejętność kochania Takanoriego, co absolutnie nie oznaczało, że miał zamiar zrezygnować. Był typem upierdliwego podglądacza zza bloku, który codziennie rano specjalnie wstaje godzinę wcześniej, aby poobserwować przez lornetkę osobę, w której rzekomo się zadurzył. To było dla niego zawsze bolesne doświadczenie, dlatego zwykł nie dopuszczać do siebie takich myśli. Gorzej, gdy te roztrzaskiwały się w jego głowie, powodując jej wybuch. Dwa razy to czuł. Za każdym razem z większą intensywnością.
Ale on ten ból tolerował. Bo to zwiastowało szczerość pomylonych uczuć. Gorzej, gdy nie mógł tego cierpienia już znieść. Wtedy bolało go wszystko. Tak jak teraz. Wreszcie otrzymał odpowiedź. Tak długo na to czekał, tyle nieprzespanych nocy poświęcił na warianty... i żaden nie pokrywał się z tym, co powiedział ciemnowłosy. Nawet po tym Gilbert przez chwilę tylko stał w całkowitym bezruchu, znów czując jak do oczu napływają łzy.
„Daj spokój. Odpuść”.
Uniósł rękę. Nie zdążył jednak przesunąć nią po oczach, bo ta została zamknięta w żelaznym uścisku właściciela. Chyba spanikował. Spanikował, bo natychmiast warknął, ale dźwięk ten urwał się drastyczniej niż hejnał Mariacki, gdy Salvatore się opamiętał. Wilcze uszy oklapły, nadając mu tej szczypty całkowitej uległości i poddaństwa. Nawet nie stawiał oporu, gdy Takanori siłą obrócił jego rękę. Po prostu błądził gdzieś wzrokiem po blacie, po ścianie, szafkach, stole... objechał całą podłogę, byle nie patrzeć w jego oczy i nie pokazywać swojej twarzy. Wyglądał teraz okropnie. Zdecydowanie gorzej niż we wszystkich tych momentach, gdy wracał poobijany z misji, ledwo łapiąc oddech. Palce ponownie się zwinęły, tworząc pięść. Druga ręka przy formowaniu się w podobny kształt zadrżała lekko, jakby chłopak tylko powstrzymywał się przed uderzeniem Nishimury.
„Mówiłem... odpuść”.
Zobaczył przed oczami ten felerny dzień. Wtedy pierwszy raz właściwie myślał, że miał szansę. Wybrał dogodny moment, który wydawał mu się idealnym do powiedzenia dwóch słów, dziewięciu liter. Miał nadzieję na najlepsze. Głupi nie przygotował się na najgorsze. Zwyczajnie mina mu zrzedła, gdy usłyszał o wrednej grze ciemnowłosego. To był trudny czas, który wkrótce zburzył jego nastawienie. Stał się mniej przychylny, agresywny, choć wciąż osiągalny. Czasami wściekał się na siebie, że był zbyt łatwowierny w tych sprawach. Że nawet zdając sobie sprawę z nieodwzajemnionego uczucia, oddałby praktycznie każdą cząstkę siebie, gdyby usłyszał taki rozkaz.
„Nawet nie wiesz, jak mnie tym wkurwiasz”.
Do diabła, i vice versa!
„Poza tym”.
Gilbert zacisnął zęby. Miarka się przebrała. Odwrócił głowę w jego stronę i już otwierał usta, aby wyrazić niezbyt ciekawą opinię na temat wszystkich jego słów razem wziętych, ale... dosłownie w tym samym momencie piorun uderzył w czuły punkt. Nie potrafił zrozumieć dlaczego to muśnięcie wydawało mu się delikatniejsze od uderzeń motylich skrzydeł, ani dlaczego skóra w tym miejscu zapłonęła żywym ogniem. Chyba nie wytrzymał. Wyszarpnął rękę i warknął w jego kierunku, odsłaniając śnieżne kły.
- Nie dotykaj mnie! - wrzasnął. - Nigdy więcej mnie, kurwa, nie dotykaj! Nie waż się mówić takich słów! Tak, pewnie! Chcę wiedzieć. Chcę wszystko. Jestem cholernym egoistą. Jak mogłeś tego nie zauważyć? Troszczę się o twoje dobro, bo mi tak wygodnie. Świadomość twojej śmierci podcięłaby mi nogi, a ja naprawdę nie mam ochoty padać na kolana i klęczeć tak do końca wyroku. Chcę byś żył, bo bez ciebie byłoby mi źle. Czy to nie jest egoistyczne? A jeśli nie - to jakie jest? Pragnę twojego dotyku, by zwalczyć własną żądzę. Nie wiesz nawet, jak długo nie miałem... jak długo nie byłem... jak strasznie długo czekałem na taki moment! Ale ty wszystko musiałeś spieprzyć. Dlaczego nie możesz tego zrozumieć? Jak bardzo nierealny jestem, żeby moje słowa i gesty do ciebie nie docierały? Jestem taki jak mówisz. Okropny, co? Popełniam błędy, wiem. To przecież takie oczywiste. W dodatku te moje zapędy... Sam powiedziałeś, że biorę wszystko, żeby potem znudzony zostawić w cholerę i poszukać całkowicie nowej ofiary. Głupi jesteś, jeśli w to wierzysz. Na co mi ktoś, kogo nie ruszają moje wyznania? Miałbym się ubiegać o osobę, która widzi we mnie tylko kundla na posyłki, kogoś, kogo da się trzymać na krótkiej smyczy wedle uznania? Ty naprawdę uważasz, że byłbym zdolny poniżać się dla kogoś, kogo potem miałbym odstawić na bok? Nie jestem dziwką, Take. Nie zmieniam się co dwie minuty i nie przystosowuję się do warunków, wedle upodobań mojego klienta. Jasne, cholera! Myśl inaczej! Widzisz we mnie tylko kolejnego durnia, który po uszy się zadurzył, hm? Wiedziałem. Do diabła, wiedziałem! To idiotyczne, że nie chciałem tego przyjąć do wiadomości. I ten twój nagły akt litości. Wtedy jeszcze nie wiedziałem co mnie czeka. Skąd niby miałem wiedzieć?! - Nagle jego głos przybrał na sile. - OCZYWIŚCIE, że chciałem umrzeć! Chciałem wtedy zdechnąć! Sam! Bez ciebie, bez Mio, bez innych osób, które usilnie chcę zatrzymać przy sobie. Znów masz rację. Brawo! Nie znudziło cię to jeszcze? Jest kwestia, w której się mylisz? A może ja serio mam to wszystko wypisane na twarzy? Jestem tak bezpośredni czy tępy? Nigdy nie rób rzeczy, których będziesz żałował. Sposobów na odebranie sobie życia jest tysiące... na przywrócenie nie ma ani jednego. Ale nie. Ty nie potrafiłeś tego docenić. Nie mogłeś przejść obok, jak przechodzisz obok wszystkich innych osób. Nie mogłeś zbyć swojego chamstwa machnięciem ręki. Nie potrafiłeś też mnie dobić. Jaki to ma sens? Jestem słaby. Rany, zawsze byłem i jakoś nie ubolewam nad tym faktem. Ty nie znosisz słabeuszy. Mnie nie znosisz. Świetnie! - Wyrzucił ręce w górę. Jego gardło powoli odmawiało posłuszeństwa. - I jeszcze żałowałeś tego potem. Nie wierzę w to co słyszę. To trzeba było mi to powiedzieć. Znam swoje miejsce. Umiem odpuścić. Też mam swoje limity. Dobrze się chociaż bawiłeś? Wiedziałeś, że ja... a i tak dawałeś nadzieję! Podłe to było, Take. A mimo to, do diabła...
Odchrząknął.
Poczuł nagle w gardle istny płomień, który wkrótce liznął podniebienie i wewnętrzną stronę policzków. Gilbert zamrugał parokrotnie, unosząc dłoń do szyi. Palce musnęły gardło, a on ponownie uchylił usta, ale prócz cichego pomruku nie wydobyło się z nich żadne słowo. Spróbował jeszcze dwa razy, ale próby zakończyły się beznadziejnym fiaskiem. Odsunął rękę od zdartych strun i wysunął ją przed siebie. Wciąż w uszach dzwoniły mu jego własne słowa: „NIE DOTYKAJ MNIE!” A mimo to on sam go dotknął. Chwycił za dłoń, zmrużył nieco oczy i... palcem lewej dłoni przesunął po wewnętrznej stronie ręki Takanoriego. Ciemnowłosy mógł poczuć, jak pod naciskiem niezbyt niedelikatnych gestów tworzy się słowo. „M” … „A”... Gilbert prychnął gardłowo, puszczając jego rękę. To nie miało sensu. Zbyt dużo czasu zajęłoby mu powiedzenie tego co miał na myśli... a głowa wprost pękała mu od kolejnych zdań, które tak usilnie pragnął przedstawić właścicielowi. Chciał opowiedzieć o tym, jak to się zaczęło, o jego wściekłości, gdy znów został uratowany i o gniewie, który stopniowo gasł, ustępując miejsca wdzięczności i uczuciu, że będzie musiał się odpłacić. Nie miał nic, co mógłby mu dać, dlatego dał to, co mu pozostało.
Gilbert sięgnął za siebie, chwytając za komórkę. Włączył tryb wiadomości. Palec uwinął się prędko z napisaniem treści, która zaraz została podetknięta pod nos rozmówcy:
    „Masz mnie.
    Weź za to odpowiedzialność”.
Zabrał na moment aparat z powrotem do siebie. Wystukał kolejne zdanie, z lekko krzywą miną.
    „Będziesz szczęśliwy, jeśli nie będę popełniać błędów?”
Klik, klik, klik...
    „Jak mam ich nie popełniać?
    Nie wiem co mam w sobie zmienić! (=.=)”
Gilbert spojrzał na niego z pełnym szczerości wyrazem.
    „Nie jesteś idealny? Zwróć uwagę,
    że ja też użyłem czasu przeszłego.”
Zmarszczył lekko brwi.
    „Daj mi szansę”.
Jego barki uniosły się i opadły, dokładnie tak, jakby z wielkim ciężarem westchnął.
    „I przepraszam.
    Nie chciałem powiedzieć tych wszystkich słów.”
Skrzywił się i przewrócił oczami.
    „Nie no, w sumie chciałem.
    Ale niektóre nawet nie były szczere.”
...
    „Resztę weź pod uwagę,
    gdy będziesz mnie znów całował”.

_________________


{ . . . }

I do very bad things and I do them very well.
________________I wanna... li-li-li-lick you...

{ w i l d __w o l f  }

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Take
Niepohamowany Szał

avatar

Dołączył : 03/04/2013
Liczba postów : 2307
GHOST : Zastępca
Godność : Takanori „Kitsune” Nishimura.
Wzrost i waga : 169 cm | 49 kilogramów.
Partner : I told you I`m gonna hold you down until you`re amazed, give it to you till you`re screaming my name, you stupid dog.
Pan/Sługa : - | Gilbert, Prawy, Mio, Leo, 7.
Znaki szczególne : Spaczenie emocjonalne. Szare, kocie oczy i wydłużone, mocne, zaostrzone, zwierzęce kły. Znaki w kanie wytatuowane wzdłuż linii kręgosłupa; duża blizna przecinająca klatkę piersiową. Kilka kolczyków w prawym uchu, a w lewym jeden. Wyraźna blizna pod lewym okiem, ciągnąca się od dolnej powieki do połowy policzka.
Aktualny wygląd : Daylight's End: klik; Nocna Republika (Shetani): klik; misje: klik; Think you're a dragon slayer: klik.
Ekwipunek : Zapalniczka benzynowa, paczka czekoladowych papierosów, w kaburze czarny rewolwer ASG z pełnym magazynkiem (6 naboi), komórka, pieniądze i scyzoryk.
Inne : Niezrównoważony psychicznie skurwiel. I ma widoczną malinkę na szyi...?
Obrażenia : Rozdarty, opatrzony lewy bok; liczne zadrapania na ciele, szczególnie na plecach (czyli good sex, bo Gilbert).
Bestia : Feniks ‒ Andromeda; Reikon ‒ Ryu.
FUNKCJE : Administracyjny Skurwiel; Mistrz Gry; Strażnik Elementu Otchłani.

PisanieTemat: Re: Personal hell.   Pią Maj 31, 2013 5:03 pm

Niczego nie rozumie, westchnął w myślach z rezygnacją, jednakże ostatnim, na co pozwoliłby sobie w tej chwili była utrata cierpliwości. Dlatego też przełknął ślinę, tłumiąc w sobie słowa, które zdradziłyby wszystkie negatywne odruchy, które chciały wydostać się na światło dzienne. Na krótką chwilę zacisnął palce na materiale swojego ubrania, tym nic nie znaczącym ruchem chcąc wyładować w ten sposób to, co gryzło go od środka. Z tym, że to nie Gilbert był teraz tym, który zasługiwał na pouczenie, a właśnie on. Bo to on wymagał od innych, by dostrzegali coś ponad to, co na co dzień miał do zaoferowania. Jego chłód i opanowanie były o tyle wytrzymałe, że przebicie się przez mur, który stworzyły było praktycznie niemożliwe. Pęknięcie w nim było o tyle mało widoczne, że Takanori nie mógł wymagać cudów od całej reszty. I właściwie ‒ racja ‒ nie wymagał ich. Przynajmniej nie w większości przypadków. Ci, którzy w porę się wycofywali mieli o tyle łatwo, że szybko przełykali smak swojej porażki, a czasem w ogóle go nie odczuwali. Inni, którzy wybierali drogę stromą górą, by dotrzeć do jego świata, musieli zdawać sobie sprawę z tego, że czekało ich całe mnóstwo upadków i innych trudności. Być może tylko po to, by koniec końców przekonać się, że nawet nie było warto, bo to po prostu przekraczało ich próg wytrzymałości. Nie mógł być taki, jak wszyscy. Nie dlatego, że chciał. Po prostu nie potrafił. Tak go nauczono. Nie posługiwał się prostymi słowami, nie był wylewny w uczuciach i emocjach. Nie uśmiechał się, przez co wielką niewiadomą pozostawało odczuwanie przez niego zadowolenia. Nie wybuchał, gdy był rozdrażniony. Pewnie nawet nie płakałby, gdyby było mu przykro. Tworzył z siebie labirynt, przez który zwyczajnie nie dało się przejść bez uszczerbków na zdrowiu, zwłaszcza na psychice. Nazwijmy to wątpliwymi urokami przebywania w towarzystwie najprawdziwszego szaleńca.
TO właśnie piekło.
Naprawdę? Mówisz to, chociaż pewnie sam podświadomie zdajesz sobie sprawę z tego, że gdybym chciał się ciebie pozbyć, zapewne zrobiłbym to już dawno temu, choćbyś miał paść dopiero po którejś próbie z kolei. Nie tylko ty jesteś uparty, Gilbercie ― odparł, nie mijając się przy tym z prawdą. Być może na pierwszy rzut oka nie wyglądał na kogoś, kto był narwany i zaciekły, gdy przychodziło co do czego. Fakt ‒ nigdy nie reagował gwałtownie, co nie oznaczało, że rezygnował, gdy coś mu nie wychodziło. Wręcz przeciwnie ‒ szukał coraz to nowszych rozwiązań. Często niehumanitarnych, ale nikt nie powiedział, ze sprawy należało rozwiązywać pokojowo. ― Tu nie chodzi o to czy chcesz mnie słuchać. To, że słyszysz, nie oznacza, że wiesz, o czym mówię. Skupiasz się na sposobie, w jaki staram się ubrać coś w słowa, ale nie zastanawiasz się nad tym, co właściwie się za nimi kryje. Chociaż... Może to rzeczywiście za wiele ― ostatnie słowa wypowiedział bardziej do siebie, niż do niego, w zamyśleniu wpatrując się w kuchenną podłogę. ― Nie umiem prościej.
Oczywiście, że był nieludzki. Gdyby spytano go, kiedy taki się stał, nie potrafiłby udzielić odpowiedzi. To pojawiało się stopniowo. Najpierw było stosunkowo niegroźne i niczym nie różniło się od zwykłego odcinania się od świata. Właściwie, o ile dobrze sobie przypominał, jeszcze wtedy odczuwał przykrość, ale i obrzydliwą gorycz, powoli przeradzającą się w złość. Ona też nie była groźna. W końcu każdy miał prawo być zły, gdy sprawy przybierały bardzo niekorzystny obrót. Później była wściekłość, a jej potomek, gniew, spłodził nieobliczalność, która postanowiła ukryć się w bezpiecznych objęciach chłodu i obojętności. Wszystko to za sprawą jakiegoś powodu. Oczywiście! Musiało stać się coś, co wprawiło w ruch cały obłąkańczy mechanizm. Potworność, która stworzyła potwora, kryjącego się w środku i oczekującego tylko na odpowiedni moment. Kto by przypuszczał, że nawet bestia mogła być kiedyś jedynie małym, wystraszonym chłopcem, którego oczy musiały ujrzeć prawdziwą tragedię? Tych czasów nie znał nikt. On sam powoli o nich zapominał, jednakże wyrzucenie ich z siebie na dobre było niewykonalne.
Ale nie chciał, by wybaczano mu jego błędy. Zresztą po co wybaczać coś, co się nie zmieni? Nawet nie mógł powiedzieć Gilbertowi, że przynajmniej postara się dostosować. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że istniały słowa, które nie mogły przejść przez jego gardło. Istniały też rzeczy, których o wiele wygodniej było nie robić.
Można ― przytaknął, tak a propos przyzwyczajeń, o których wspomniał czarnowłosy. ― Ale czy przez ten cały czas zastanowiłeś się nad tym, czy czegokolwiek byś nie usłyszał będzie ci to odpowiadało? Będziesz w stanie machnąć na to ręką i powiedzieć: „No nic. Stało się”? Nawet, jeżeli masz gdzieś tę świadomość, że mógłbym zrobić wszystko, możliwe, że nadal znajdą się rzeczy, których kompletnie byś się nie spodziewał. Takie, że aż trudno byłoby uwierzyć, że ktokolwiek mógłby się do nich posunąć. Może swoją postawą uświadamiasz mi, że to, co bym ci powiedział, pozostałoby tylko w tych czterech ścianach, skoro tak bardzo przeszkadza ci, że ktoś inny może wiedzieć więcej, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę z tego, że już jutro może cię tu nie być.
Świadomość bywa przytłaczająca.
Wypuścił ciężko powietrze ustami. Oczywiście, że z tą myślą trudno było mu powiedzieć cokolwiek. Nigdy nie żałował tego, co zrobił. Problem tkwił w tym, że nie musiał też wcale wyciągać na wierzch zakurzonych akt własnej przeszłości i wszystkich poszlak, które ukształtowały go takiego, jakim w tej chwili widział go Salvatore. A teraz był bezwzględną gnidą. Nawet, jeżeli podświadomie nie chciał doprowadzać Wilczego do zdenerwowania, ani też działać na jego niekorzyść, robił to, byleby tylko wyrzucić z siebie to, co miał do powiedzenia. Szare ślepia błądziło wzrokiem po jego twarzy, aż po zaciśnięte w pięść palce. Prawdopodobnie nawet ciemnowłosy oczekiwał momentu, w którym Wilczy podniesie na niego rękę, uświadamiając sobie, że nadal istniało w nim coś, co owocowało nienawiścią, a nie miłością. I to także nie miało ulec zmianom. Było chwastem, który nie dawał się wyrwać.
„Nie umiem. Nie chcę.”
Pokiwał ledwo widocznie głową, ignorując rozeźlony ton chłopaka. Jego oczy przez moment zdradzały nieobecność. Nie wiedział, w jaki sposób traktował innych, ale zdarzało mu się znaleźć w sytuacjach, w których Gilbert starał się bronić ich mimo wszystko. Z tego względu najwyraźniej sam nie mógł wymagać od niego wielkich remontów. Nie chodziło mu o to, żeby całkowicie przestał myśleć o drugiej osobie. Patrząc na to z odpowiedniego punktu, byłaby to hipokryzja. Bo czy to nie on potrafił momentami rzucić wszystko w cholerę, by wyciągnąć z bagna pokiereszowanego Vampę? Co prawda nie mógł o tym wiedzieć, skoro Kitsune zwykle zasłaniał się własnymi uprzedzeniami. Uświadamiał mu, jak wielkim kłopotem było dla niego to, że w ogóle musiał po niego przychodzić, kiedy tak naprawdę to on nie potrafił zwyczajnie tego zignorować. Wydawało mu się wtedy, że powodów jest wiele, ale żaden nie pokrywał się z tym, co przyszłoby mu na myśl właśnie teraz. Teraz, gdy wydawałoby się, że bezlitośnie doprowadza go do łez. Patrzył na to z tak wyrachowaną beznamiętnością, że każdy stwierdziłby, że ma to gdzieś. Mógł zwyczajnie spoglądać prosto w różnobarwne ślepia, które szkliły się od łez i ani jeden mięsień na jego twarzy nie drgnął. Był skurwielem i nawet tego nie ukrywał. Za to gdzieś za tą maską obojętności schowało się coś zupełnie innego. Coś, co sprawiało, że pomimo spokoju, którym raczył coraz bardziej poddenerwowanego Salvatore'a, czuł się źle. Przez chwilę naprawdę miał ochotę odwrócić wzrok i skupić go chociażby na jednej ze ścian, ale wiedział, że nie może sobie na to pozwolić. Bo takie właśnie było życie. Czarnowłosy musiał zdawać sobie sprawę z tego, że czas spędzony u boku Takanoriego nie wiązał się jedynie z przyjemnościami, o których mówił. Możliwe, że miało czekać go więcej nieprzyjemności, jeszcze takich, na które ciemnowłosy nie miałby większego wpływu. To cząstka jego, której nie można było wykorzenić. Coś, co po prostu miał w żyłach i jedynym wyjście tkwiło w zaakceptowaniu tego. Tak, był podły. Grał na cudzych emocjach, tylko po to, by przekonać się czy ma do czynienia z kimś wytrzymałym. Przerwanie monologu nie wchodziło w grę, chociaż obserwowanie Wilczego tylko uświadamiało mu, że ten prędzej wybiegnie z jego domu, zanim pojmie to, co chciał mu przekazać. Czego chciał go nauczyć, pomimo tego, że sam nie potrafił niczego sobie przyswoić. Był ostrożny i nieufny w stosunku do ludzi. Nawet tych, którzy swoje serce ewidentnie podawali mu na dłoni. Ba! Wciskali mu je do ręki i powierzali mu jego los. Za każdym razem kończyło się to bolesnym sztyletowaniem. A on nawet nie raczył powiedzieć, dlaczego to musiało się skończyć właśnie tak, chociaż znał odpowiedź. Tkwiła w jego głowie od dawien dawna. Rodziła niechęć do poufałości. Niszczyła wszystko, pierdoliła mu w głowie, podsuwając powiązania z tym, co było kiedyś, a jest teraz, byleby tylko nie zapomniał... Byleby tylko nie przyszło mu do głowy, żeby...
Za późno.
Szarpnięcie.
Nawet nie był zdziwiony. Nawet umyślnie rozluźnił uścisk, wyczuwając gwałtowniejszy ruch ze strony czarnowłosego. Był niemalże pewien, że ten zaraz odwróci się i ucieknie. Nie chciał tego, ale z drugiej strony uważał, że było to znacznie lepsze rozwiązanie dla czarnowłosego. Powiedział mu o wiele więcej, niż przypuszczał, a teraz pozostawiał sprawy w jego rękach. Kto by przypuszczał, że teraz i on musiał słuchać kazania? Pierwszy raz żałował tego, że coś zrobił. Powinien się domyślić, że próba przegadania Wilczego wiązała się ze zwielokrotnioną nawiązką. Mimo to wydawał się go dokładnie słuchać. Tym razem skupienie biło po oczach, a nie dało się ukryć, że było to niecodzienne zjawisko. Podniesiony ton drażnił jego uszy, ale pomimo tego nie śmiał zwracać mu uwagi, jakby to plucie jadem także miało swój cel. Oczywiście, że miało. Na pewnym etapie uległość musiała zostać odsunięta na bok. Jeżeli czegoś lub kogoś się chciało, nie można było z góry uznawać, że było się od niego gorszym. Może właśnie tego oczekiwał ‒ głupiego wrzasku i świadomości tego, że nie tylko on będzie kimś, kto wiecznie musi wytykać błędy. Z tym, że sprawy się pokomplikowały. Znowu. Słowa chłopaka były czymś, co chciał i jednocześnie czego nie chciał usłyszeć. Nie śmiał mu jednak przerywać, ale milczenie z jego strony i bezruch w jaki tkwił przez cały ten czas mogły oznaczać to, że zgadzał się z jego słowami. Bezczelnie przyznawał mu rację. Aczkolwiek w głowie cały czas powtarzał „Błąd” albo „Naprawdę mnie nie słuchałeś”.
Gilbert... ― odezwał się dopiero, gdy spostrzegł się w jak kiepskim stanie musiało być już gardło młodzieńca. Oczywiście próba przerwania mu zakończyła się porażką. Nic dziwnego ‒ w końcu miał do czynienia z Wilkiem, który koniec końców... zamilkł. Ale to nie zwiastowało niczego dobrego. Nishimura ściągnął brwi i skarcił go samym spojrzeniem za nierozwagę, ale nieprzychylny wyraz zniknął z jego twarzy wraz z nagłym dotykiem, który odczuł na swojej ręce. Przeniósł wzrok na swoją dłoń, już na wstępie rozszyfrowując dwie litery. Tak, to rzeczywiście mogło zająć wieki. Dobrze, że znalazł wygodniejszy sposób komunikacji. Zaraz zerknął na wyświetlacz telefonu.
„Masz mnie. Weź za to odpowiedzialność.”
Co dziwne ‒ kiwnął głową w niemej... zgodzie? Nawet się nie zawahał.
Znowu go popełniasz ― rzucił, gdy kolejne wiadomości ukazały się jego oczom. ― Trudno mi uwierzyć, że uszczęśliwi cię cudze szczęście. Możesz mówić, że myślisz też o sobie, ale chyba nie czułbyś się najlepiej, gdyby ktoś żerował na tobie przez twoją własną chęć zadowolenia go ― wzruszył barkami. Jego wizja uczuć wyższych dla odmiany nie kwalifikowała takich poświęceń. Albo zwyczajnie nie chciał w nie wierzyć. ― Nie musisz odpowiadać, ale... Czy gdyby moje szczęście nie leżało w twoich rękach, pozwoliłbyś na to, by ten ktoś sobie mnie zabrał? Czy wtedy czułbyś się dobrze? ― uniósł brwi. Jak zwykle musiał podawać trudne przykłady. Jednak, gdyby to on znajdował się w położeniu Gilberta. Gdyby to on wypruwał sobie flaki, żeby cokolwiek zdziałać, na pewno nie pozwoliłby na to, by ktoś inny dostał na tacy to, na co tak ciężko pracował. ― Bo ja nie.
Przez resztę czasu w milczeniu śledził wiadomości przewijające się przez ekran. Gdy tylko Vampa dobił do ostatniej, ciemnowłosy sięgnął po jego telefon i wykreśliwszy wiadomość napisaną przez niego sam, wprowadził własną. W zasadzie był to całkiem wygodny sposób, gdy nie chciało się wypowiadać czegoś na głos. Uniósł rękę, ukazując czarnowłosemu zapisaną treść:
    „Ktoś, kto doprowadza cię do łez nie może być idealny.”
Odsunął telefon i jednocześnie pokręcił głową z dezaprobatą, chcąc uzmysłowić mu, że jeżeli myślał inaczej musiał być idiotą albo masochistą. Względnie jedynym i drugim.
    „Daję ci szansę.”
Zmarszczył nos, chwilę zastanawiając się, jak dalej ubrać w słowa swoje myśli. Nawet, gdy nie poruszał ustami to wydawało się być trudne. Nieumiejętność posługiwania się najbardziej banalnymi słowami przytłaczała.
Musisz tylko liczyć się z tym, że będą słowa, które trudno będzie ci znieść. Często nawet takie, na które nie będę miał wpływu. Oczywiście, możesz bez wahania się odgryźć. Tak, jak teraz. Dobra. Może niekoniecznie tak. Powiedziałem, że MIAŁEM cię za kogoś na tyle łatwowiernego, że trudno było mi uwierzyć, że to, co mówisz i robisz jest trwałe i szczere. To było tylko pierwsze wrażenie. I wiem, że to może być trudne, ale wbij sobie do głowy, że niezależnie od tego, co usłyszysz albo od tego, co zrobię... ― zamilkł, ponownie skupiając wzrok na telefonie, na którym dotychczas zaciskał palce.
Szybko wprowadził wiadomość, niemniej jednak zanim pokazał ją czarnowłosemu uniósł na niego spojrzenie, które w tej chwili emanowało pobłażliwością. „Co ty ze mną robisz?” ‒ prawdopodobnie to mniej więcej chciał mu tym przekazać. Dopiero po tym rozświetlony ekran pojawił się tuż przed oczami Gilberta, jakby faktycznie zależało mu na tym, żeby na długo zapamiętał to, co było tam napisane.
    „Chcę. Ciebie. Zawsze.”
Ty niedorobiony kretynie, mruknął w myślach i uniósł brwi, odsuwając telefon i pozbywając się ostatnich śladów wiadomości.
    „Żeby było jasne ‒ tylko dla siebie.”
Wypuścił ciężko powietrze ustami i zmrużył oczy.
    „Licz się z tym, że skoro nie zamierzasz się wycofać...
    Należysz do mnie.”
Wykreśliwszy wiadomość, podniósł się z krzesła i odłożył telefon na stół. Znów patrzył na niego z góry, z tym, że teraz nie wyglądało to tak, jak zawsze. Przesunął wierzchem ręki po jego zabliźnionym policzku z należytą delikatnością, choć chłód jego dłoni na pewno nie kojarzył się z niczym przyjemnym (prócz tego, że zgodnie ze stereotypami...).
Jeszcze jakieś pytania? Wątpliwości? A może obiekcje? ― mruknął i sięgnął jedną ręką za niego, celując ją gdzieś w stronę stołu. ― Przy okazji nie musiałeś się tak wydzierać. Słyszę ― dodał, podając mu kubek z kawą, której zostało jeszcze całkiem sporo. Raczej wątpliwe, by ta mogła zdziałać cuda, ale przynajmniej częściowo mogła załagodzić nieprzyjemne odczucie.

_________________


Mine, motherfuckers.

MY LEVEL OF SARCASM IS TO A POINT
WHERE I DON'T EVEN KNOW IF I'M KIDDING OR NOT.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Czarny Wilk
Nieudany Eksperyment

avatar

Male Dołączył : 04/04/2013
Liczba postów : 2332
AKATSUKI : Zastępca; dowódca patroli.
Wzrost i waga : 158 cm. na ledwo 35 kg.
Partner : The truth is you could slit my throat. And with my one last gasping breath. I'd apologize for bleeding on your shirt...
~ wasza pieprzona wysokość.

Aktualny wygląd : PatrolMisja Akatsuki (nielegalny kontrahent)See you in hellDaylight's EndCatch me if You canSalon
Ekwipunek : Klucz do domu Takanoriego.
Inne : RelacjeKontaktObrażenia • Malinki na ciele. Dużo malinek. Taki dalmatyńczyk pod ubraniem. • Ślad po kłach na szyi, aktualnie zasłonięty przez bandaż. • zdarte gardło (efekt: nienaturalna chrypa)
Bestia : Jednorożec - Nutella Azor von Lerłamerlę, Rabbi - Mozart, Nekro - Laien.
Artefakt : Uniwersalny Kluczyk.
FUNKCJE : Kundel administracji; Mistrz Gry; Naczelnik Misji; Strażnik Elementu Otchłani; Uzupełnianie spisu rang specjalnych.

PisanieTemat: Re: Personal hell.   Pią Maj 31, 2013 10:26 pm

Kiwnął głową?
Naprawdę?
On... kiwnął głową?
Faktycznie. Gilberta w pierwszej chwili to nieco skołowało. Spodziewał się absolutnego braku reakcji - w końcu Takanori nigdy nie przystawał na tego poziomu propozycje. Już nawet nie zwracając uwagi, że to z propozycją naprawdę niewiele miało wspólnego, a mijało się z nią bardziej niż słowo „prosty” i „polskie drogi”. To było coś, czego Gilbert od niego wymagał, żądał, wręcz rozkazywał przyjąć mu podobny tok myślenia, nie bacząc na jego niechęć czy inne czynniki, którymi mógł się usprawiedliwić. Ale już odrzucił czułe słowa, ciepły głos, odrobinę sympatii. Gilbert chciał odpowiedzialności za jego czyny i postępowanie. By wziął pod uwagę pewne możliwości i perspektywy, które otworzył wraz z pewnymi zrealizowanymi zachciankami - być może wtedy wcale nie przemyślanymi. Z lekkim wahaniem zerknął ku niemu. I co miał zrobić? Gdyby tylko mógł, wyrwałby sobie serce i zgniótł je na miazgę, aby już nigdy nie powiedzieć: „Tak, zależy mi”. Ale jednocześnie słodkie czekanie podsycało jego zainteresowanie. Coraz bardziej i bardziej...
„Znowu go popełniasz”.
Zmrużył ślepia. Nie potrafił tego do końca wyjaśnić, ale to po raz kolejny spowodowało w nim przyrost dziwnych emocji, które najchętniej uwolniłby z siebie, bo to było zdecydowanie prostsze, niż kumulowanie ich w głębi. Pod tym kątem istotnie był słaby - gdy coś go denerwowało, nie potrafił przełknąć dumy i w milczeniu pogodzić się z pewnymi faktami. Po prostu wykrzykiwał swoje niezadowolenie, barwił czerwienią śnieżny dywan, odgrywał się na ludziach, którzy mu podpadli. Nie umiał inaczej i to go drażniło. Od razu nasuwało się pytanie: jak ludzie mieli brać go na poważnie? Zachowywał się jak rozkapryszany gówniarz, którym właściwie był. To trudne do przyjęcia, ale prawda nie zawsze była wspaniałomyślną kochanką. Jednak może to czasem dobrze? Bo potrafił to, czego większość już nie umiała.
Był boleśnie szczery.
I być może dlatego zirytowało go pytanie Takanoriego. Dlaczego był taki bezpośredni? I dlaczego uważał, że w ogóle mógłby...? Gilbert na moment odwrócił zmęczone spojrzenie, przesunął nim po stole, a potem wrócił z nową zaciekłością przyglądając się ciemnowłosemu. Chciałby mu tyle powiedzieć... akurat teraz. Teraz, gdy jego gardło odmówiło posłuszeństwa. Zakpiło w najgorszym z możliwych momentów, nie dając mu przekazać tego, co przekazać musiał. Chciał. Jak odpowiedzieć na to pytanie? Kiwnąć głową? Gestykulować? Chłopak zmarszczył delikatnie brwi, tworząc na swojej twarzy nieładny wyraz bestialskiego zamyślenia. No? Jak?
„Czy pozwoliłbyś na to, by ten ktoś sobie mnie zabrał?”
Zacisnął dłoń w pięść. Czy to było złe, jeśli nawet nie brał takiej opcji pod uwagę? Nigdy nie przyszło mu to na myśl, by Nishimura mógł nie należeć do niego. Gilbert nie potrafił wyobrazić sobie Kitsune „w rękach” kogoś innego. Obcego. On wtedy wiedziałby więcej. Jakim prawem? I jak niby miałby coś takiego zaakceptować? Uszy drgnęły. Po prostu nie mógłby. To nie miało prawa istnieć. Pięść uderzyła w stół. Blat jęknął z hukiem, wyrażając tym pełen protest. Nie wytrzymał kolejnego pytania. „Czy wtedy czułbyś się dobrze?”
Żartujesz sobie? Cholera, musisz żartować. Jak w ogóle mogłeś tak pomyśleć? To takie nieprawdopodobne! Jak miałbym się czuć dobrze, gdyby jakaś pieprzona gnida mi ciebie odebrała? I co? Miałbyś być szczęśliwszy z kimś innym? Twoje kurewskie niedoczekanie.
Wszystkie myśli również powiedział, choć z ust nie wyrywał się żaden dźwięk. Istniało niewielkie prawdopodobieństwo, że Takanoriemu uda się coś wyczytać z ruchu warg Wilczego, który w aktualnym momencie nie potrafił opanować również drżenia rąk. Nie mógł przestać zaciskać szczęki. Już dawno rozbolały go zęby, tak perfidnie dotknęły go te zarzuty.
„Bo ja nie”.
I ja również nie. Powinieneś to wiedzieć. Wiesz to, sapnął w głowie, nabierając powietrza do płuc przez zaciśnięte kły. Rozległ się przeciągły syk, tak idealnie pasujący do aktualnych myśli. Zacisnął palce na komórce. Ściskał ją tak mocno, że cudem było to, że jeszcze nie rozpadła się na malutkie kawałeczki, ulegając jego pozornie niewielkiej sile. To było nie do przyjęcia. Nie przyznałby się do tego, ani przed Nishimurą, ani przed samym sobą, ale i w takim momencie wątpliwym było, aby wytrzymał. Raz zraniona dusza krwawiła zbyt intensywnie, aby nie zwracać uwagi na rozdzierający gardło ból. Co by mu pozostało? Nawet teraz wiedział, że chwyciłby za pierwszą rzecz, którą miałby pod ręką. Niech to będzie broń palna lub smoliście czarna katana, która wkrótce przeszyje ciało nienazwanego delikwenta. Cokolwiek właściwie. Cokolwiek ostrego, ciężkiego, śmiercionośnego. Bo nie mógłby znieść tego, że jest ktoś, kto uszczęśliwiłby go bardziej. To Gilbert się starał. To on był przy nim, gdy tego wymagała sytuacja. To on pojawiał się na każde skinienie, rzucając nawet niedokończone roboty w połowie i biegnąc do niego na złamanie karku. To on po byle jakim smsie odpisywał sekundę później. To właśnie on chciał z nim dzielić te wszystkie pasje, pokazać mu swoje zalety, talenty, swoje słabości i niepowodzenia. On chciał się o nim wszystkiego dowiedzieć. Nikt inny. On.
Więc byłby w stanie zabić Jego szczęście, dla własnych korzyści. Z lichą myślą, że skoro aktualne źródło uśmiechu zostało wyeliminowane, najlepszą rekompensatą będzie znalezienie nowego, równie silnego źródła lub nawet o większej mocy. Te myśli były nie do przyjęcia, ale to właśnie one uświadomiły Wilka, jak okropne uczucia są gotowe nim zawładnąć w chwilach całkowitej rezygnacji. I właśnie te myśli go przytłaczały. Zepsucie rodziło konsekwencje, a te wydawały się lepsze od popełnianych czynów.
Zamrugał nagle. Oszołomiony. Poczuł mocne zawroty głowy, jakby wybudził się z długiej śpiączki. Nie powinien myśleć o takich rzeczach. Po prostu nie. Niech to zostanie wepchnięte do wora innych obaw, ale niech stanie na samym końcu kolejki, niech wkrótce lista będzie tak długa, że finał nie będzie dla Gilberta widoczny.
Wilczy oddał mu swoją komórkę. Właściwie zrobił to niemalże automatycznie, do pewnego czasu nie zdając sobie nawet sprawy, że w ogóle puścił telefon. Teraz błądził ślepym spojrzeniem po tekście.
„Ktoś kto doprowadza cię do łez nie może być idealny”.
Wilk delikatnie opuścił powieki i pokręcił przecząco głową. Uniósł rękę i jej wierzchem przetarł zabliźniony policzek. Poczuł na skórze mokre krople, po których chwilę przedtem nie było nawet śladu. Rzadko płakał. Jeszcze rzadziej przy kimś. Miał w naturze, by uciekać, gdy wzbierał w nim smutek, który po osiągnięciu apogeum, wykrzywiał jego twarz w tym żałosnym grymasie nieszczęścia. A teraz stał, jakby wrósł w ziemię i nie mógł się już nigdzie ruszyć. Świadomość własnej bezsilności bywała dla niego zbyt silna, aby potrafił ją przeczekać. Nie radził sobie w zwykły sposób, więc sięgał po ostre narzędzia. Teraz też mimowolnie, gdy wreszcie spuścił dłoń, przesunął paznokciami po przedramieniu, pozostawiając na nim białe ślady, wkrótce nabierające bardziej czerwonego koloru. To nie tak. Tu nie chodziło o to. To nie...
„Daje ci szansę”.
Boże, moje serce.
Gilbert pociągnął żałośnie nosem i zamrugał oszołomiony faktem, że łzy wcale nie chciały przestać wypływać z kącików oczu. Obraz zaczął powoli mu się rozmazywać z każdym momentem, w którym tak usilnie starał się wczytać w tekst. Znów uniósł dłoń. Skulił się nieco, zażenowany całą sytuacją i tym, że coś absolutnie ostatecznie w nim pękło. Dołożył drugą rękę, która starła nadmiar słonych kryształów z policzków. Do diabła... uspokój się... weź się w...
Bolało. Serce ścisnęło się tak, że jego rozmiar wydawał się teraz zbyt malutki, na coś tak ogromnego. Mieszanina niepojętych dla wilczego umysłu uczuć rozsadzała czaszkę i mieszała w jego dotychczasowym życiu podstawiając pod nos nowe warianty, których mimo wszystko nie chciał wykorzystywać. To nie czas na to. To jeszcze nie to. To nie tak miało być. Nie tak, prawda? Przecież liczył się z czymś innym. Dlaczego nie było tak, jak miało być? Dlaczego Takanori kiwnął głową?
Ucho nagle drgnęło. Podświadomie chciał wyłączyć również słuch, ale nie potrafił. Kodował jego słowa mimo woli, której nie sposób się było oprzeć, a która doskonale wiedziała co zrobić, aby dobić go bardziej. A jednak wiedział. Zdawał sobie sprawę z tych wszystkich ewentualności, które mogły go spotkać, jeśli miał zamiar poddać się próbie czasu i trudnościom. Nikt nigdy nie twierdził, że wywrócimy się w życiu tylko raz. Musiał patrzeć pod nogi, ale potknięcia tak czy inaczej były dla niego nieuniknione. Być może zbyt poważnie brał do siebie kwestie, które mówił Kitsune. Nie umiał tego wytłumaczyć, ale odbierał je jako najwyższe wartości, do których musiał się dostosować, nawet mimo niechęci czy boleści.
„Wbij sobie do głowy...”
Gilbert ostatni raz przejechał ręką po twarzy. Pojawiły się na niej charakterystyczne czerwone plamy po tym niemym płaczu, pod oczami podkopały się większe cienie, a szkliste tęczówki błyszczały od pytań. Czekał cierpliwie, choć ogon wyrażał jego chęć przyspieszenia tej chwili. Dopiero wtedy, gdy komórka znów uniosła się na wysokość jego oczu, wyraził jakiekolwiek myśli. Powieki momentalnie otworzyły się szerzej, a jego usta uchyliły się, jakby chciał coś powiedzieć, a mimo to, uwięziony w tym cholernym więzieniu nie był w stanie odpowiedzieć na trzy proste słowa.
„Chcę. Ciebie. Zawsze”.
I co takiego miałby mu odpowiedzieć? „Masz. Mnie. Teraz”? Skrzywił się delikatnie. Kącik ust drgnął raz jeszcze, jakby zaraz ponownie miał zamiar zamienić się rolą z Niagarą. Udało mu się jednak powstrzymać żałosne zapędy, wciągając powietrze do płuc. Dając sobie ten delikatny powiew orzeźwienia. Przecież Takanori to już wiedział. Nie było osoby, której wstydziłby się to powiedzieć. Oczywistości trzeba przekazywać, aby nigdy nie wynikły z nich problemy, w ramach niedomówień.
„Żeby było jasne - tylko dla siebie”.
Gilbert uniósł brew w górę - to był już odruch. Oparł dłoń o blat stołu.
„Należysz do mnie”.
Wątpiłeś w to kiedykolwiek, idioto?
Gilbert nagle pisnął niemo, zamykając oczy i chowając głowę między ramionami. Poczuł jego dłoń na policzku. Nieprzyjemnie, nieludzko chłodną. Właściwie nie bolało. Dlaczego? Powoli, z lekkim zawahaniem uchylił powieki i opuścił barki, przegryzając dolną wargę od wewnątrz. Potrzebował chwili, aby ponownie zmusić się do spojrzenia prosto w srebrne ślepia odwiecznego mordercy i złodzieja. Obiekcje? Wątpliwości? Głupio, że pytał w momencie, w którym Gilbertowi nie dane było odpowiedzieć. Zrobił nawet taką minę, jakby mówił, żeby Takanori przestał się z nim drażnić, bo to może się rzeczywiście źle skończyć. I jeszcze śmiał mu wmawiać, że wcale nie musiał krzyczeć! A jak inaczej dotarłoby do tego zabarykadowanego łba, że pod murem stoi osoba i czeka na zwolnienie blokad i opuszczenie mostu? Gilbert w odpowiedzi wzruszył barkami i odwrócił głowę na bok z marudnym wyrazem. Odnalazł komórkę, przewrócił ją ekranem do siebie i uderzył palcem w odpowiednie klawisze. Pierwsze zdanie ostatecznie skasował.
    „Nie znoszę cię za to. Co ty ze
    mną, do diabła, robisz?”
To było pytanie, które ewidentnie dręczyło ich obu. Gilbert zdawał sobie sprawę, że sam, w niewielkim (ale jednak) stopniu ingerował w dotychczasowe życie Takanoriego, czasami wywracając je do góry nogami i to do tego stopnia, że ponowne podniesienie się do pionu momentami wydawało się nierealne. Nie mógł jednak odrzucić od siebie myśli, że było to przyjemne. Na swój własny, pokrętny sposób, ale było. Miało w sobie coś, co sprawiło nagłą satysfakcję, podniesienie ego. „Patrzcie! Jestem na tyle dobry, aby go ruszyć!”
    „Poza tym straciłem głos
    PRZEZ CIEBIE. Jakbym wiedział,
    że to się tak skończy, to bym się
    wpierw przygotował i wziął tabletki
    na gardło”.
Zmarszczył zabawnie nos. Mimowolnie zerknął na kubek z resztką kawy. W pierwszej chwili rzucił Nishimurze pytające, może nieco tępe spojrzenie, ale zaraz odstawił telefon i chwycił za naczynie. Zajrzał do środka, jak gdyby upewniał się ostatni raz, że jej zawartością rzeczywiście jest zwykła kawa. Właściwie po tym co usłyszał nie powinien mieć jakichkolwiek zażaleń ani podejrzeń, ale... czy to nie wydawało się dziwne? Choć odrobinę? Przechylił kubek. Ciepły napój rozpalił gardło. Przełknął właściwie z trudem. Doskonale wiedział, że następne posiłki będą dla niego katorgą, a nie wybawieniem. Już czuł, jak gardło będzie mu przypominać o własnych błędach popełnionych przez głupotę. Niewiedza często prowadziła do takich problemów. A on? On nie potrafił tego wykorzystać na swoją korzyść. Wpadał w pułapkę niezliczoną ilość razy. To przesada.
Odstawił kubek, opróżniony do ostatniej kropli. Twarz delikatnie wykrzywił grymas bólu, prędko zastąpiony zaintrygowaniem. Nadal nie wiedział czy może, a mimo to wysunął rękę przed siebie i chwycił palcami nadgarstek Nishimury, natychmiast unosząc go ku górze. Gilbert poczuł pod opuszkami palców przeraźliwie chłodną skórę, kontrastującą z ciepłotą jego własnego ciała. Byli sobie całkowicie różni. I prawdopodobnie dlatego Salvatore'a to tak ciekawiło. Był mu obcy, inny, niezależny, to było odstępstwo od wszystkiego co znane i akceptowane. Od dawna wiadomo, że to co inne, przyciąga spojrzenia.
Przełknął nerwowo ślinę, czemu towarzyszyło uczucie podrażnionego gardła, co łudząco przypominało tortury, w których śmiało można posądzić kogoś o przejeżdżaniu po ściankach jego gardła papierem ściernym. Gilbert przysunął dłoń Takanoriego do twarzy, obrócił ją i ucałował ranę po nożu. To był bardzo delikatny, subtelny gest. Najbardziej nieśmiały, na jaki mógł się teraz dobyć.
Zaraz jednak przyłożył usta do nadgarstka właściciela. Nishimura ponownie mógł poczuć muśnięcie ciepłych ust czarnowłosego, by to chwilę potem zostało zastąpione przez ostre kły, zbyt zwierzęce, by mogły należeć do jakiegokolwiek ludzkiego odpowiednika.
„Zostaw”.
Gilbert zmrużył oczy jeszcze bardziej. Zęby ledwie przesunęły się po bladej, nieskazitelnej skórze. Czuł pod sobą plątaninę żył, które pulsowały zwiastując ciągłość życia, którego on nie mógł sobie zapewnić. Przekaz w jego umyśle był jednak jasny - zostawić. Zostaw, to niesprawiedliwe. Zostaw, to ty jesteś poniżanym sługą, nie na odwrót. Po prostu zostaw. Chłopak zamrugał, odchylając głowę nieco do tyłu i puszczając Takanoriego. Przez chwilę stał bezczynnie, by finalnie zwilżyć dolną wargę językiem. Starał się nie przejmować tym, że jego głos brzmiał chropowato i co chwila był przerywany przez brak skuteczności strun głosowych.
- Skoro zniszczyłeś mój świat, może czas na rewanż?

_________________


{ . . . }

I do very bad things and I do them very well.
________________I wanna... li-li-li-lick you...

{ w i l d __w o l f  }

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Take
Niepohamowany Szał

avatar

Dołączył : 03/04/2013
Liczba postów : 2307
GHOST : Zastępca
Godność : Takanori „Kitsune” Nishimura.
Wzrost i waga : 169 cm | 49 kilogramów.
Partner : I told you I`m gonna hold you down until you`re amazed, give it to you till you`re screaming my name, you stupid dog.
Pan/Sługa : - | Gilbert, Prawy, Mio, Leo, 7.
Znaki szczególne : Spaczenie emocjonalne. Szare, kocie oczy i wydłużone, mocne, zaostrzone, zwierzęce kły. Znaki w kanie wytatuowane wzdłuż linii kręgosłupa; duża blizna przecinająca klatkę piersiową. Kilka kolczyków w prawym uchu, a w lewym jeden. Wyraźna blizna pod lewym okiem, ciągnąca się od dolnej powieki do połowy policzka.
Aktualny wygląd : Daylight's End: klik; Nocna Republika (Shetani): klik; misje: klik; Think you're a dragon slayer: klik.
Ekwipunek : Zapalniczka benzynowa, paczka czekoladowych papierosów, w kaburze czarny rewolwer ASG z pełnym magazynkiem (6 naboi), komórka, pieniądze i scyzoryk.
Inne : Niezrównoważony psychicznie skurwiel. I ma widoczną malinkę na szyi...?
Obrażenia : Rozdarty, opatrzony lewy bok; liczne zadrapania na ciele, szczególnie na plecach (czyli good sex, bo Gilbert).
Bestia : Feniks ‒ Andromeda; Reikon ‒ Ryu.
FUNKCJE : Administracyjny Skurwiel; Mistrz Gry; Strażnik Elementu Otchłani.

PisanieTemat: Re: Personal hell.   Sob Cze 01, 2013 1:37 am

Może wyraźnie zaznaczał, że Gilbert nie musiał udzielać mu odpowiedzi na pytanie, a mimo to gdzieś tam miał pełną świadomość tego, że zadanie go wywoła dość nerwową reakcję. Przez moment spoglądał na zaciśniętą pięść, która w następnej kolejności huknęła o stół. Z tego gestu już na wstępie mógł odczytać niemy sprzeciw. I o to mu chodziło. Tego oczekiwał, by wreszcie sięgnął po to, co w gruncie rzeczy już od jakiegoś czasu należało do niego. By świadomość, że ktoś mógłby mu to zabrać wywoływała w nim te wszystkie negatywne emocje. Żeby przestał myśleć, że jest tak nieidealny, że nie istniał nawet cień szansy na to, by Takanori (żeby nie powiedzieć, że ktokolwiek) spojrzał na niego w sposób, w jaki podświadomie życzył sobie, żeby na niego patrzono, ale jednak nie dopuszczał do siebie myśli, że na to zasługuje. Żeby miał świadomość, że nagroda przeznaczona jest tylko dla niego. Żeby bluzgał, krytykował i szczerze nienawidził każdego, kto chciałby przekroczyć granicę, za którą wstęp mógł mieć tylko on. I wreszcie, by zrozumiał... jak momentami czuł się ciemnowłosy.
No dalej. Walcz o mnie.
O ile wygodniej byłoby go teraz słyszeć... Trudno było w to uwierzyć, ale głos Wilka naprawdę okazał się być czymś niebywale pożądanym w tej sytuacji. Pomimo tego, że go nadużywał ‒ był czymś, co nie mogło od tak zniknąć, żeby wreszcie nastał niezmącony niczym spokój. Jednak teraz starał się odczytać z ruchu jego warg słowa, które usiłował mu przekazać, jednakże udało mu się uchwycić zaledwie kilka wyrazów. Resztę mógł wyczytać z rzucającego się w oczy zdenerwowania na twarzy czarnowłosego. Ponownie pokiwał lekko głową, choć tym razem bardziej do siebie, niż do niego, jakby przytakiwał własnym myślom, które ‒ a to niespodzianka! ‒ przypadkiem znów okazały się być nieomylne.
Tak przypuszczałem ― mruknął i rozmasował ręką kark. Wreszcie odwiódł spojrzenie od czarnowłosego, skupiając je na blacie stołu. Zmrużył powieki w zamyśleniu i przez moment nie dawał żadnych oznak na to, że duchem był przy nim obecny. Rozchylił usta, ale za moment zamknął je, ściągając brwi w lekko poirytowanym wyrazie. W końcu właśnie przypomniał sobie o sprawach, w których mógł stawiać pytania podobne do tych, które dręczyły Vampę. Jakim prawem...? Dlaczego? Przecież tak nie mogło być. ― Ale to dobrze. ― Co dobrze? ― Przynajmniej wiesz, jak się czuję, gdy za każdym razem muszę wysłuchiwać, jak bardzo chcesz stawać w obronie kogoś innego. I o ile z początku zastanawiało mnie to, dlaczego tak mnie to drażni, tak teraz bardziej skupiam się na pytaniu: Co oni właściwie, kurwa, dla ciebie zrobili? ― rzucił, by po tym przełknąć całe swoje rozgoryczenie. ― Nie, nie chcę znać odpowiedzi. A ty nie chcesz mi jej udzielać, bo mogłaby mi nie odpowiadać.A wiesz, jak to mogłoby się skończyć, dorzucił w myślach, wlepiając spojrzenie, tak okrutnie zimne w tej chwili, w twarz chłopaka. Świetnie. Jeszcze tylko brakowało tego, by uświadamiał Wilczemu, że nieświadomie pisał się na pakt z samym diabłem. ― Nie chcę słuchać o tym, że gdzieś tam jest ktoś, kogo możesz uznać za lepszego. Nie dam się wygryźć komuś, kto na to nie zasłużył.
Tak, jakby on na to zasługiwał...
Popełnił pewnie więcej błędów, niż oni wszyscy razem wzięci. Możliwe, że doprowadzał Salvatore'a do stanu, do jakiego żadne z nich nie było jeszcze w stanie go doprowadzić. Nawet, gdy jego intencje były ‒ o dziwo ‒ dobre, zwykle inni odbierali je, jako coś zupełnie odwrotnego. Oczywiście, skoro starając się być opiekuńczy, zachowywał się tak, jakby kopał pod kimś jeszcze głębszy dół. Choć... problem widocznie nie leżał tylko po jego stronie. Aktualnie już nie miał zielonego pojęcia, co jeszcze powinien zrobić, żeby wreszcie coś zostało odebrane tak, jak powinno. Dziś był rzeczywiście był szczery do bólu. Pierwszy raz czuł się o tyle bezpieczny w swoim domu, że mógł pozwolić sobie na mówienie rzeczy, które nigdy nie przeszłyby mu przez gardło. I po co? Przecież nie chodziło tu o to, żeby zmusić Wilczego do wylewania hektolitrów łez. No pewnie, że nie. Ta reakcja sama w sobie była dziwna. Dlaczego płakał nawet, gdy nie powinno mu być przykro? A może to Kitsune znowu powiedział coś nie tak? Jeśli jednak nie, to to, że był przyzwyczajony do sprzecznych zachowań wcale nie oznaczało, że wykazywał się pełnym zrozumieniem dla nich wszystkich.
Uniesione w zdziwieniu brwi zdradzały jego zdezorientowanie, ale nie przerywał, gdy kolejne słowa nasuwały mu się na myśl i koniecznie musiały zostać napisane czy wypowiedziane. Wraz z każdym wyrzucanym z siebie słowem czuł bliżej nieokreśloną ulgę. Żeby jednak w pełni nie przejechać się na swojej bezpośredniości, musiał ignorować to, co nadal zmuszało go do natychmiastowego odepchnięcia od siebie tej małej pijawki, która namieszała już aż za bardzo. Widocznie do tego stopnia, by nie potrafił obrócić w okrutnie brutalny żart tego, co przed momentem mu zakomunikował.
Tylko przestań ― wymruczał pod nosem z jakąś ledwo słyszalną nutą wyrzutu. Była ona jednak na tyle wymowna, by pojęcie, że czuł się źle, gdy obserwował go w tak kiepskim stanie, nie było wielkim wyzwaniem.
Zdaje się, że go posłuchał. Może nawet w odpowiednim momencie? Tylko dlaczego, pomimo tych wszystkich słów, na które się zdobył, czarnowłosy nadal się bał? Dlaczego uważał, że to jedna z kolejnych gier, które miały go dobić? Poniekąd sam fakt, że Takanori był po prostu Takanorim, wręcz nie chciało się wierzyć w jego prawdomówność i brak fałszywości w czynach. Kocie ślepia zmrużyły się, odczytując nieodpowiednie znaki z twarzy, od której już od dłuższego czasu nie odwracał wzroku.
Nie wiem czego jeszcze oczekujesz, skoro nie wierzysz nawet w prawdę ― wzruszył barkami i przeniósł spojrzenie na wyświetlacz telefonu. ― Mógłbym spytać o to samo ― westchnął głucho i przesunął ręką po twarzy. Pytań było wiele, ale pewnie żadne z nich nie miało możliwości odnalezienia na nie logicznej odpowiedzi. Coś się stało i... najwidoczniej tak już musiało być.
Prześledził wzrokiem kolejną wiadomość i rozłożył bezradnie ramiona, które szybko opadły.
Na przyszłość będziesz o tym pamiętał ― podsumował. Więc sugerował, że wydzieranie się na niego nie było tylko jednorazowym doświadczeniem? Co więcej ‒ czy naprawdę myślał, że po tym wszystkim czarnowłosy będzie chciał skorzystać z takiej możliwości? Nie wiązała się ona z niczym przyjemnym, gdy ktoś całym sobą potrafił emanować przytłaczającą obojętnością, która pożerała całą satysfakcję z czynu i sprawiała, że krzyk niczym nie różnił się od rzucania grochem o ścianę.
Gdy Wilczy ujął jego rękę, przyglądał mu się z zaciekawieniem w szarych ślepiach. Nie zrobił nic, co zmusiłoby monstrum do tego, by ponownie powróciłoby na swoje miejsce. To nie mijało się z celem. Po tym, co się wydarzyło wręcz MUSIAŁ twierdzić, że miał prawo do wyciągnięcia ręki i dotknięcia go, kiedy żywnie mu się podobało, choć tym samym musiało działać to w obie strony, aczkolwiek Kitsune już od dawien dawna korzystał z tego niezapisanego prawa, bez skrupułów naruszając przestrzeń osobistą Salvatore'a. Nieważne czy mu się to podobało, czy nie. Teraz to właśnie Takanori powinien zapałać niezadowoleniem w stosunku to niegroźnego (ale jednak) uczucia zębów na swojej skórze. Swoim zachowaniem sprzeczał się z tym, co nie pozwalało chłopakowi na posunięcie się nieco dalej, a przecież wystarczyło tak niewiele... Tylko dlaczego akurat teraz?
„Skoro zniszczyłeś mój świat, może czas na rewanż?”
Widzę, że koniecznie chcesz zaszkodzić sobie jeszcze bardziej ― mruknął. Jego głos brzmiał naprawdę paskudnie, ale mimo to dobrze było mieć tę świadomość, że nie wygasł na dobre. ― W każdym razie, jeżeli to oznacza, że teraz odwrócisz się i wyjdziesz, to zdecydowanie odmawiam ― dla podkreślenia swojej wypowiedzi, wsparł się rękami o blat stołu po obu stronach czarnowłosego, chcąc odciąć mu drogę ucieczki. Brzmiało to tak, jakby jedyną możliwą rzeczą, która była zdolna rozpieprzyć jego wystarczająco zniszczony już świat, było właśnie to. Swoją drogą, wspominał coś na temat tego, że nie pozwoli mu od tak wyjść? To także nie miało nic wspólnego z kłamstwem. Jakby tego było mało ‒ stosował nieczyste zagrania. Przynajmniej tak to wyglądało, gdy wargi ciemnowłosego bez skrępowania musnęły szyję Vampy, a zęby przesunęły się po gładkiej skórze, jak gdyby Nishimura chciał odpłacić się mu za wcześniejszy gest. ― Poza tym wyjątkiem ‒ nie krępuj się.
Jestem ciekaw czy da się zniszczyć ruinę.

Taa. Na chwilę koniec z elaboratami. I ta późna pora... Przepraszam.

_________________


Mine, motherfuckers.

MY LEVEL OF SARCASM IS TO A POINT
WHERE I DON'T EVEN KNOW IF I'M KIDDING OR NOT.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Czarny Wilk
Nieudany Eksperyment

avatar

Male Dołączył : 04/04/2013
Liczba postów : 2332
AKATSUKI : Zastępca; dowódca patroli.
Wzrost i waga : 158 cm. na ledwo 35 kg.
Partner : The truth is you could slit my throat. And with my one last gasping breath. I'd apologize for bleeding on your shirt...
~ wasza pieprzona wysokość.

Aktualny wygląd : PatrolMisja Akatsuki (nielegalny kontrahent)See you in hellDaylight's EndCatch me if You canSalon
Ekwipunek : Klucz do domu Takanoriego.
Inne : RelacjeKontaktObrażenia • Malinki na ciele. Dużo malinek. Taki dalmatyńczyk pod ubraniem. • Ślad po kłach na szyi, aktualnie zasłonięty przez bandaż. • zdarte gardło (efekt: nienaturalna chrypa)
Bestia : Jednorożec - Nutella Azor von Lerłamerlę, Rabbi - Mozart, Nekro - Laien.
Artefakt : Uniwersalny Kluczyk.
FUNKCJE : Kundel administracji; Mistrz Gry; Naczelnik Misji; Strażnik Elementu Otchłani; Uzupełnianie spisu rang specjalnych.

PisanieTemat: Re: Personal hell.   Nie Cze 02, 2013 1:29 pm

Tak. O ile wygodniej byłoby móc teraz normalnie mówić. Nawet on nie sądził, by cisza, jaka panowała wokół, mogła komukolwiek tak przeszkadzać. A jednak. Nawet on sam zdawał się nieco zirytowany tym faktem. Nikt nie uważał, by gadulstwo było dobrą cechą, ale całkowite milczenie często sprowadzało nieporozumienia i konflikty. On chciał ich uniknąć, kierując się w większości spraw szczerością i wyrażaniem własnych opinii, jakkolwiek kiepskie i bezczelne by one nie były. Teraz oszczędność w słowach drapała mu gardło, a przełykanie śliny nie pomagała w usunięciu nieprzyjemnego uczucia. Wiedział, że gdyby zmusił się do wypowiedzenia czegokolwiek, poczułby upokarzający ból, szorstkie uczucie porażki. Ale czy mógł nazwać porażką coś, co zrobił w tak ważnej sprawie? Stracił głos. Ale stracił go dla niego. Miał pełną świadomość, że kiedyś może się to wydarzyć. I jednocześnie nadzieję, że już niedługo znów będzie mógł nadwyrężać struny głosowe do woli, aby bardziej uprzykrzać życie osobom, które w milczeniu będą musiały znosić najbardziej wymyślne filozofie Gilberta.
- Tak. Bo ty przecież zasłużyłeś, hm? - rzucił ironicznie, tonem, jakby właśnie przejechał go kombajn, a potem rozdeptało stado wściekłych masochistycznych turów-mutantów, wielkości legendarnej Godzilli. Mimo to na jego ustach pojawił się uśmiech. Wymuszony. Bardzo, wręcz nagannie. Ale jak inaczej miał ukryć nerwy? W końcu wpatrywanie się w oczy Takanoriego było niebezpieczne z tendencją do śmiertelne. W dodatku Kitsune stale mówił słowa, które powinien był zatrzymać wyłącznie dla siebie, by nie zdenerwować bardziej Wilczego, wychodzącego niemalże z siebie, z zamiarem uniknięcia nieuniknionego. Salvatore miał ciche wrażenie, że to co robią jest po prostu złe. Niemoralne. Że im nie wolno. Z wielu, mniej lub bardziej ważnych przyczyn, ale które zaatakowały w takich ilościach, że łamanie ich było czymś najwspanialszym w tym momencie. I przerażającym. Nie poszło zbyt łatwo? Nie gra znowu? Nie powinienem się tak mazać... przecież jestem już dorosły! Może będzie lepiej jeśli się poddam? Ale co jeśli...
Niepewności wzięły górę. Gdy Takanori zabarykadował mu drogę ucieczki, on - paradoksalnie - pragnął jej jeszcze bardziej. Chwycił go nawet lekko za ramię i pchnął ledwie wyczuwalnie, jakby chciał go odsunąć od siebie i odwieść od tragicznych myśli. Nie rób, mówiły jego ruchy, chociaż w oczach czaiła się litościwa prośba, by nie przestawał.
Co ja wyprawiam?, zapytał cicho, czując jak palce mocniej wczepiają się w cienki materiał koszulki szatyna, a on z cichym pomrukiem rozczulonego kociaka przechyla głowę bardziej na bok, odsłaniając więcej szyi, domagając się chłodnych pieszczot z jego strony. Rzecz jasna, nie miał jego odporności. Nie potrafił zachować spokoju w takich momentach. Czuł jak gardło zamieniało się w ognisko, jak coś ściskało w brzuchu, jak serce waliło młotem. Chciał zrobić wszystko, aby Takanori tego nie zauważył.
Momentalnie poczuł jak nogi mu „miękną” i zapewne za niedługo straci w nich wszelakie czucie. Spotkanie z glebą bynajmniej nie wydawało mu się teraz takie zabawne jak to zwykle bywało, kiedy miał gryźć ziemię. Bo o ile zazwyczaj było mu obojętne, czy wyrżnie ładnego orła, czy w ostatniej chwili uda mu się złapać równowagę, to tym razem chyba poderżnie sobie gardło, jeśli znów poczuje, że odlatuje w przód czy w tył. Już i tak zbyt wiele słabości okazał przed tym... przed Takanorim.
„... nie krępuj się”.
- Co ty powiesz! - warknął, zaciskając zęby ze zdenerwowania. Już chyba nawet nie chciał się zastanawiać nad tym jak wyglądał z rozpalonymi do czerwoności policzkami i zaszklonymi po niedawnym płaczu oczami. Ludzie jednak mieli rację - miał w sobie naprawdę wiele z dziecka, które udaje dorosłego, a gdy przychodzi co do czego, znów zamienia się w swoją prawowitą wersję, bo przecież „miał prawo się pomylić, jest tylko gówniarzem”. Brak konsekwencji, przynosi większe konsekwencje.
Gilbert pochylił głowę do przodu, opierając się policzkiem o jego policzek. Rozgorączkowana temperatura musnęła chłodną skórę szarookiego, gdy Gilbert wyciągał lewą rękę i chwytał chłopaka za brzeg koszulki tuż przy szyi. Pociągnął w swoją stronę, stanął na palcach i przyłożył usta do jego szyi. Takanori mógł poczuć jak prawa dłoń, cały czas trzymająca jego ramie, zaczyna delikatnie drżeć, by chwilę później jej palce zacisnęły się mocniej, powstrzymując kolejne fale niepożądanego trzęsienia. Na szyi pojawiło się zaczerwienienie, aż Gilbert wreszcie odsunął wargi od niego i przesunął nosem po śladzie.
- Jesteś mój - Poruszył ogonem, przymykając ślepia. - Chcę jednak, żebyś na mnie nie patrzył - wychrypiał wprost do jego ucha. W jego głosie po raz pierwszy można było usłyszeć istotne zawahanie. To nie tak, że... Gilbert stęknął cicho, przybity obawami. - Jestem w okropnym stanie - dodał po chwili, wolną dłonią sięgając brzegu swojej koszulki, jakby za moment miał zamiar ją z siebie zdjąć. Przełknął nerwowo ślinę. Obiecaj. Obiecaj, do cholery!.
„Bo?”
Bo to niesprawiedliwe. Gilbert miał już dość sytuacji, w których ludzie krzywili się na widok zabliźnionych ran zdobiących wychudzone ciało. Miał ich tak wiele... to było coś przykrego. Świadomość własnej brzydoty, skazy na całe życie. Wstydził się tego, ale jednocześnie wiedział, że nie ma zbyt wielu dobrych sposób, aby to ukryć, bo chcąc nie chcąc, nie potrafiłby zrezygnować z aktualnego życia. To go rujnowało, nawet jeśli zdawał sobie sprawę, że Takanori na to nie zareaguje. Jakby sam nie doświadczał tego bólu...
Miał dość płakania. To sprawiało, że wszystkie siły ulatywały z niego podwójnie. Zresztą... płacz dwa razy na dzień nie był zbytnim dowodem jego heroicznej „siły”. Tak. Bingo. Znów w Gilbercie narosła chęć by pokazać całemu światu, że nie jest taki za jakiego go mają.
Ale nad tym to trzeba jednak pracować...
Od jutra, wymamrotał w myślach, przysuwając się bliżej tego lodowatego chłodu. Gorąca dłoń po raz pierwszy od zawsze musnęła skórę na brzuchu Nishimury, chwilę po tym, jak Salvatore wsadził dłoń pod jego koszulkę.
- Zimny - parsknął, raz jeszcze ciągnąc go za ubranie w dół. Nie znosił swojego wzrostu ani swojej wagi. Nienawidził wyglądu, ani charakteru. Ale uwielbiał za to gorzkie chwile, gdy ich usta mogły się znów spotkać. Musnął niepewnie kącik jego ust. - Bardzo zimny - wymruczał, owiewając kontrastującym do słowa powietrzem jego policzek. Walenie serca stało się głośniejsze, intensywniejsze. Boję się, boję się, boję, boję... wstydzę...

_________________


{ . . . }

I do very bad things and I do them very well.
________________I wanna... li-li-li-lick you...

{ w i l d __w o l f  }

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Take
Niepohamowany Szał

avatar

Dołączył : 03/04/2013
Liczba postów : 2307
GHOST : Zastępca
Godność : Takanori „Kitsune” Nishimura.
Wzrost i waga : 169 cm | 49 kilogramów.
Partner : I told you I`m gonna hold you down until you`re amazed, give it to you till you`re screaming my name, you stupid dog.
Pan/Sługa : - | Gilbert, Prawy, Mio, Leo, 7.
Znaki szczególne : Spaczenie emocjonalne. Szare, kocie oczy i wydłużone, mocne, zaostrzone, zwierzęce kły. Znaki w kanie wytatuowane wzdłuż linii kręgosłupa; duża blizna przecinająca klatkę piersiową. Kilka kolczyków w prawym uchu, a w lewym jeden. Wyraźna blizna pod lewym okiem, ciągnąca się od dolnej powieki do połowy policzka.
Aktualny wygląd : Daylight's End: klik; Nocna Republika (Shetani): klik; misje: klik; Think you're a dragon slayer: klik.
Ekwipunek : Zapalniczka benzynowa, paczka czekoladowych papierosów, w kaburze czarny rewolwer ASG z pełnym magazynkiem (6 naboi), komórka, pieniądze i scyzoryk.
Inne : Niezrównoważony psychicznie skurwiel. I ma widoczną malinkę na szyi...?
Obrażenia : Rozdarty, opatrzony lewy bok; liczne zadrapania na ciele, szczególnie na plecach (czyli good sex, bo Gilbert).
Bestia : Feniks ‒ Andromeda; Reikon ‒ Ryu.
FUNKCJE : Administracyjny Skurwiel; Mistrz Gry; Strażnik Elementu Otchłani.

PisanieTemat: Re: Personal hell.   Nie Cze 02, 2013 4:40 pm

Wzruszył barkami, choć po raz pierwszy ten gest nie zdradzał zlekceważenia sobie sprawy, a raczej niewiedzę. Możliwe, że nie powinien wychylać się z podobnymi stwierdzeniami, wiedząc, że sam może się podkopać. I tak dobrze, że skończyło się tylko na tym, pomimo tego, że miał jeszcze tak wiele do powiedzenia. Wiele słów, które mogłyby tym bardziej wywołać w Gilbercie złość. Przełknął ich gorycz jedynie dlatego, że imiona, które w jego głowie osnute były obrzydzeniem, nie miały prawa rozbrzmieć na głos. Ponadto wiedział, że w tej chwili nie mógł zdobyć się na taką samą pewność siebie, co zwykle. Nie mógł wydusić z siebie zdecydowanego „Tak”, nie wahając się przy tym patrzeć mu prosto w oczy. Chciał skinąć głową w niemym potwierdzeniu, ale nawet ona odmówiła posłuszeństwa, zastygła w bezruchu. Nikt nie powiedział, że będzie łatwo, aczkolwiek nie wspomniał też o tym, że może być tak trudno. Tu trzeba było innych słów. Tych, które nie mijałyby się z tym, co sądził naprawdę. Zabawne, skoro na ogół kłamstwa przychodziły mu bez większych problemów.
Nie ― wyrzucił z siebie wreszcie. Brzmiało to tak, jakby sam kopał pod sobą dołek. Przypisywał się do grupy, która nie powinna przekraczać granicy niepozwalającej na to, aby mieć pełne prawo do jego ciała, jak i duszy. Możliwe, że był ostatnim, który miałby e w e n t u a l n e prawo do przejścia przez tę barierę. Przecież to on podnosił na niego rękę w chwilach, gdy jego zachowanie sprawiało, że puszczały mu nerwy. To on krytykował zachowania, które uważał za nie na miejscu. To on tak boleśnie wbijał mu nóż w plecy i zmiażdżył powierzone w ręce serce. Ale... ― Ale nikt nie powiedział, że jeżeli to nie będę ja, to muszę pozwolić na to, by miał cię ktoś inny ― jego ton brzmiał spokojnie, pomimo tego jego usta na moment ściągnęły się w wąską linię, zaznaczając, że już sama myśl, że miałby przyglądać się czemuś takiemu z założonymi rękami, wywoływała w nim pewne negatywne odczucia, które nie zdołały usiedzieć na uwięzi jego silnej woli, która dotychczas trzymała je na krótkiej smyczy. Zaborczość brała nad nim górę, a fakt, że oddano mu coś wiązał się z tym, że nie było żadnej siły, która miałaby zmusić go do zwrotu.
Nie zamierzał poddać się oporowi czarnowłosego. Uczuwszy ucisk na ramieniu, zacisnął palce obu rąk na brzegu blatu, byleby tylko nie dać się odepchnąć. Nie teraz. Jak się jednak okazało ‒ Vampa szybko zmieniał zdanie. Takie zachowanie momentami mogło być uciążliwe, chociaż ciemnowłosy miał z nim już tak długo do czynienia, że zdążył przywyknąć, pomimo tego, że podświadomie przynajmniej odrobinę chciał, żeby Wilczy wreszcie zastanowił się czego chce, choć użeranie się z jego humorkami było na swój sposób zabawne i przyjemne. Nawet, gdy warczał gryzł, by potem odkryć to, co naprawdę miał na myśli. Co z tego, że było to całkowitą sprzecznością tego, co robił?
Teraz także nie było inaczej.
Ciepło na policzku przyniosło ze sobą więcej uspokojenia, nić mógłby sobie tego zażyczyć. Nie zamierzał protestować, choć definitywnie nie powinien pozwalać mu na podobne posunięcia dopiero w pierwszych chwilach tego, gdy mógł pozwolić sobie na cokolwiek. A jednak. Gdy niemo został zmuszony do nachylenia się, zrobił to. Nie przeszkadzał czarnowłosemu, gdy ten zdobył się na odwagę, żeby go dotknąć. Ponadto był pewien, że mógł pozwolić sobie nawet na więcej takich gestów, pomimo tego, że miały zostawiać na nim ślady, których nikt z zewnątrz by się po nim nie spodziewał.
„Jesteś mój.”
Mhm, teraz już cała Otchłań będzie o tym wiedzieć ― mruknął, wypominając mu to, co właśnie zrobił. Niemniej jednak polemizować nie zamierzał. Brak wymownego sprzeciwu mógł oznaczać tylko jedno ‒ zgodę. Nishimura zaraz uniósł brwi w zdziwieniu, nie rozumiejąc, o co mu chodziło. Zerknął na niego z ukosa, milcząc na ten temat. Przecież nie mógł mu tego obiecać. Skoro też należał do niego, to wszystko, co związane z nim było dla niego dostępne. Widok też się liczył. Pełny widok. Tym bardziej, że teraz był jedyną osobą, która mogła pozwolić sobie na więcej. Przynajmniej w swoim własnym mniemaniu. A jeżeli to on zakładał, że nie pozwoli na to, by ktokolwiek inny mógł sięgać tam, gdzie on, zamierzał tego ściśle dopilnować.
Nie. Po prostu nie.
Ciepło jego dłoni wręcz idealnie kontrastowało się z chłodem jego skóry. Oczywiście, że był zimny i ten delikatny, niepewny dotyk wręcz palił, a jednocześnie był czymś, czego ciemnowłosy za nic by nie przerwał. Przymknął oczy i przesunął nosem po jego szyi i policzku, by koniec końców wyprostować się, pomimo tego, że za moment znów został zmuszony do nieznacznego pochylenia się.
Ciepły ― rzucił i ‒ tak dla odmiany ‒ pewnie musnął wargami jego usta, po czym odsunął się o krok, dość niechętnie.
W końcu jedna rzecz wciąż nie dawała mu spokoju... Wymagała wyjaśnienia.
I jeszcze jedno... Chodź ― kryła się w tym nuta rozkazu. Gilbert zresztą i tak nie miał większego wyboru, jak tylko udać się za nim. Palce Nishimury pewnie zacisnęły się na jego nadgarstku, gdy zdecydował się wyprowadzić go z kuchni i wprowadzić po schodach na górę. Gdy już pokonali wszystkie stopnie, Kitsune skierował swoje kroki ku części domu, której Wilk na pewno nie miał jeszcze okazji zobaczyć. Mając przed sobą zamknięte drzwi, mógł się jedynie domyślać, co znajdowało się za nimi. Gdy znaleźli się już obok, a drzwi stanęły otworem, ukazując pozbawioną żywych barw sypialnię, która mimo pławienia się w szarości i aktualnie widocznych ciężkich burzowych chmur kłębiących się nad oknem dachowym, wydawała się być najcieplejszym pomieszczeniem w całym domu. Zdecydowanie za duże jak na jedną osobę łóżko było pierwszym elementem, które rzucało się w oczy zaraz po przekroczeniu progu pokoju. Mogło się zdawać, że przyprowadzenie go tu wiązało się z czymś tak oczywistym, a jednak to nie miękki materac stał się aktualnym celem Takanoriego.
Niespodzianką dla Salvatore'a musiało być to, że nagle został zmuszony do zwrócenia się przodem do wielkiej szafy, ale nie byle jakiej ‒ jej rozsuwane drzwi wyłożone były lustrem, w którym aktualnie mogli dostrzec swoje odbicia na tle schludnego pokoju. Ciemnowłosy stał aktualnie za Wilkiem, chcąc dopilnować tego, by ten nie odważył się odsunąć. Trudno było o to, gdy jego ramiona odgradzały mu obustronnie drogę ucieczki, a palce zacisnęły się na brzegu gilbertowej koszulki, dając mu jasny wgląd na to, co Kitsune zamierzał zrobić. Materiał ściskanego ubrania najpierw irytująco powoli zaczął przesuwać się do góry po skórze Vampy, odsłaniając kolejno blizny na jego ciele. Szare oczy przez cały czas wpatrywały się w odbicie, jakby w ten sposób miały dokładniej kontrolować czynność wykonywaną przez Nishimurę. W rzeczywistości dokładnie oceniały każdą skazę, która wychylała się zza okrycia. Dopiero odsłoniwszy już cały brzuch, podciągnął jego koszulkę szybciej do góry, po tym Wilczy mógł poczuć, jak materiał gwałtowniej przesuwa się po jego głowie, doprowadza włosy do jeszcze większego nieładu i zmusza uszy do chwilowego przyciśnięcia się do czaszki. Aż wreszcie górna partia jego ubrania wylądowała na podłodze tuż pod jego nogami. Bezczelność.
Patrz ― odparł stanowczo, na wszelki wypadek, gdyby czarnowłosemu przyszło na myśl, żeby odwrócić wzrok. Jedną ręką ujął jego podbródek, blokując jakiekolwiek ruchy, które mógłby wykonać głową. Musiał patrzeć przed siebie, choć Kitsune powinien zdawać sobie sprawę z tego, że pod naciskiem jego własnego spojrzenia było do znacznie większym wyzwaniem dla chłopaka, niż mógłby się spodziewać. Jeszcze, gdy druga jego ręka obejmowała go w pasie. ― Ja zawsze będę patrzeć, więc nie proś mnie o to, żebym tego nie robił. To niczego nie zmieni ― ostatnie słowa brzmiały raczej, jak zapewnienie. Z tym, że już nie odnosił się do tego, że go nie posłucha. Odpowiedź widniała na jego twarzy ‒ nie było na niej obrzydzenia, a raczej coś na kształt akceptacji i czegoś, co zarzucało młodzieńcowi jego głupotę. Naprawdę myślał, że tylko on sam był niedoskonały?
Takanori nachylił się, odsuwając rękę od podbródka Wilka, a przenosząc ją na brzuch. Palce obu rąk musnęły opuszkami kilka zadr na jego skórze, a chłodne wargi najpierw zetknęły się z zabliźnionym policzkiem, a następnie złożyły kilka pocałunków na jego szyi i na nagim barku. Tu nie było miejsca na wstyd.

_________________


Mine, motherfuckers.

MY LEVEL OF SARCASM IS TO A POINT
WHERE I DON'T EVEN KNOW IF I'M KIDDING OR NOT.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Czarny Wilk
Nieudany Eksperyment

avatar

Male Dołączył : 04/04/2013
Liczba postów : 2332
AKATSUKI : Zastępca; dowódca patroli.
Wzrost i waga : 158 cm. na ledwo 35 kg.
Partner : The truth is you could slit my throat. And with my one last gasping breath. I'd apologize for bleeding on your shirt...
~ wasza pieprzona wysokość.

Aktualny wygląd : PatrolMisja Akatsuki (nielegalny kontrahent)See you in hellDaylight's EndCatch me if You canSalon
Ekwipunek : Klucz do domu Takanoriego.
Inne : RelacjeKontaktObrażenia • Malinki na ciele. Dużo malinek. Taki dalmatyńczyk pod ubraniem. • Ślad po kłach na szyi, aktualnie zasłonięty przez bandaż. • zdarte gardło (efekt: nienaturalna chrypa)
Bestia : Jednorożec - Nutella Azor von Lerłamerlę, Rabbi - Mozart, Nekro - Laien.
Artefakt : Uniwersalny Kluczyk.
FUNKCJE : Kundel administracji; Mistrz Gry; Naczelnik Misji; Strażnik Elementu Otchłani; Uzupełnianie spisu rang specjalnych.

PisanieTemat: Re: Personal hell.   Pon Cze 03, 2013 9:05 pm

„Nie”.
- Wiesz, co jest twoim problemem, Take? - zapytał cicho, kręcąc głową, aż czarne kosmyki włosów przysłoniły mu oczy. - Ty chyba serio nie potrafisz być szczery nawet sam ze sobą - dodał miękko, choć wiedział, że w tym momencie nie powinien był kwestionować jego decyzji. Sam prawdopodobnie odpowiedziałby dokładnie tak samo, gdyby to właśnie jemu zadano pytanie, zdzierające resztki pewności.
Czuł się w obowiązku wręcz, aby trwać u jego boku i odgryzać dłonie tuż przy ramieniu każdej osobie, która postanowi go dotknąć bez jego wyraźnej zgody. Zezwolenie pisemne właściwie i tak nie niwelowałoby wściekłości i czegoś, czego Gilbert nigdy nie lubił, a jednak w całej świadomości wiedział, że zazdrość wypychała się w takich sytuacjach naprzód. A mimo to odpowiedziałby tak samo. Być może zatrzymałby się, aby przemyśleć, być może nie byłby do końca pewny... ale nie mógł mieć stuprocentowej gwarancji, że jego zdanie w tej kwestii jest niepodważalne. Owszem. Uważał, że tylko on miał do tego prawo i tylko on mógł go w pewien sposób uszczęśliwić... ale to kwestia na długie rozmowy, które chyba nigdy nie nastąpią.
Dobrze, powiedział hardo w myślach, dokładnie tak, jak zawsze, gdy wygrywał kolejny poziom w grach video. Teraz czuł się całkiem podobnie, choć jedno do drugiego było nieporównywalne, jeśli chodzi o level uczuć. Nie pozwól.
Ciepły pocałunek. Gilbert otworzył usta, aby coś powiedzieć, ale w tym momencie... ręka wysunęła się naprzód, a on oderwał się od stołu i postąpił pierwsze parę kroków jak ktoś, kto zaraz będzie miał zamiar przywitać zęby z podłogą. Prędko jednak złapał równowagę, przypominając sobie, że chodzenie w pionie to całkiem niezła czynność i wreszcie, finalnie stawiając kolejne kroki bardziej stabilnie. Pierwsza myśl jaka go dotknęła to wątpliwości w poczytalność Monstrum. Przed chwilą słał pocałunki, a teraz rzucał nim po całym domu? Wilcze uszy zastrzygły, wyrażając ostateczne zaintrygowanie ich właściciela, które z każdą kolejną chwilą zostawało przesłaniane przez coś znacznie gorszego niż najwymyślniejsze obawy.
Nigdy nie był w tej części. Nigdy nie było okazji, a może nigdy mu na to nie zezwolono, a on nie kwestionował niezapisanego regulaminu, który uniemożliwiał mu swobodne poruszanie się po domu Takanoriego. Teraz jednak możliwość zwiedzania dotychczas niedostępnych miejsc nie wydawała się Gilbertowi czymś normalnym. Nogi same niosły go ku schodom, a potem wspięły się po nich, by ostatecznie poprowadzić pod tajemnicze drzwi. Chłopak się skrzywił. Pewnie. Drzwi. Zawsze chciał zobaczyć drzwi...
- Taka... - urwał, bo Kitsune nagle wprowadził go do środka. Ledwo przekroczył próg pokoju, na jego twarzy wymalowało się zaskoczenie. Oczy rozbłysły, oceniając wnętrze, smakując minimalizmu, przyglądając się meblom i kolorom. Ostatecznie zawiesił wzrok na wysokiej szafie z lustrem. Własne odbicie wywołało w nim obrzydzenie. Niemalże automatycznie odwrócił głowę na bok, a postać naprzeciwko wykonała dokładnie ten sam ruch.
Nie.
Nie znosił tego widoku. Nie po to zbił wszystkie lustra w domu. Nie po to nie zwracał na to uwagi. Nie po to tak bardzo starał się żyć w ukryciu na tyle, na ile było to możliwym. Nie po to w końcu żałował tylu chwil, aby teraz po prostu spojrzeć i zaakceptować błędy. Każdy błąd to jedna blizna. Jedna cienka, blada kreska wyrysowana na jego ciele, jakby to nie było nic złego, a jedynie kolejny haczyk w notesie. Z gardła wydobył się pierwszy pomruk niezadowolenia. Ostrzeżenie przed ugryzieniem, kontratakiem lub natychmiastową ucieczką.
Ale nie miał dokąd uciec. Ta myśl przerażała go najbardziej. Zaskoczony zamrugał i spojrzał w dół na rękę, która sięgała właśnie po brzeg ciemnego t-shirtu. Powieki uniosły się ku górze, gdy koszulka odsłoniła pierwszą część zahartowanego brzucha. Dlaczego? Po co?... Gilbert ściągnął brwi, powstrzymując ich nagłe drżenie. Na ciemniejszej skórze odmalowały się liczne wspomnienia, cienkie pasma porażek jego życia. Odwrócił natychmiast wzrok. Wiedział przecież co ujrzy. Tyle razy to widział, że ten widok przestał wywoływać w nim strach. Pozostała tylko gorycz i uczucie rozdrażnienia.
Przełknął nerwowo ślinę, zamykając oczy. - Nie chcę patrzeć - powiedział słabo, niczym marynarz na środku wód cierpiący na chorobę morską. I równie jak on, pragnął tego, co było mu niedozwolone, bo wywoływało brak pełnych przyjemności. Dlaczego Nishimura mu to robił? Przecież doskonale się określił. Potrafiłby przełamać blokady i oddać się mu w najbardziej wstydliwy sposób... oddałby ciepłe pocałunki, cichy jęk, rozchylone nogi, drżące ręce... byle nie patrzył na niego, tak jak patrzyli pozostali; byle nie pozostawiał na nim odczucia niechęci, przymusu. Nie rozumiał tego? To było coś, co od dawna wyprowadzało Gilberta z równowagi, co drażniło umysł i zdzierało gardło. Nie znosił cudzego dotyku, wstrętnych pocałunków, słów krytyki i obrzydzenia malującego się w kącikach ślepi ludzi wokół. Był swój i to automatycznie prowadziło go do zguby. Gdyby jego los potoczył się inaczej... Gdyby o siebie zadbał... Gdyby nauczył się... Gdyby tego jednego dnia...
Koszulka padła na ziemię.
„Patrz”.
- NIE CHCĘ - warknął, w pierwszej chwili usiłując wyszarpnąć się z jego uścisku. Zrobił to jednak na tyle nieudolnie, by jednorazowa próba i tak nie przyniosła wymierzonych skutków, a jego twarz nadal zwrócona była przodem do lustra. - NIENAWIDZĘ CIĘ! PUŚĆ! - Zahartowany głos przybrał na sile. Gilbert znów poczuł ogień w gardle. Nie upokarzaj mnie... - PUSZCZAJ! PUSZCZAJ MNIE, NIE CHCĘ! - Chwycił za jego ręce. Zacisnął palce na nadgarstku dłoni, która przytrzymywała mu podbródek, zmuszając do tego, czego obawiał się najbardziej. Dlaczego nie mógł po prostu tego zignorować? Puść mnie, powtarzał z wadliwym skutkiem, drugą ręką chwytając za rękę obejmującą go w pasie. Dłonie mu drżały, paznokcie z trudnym opanowaniem wbijały się w jego skórę, policzki przybrały gorętszą barwę. Wstrzymał oddech, czując na sobie jego spojrzenie. Przeszywające... Poczuł się nagle dotkliwie zraniony. Jedyna osoba, na którą postawił wszystkie karty, właśnie zmuszała go do czegoś, co przywoływało najgorsze myśli.
Wilk zacisnął zęby i uchylił delikatnie powieki. Miałeś puścić. Jak za mgłą zobaczył nagie ciało i prędko zdał sobie sprawę, że wygląda dokładnie tak jak sobie to wyobrażał. Wezbrała w nim wściekłość. Dobrze to zapamiętał, choć chęć wymazania obrazu z umysłu często przekraczała normalny poziom. Takanori mógł nagle poczuć, jak silny uścisk na jego rękach zelżał, aż w końcu palce ostatni raz musnęły zaczerwienione miejsca po wbitych paznokciach i zwiesiły się w dół.
Gilbert usłyszał ciepłe słowa. To był pierwszy raz, gdy jego serce na moment zamarło z przestrachem, że się przesłyszał, a potem, jakby wreszcie uświadomiło sobie prawdopodobieństwo tych słów, zaczęło walić jeszcze mocniej. Tak mocno, że ból w klatce piersiowej wydawał się nieznośny. - Nie rozumiesz słowa „nie”? - wychrypiał rozeźlony, zerkając w lustro. We własnych oczach dostrzegł wstręt, dlatego lekko się krzywiąc, odwrócił się przodem do niego i wyrwał się z uścisku. Na początku nie miał tego w planach. Podświadomość zadziałała, przysłaniając racjonalne myślenie. Gilbert zobaczył jeszcze jak chwyta za brzeg koszulki Takanoriego i pociąga w swoją stronę, by ten znalazł się bliżej niego. Zagryzł zęby. Zmarszczył brwi. Pięść śmignęła, gdy wymierzał cios w jego polik.
SKURWIEL.

_________________


{ . . . }

I do very bad things and I do them very well.
________________I wanna... li-li-li-lick you...

{ w i l d __w o l f  }

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Take
Niepohamowany Szał

avatar

Dołączył : 03/04/2013
Liczba postów : 2307
GHOST : Zastępca
Godność : Takanori „Kitsune” Nishimura.
Wzrost i waga : 169 cm | 49 kilogramów.
Partner : I told you I`m gonna hold you down until you`re amazed, give it to you till you`re screaming my name, you stupid dog.
Pan/Sługa : - | Gilbert, Prawy, Mio, Leo, 7.
Znaki szczególne : Spaczenie emocjonalne. Szare, kocie oczy i wydłużone, mocne, zaostrzone, zwierzęce kły. Znaki w kanie wytatuowane wzdłuż linii kręgosłupa; duża blizna przecinająca klatkę piersiową. Kilka kolczyków w prawym uchu, a w lewym jeden. Wyraźna blizna pod lewym okiem, ciągnąca się od dolnej powieki do połowy policzka.
Aktualny wygląd : Daylight's End: klik; Nocna Republika (Shetani): klik; misje: klik; Think you're a dragon slayer: klik.
Ekwipunek : Zapalniczka benzynowa, paczka czekoladowych papierosów, w kaburze czarny rewolwer ASG z pełnym magazynkiem (6 naboi), komórka, pieniądze i scyzoryk.
Inne : Niezrównoważony psychicznie skurwiel. I ma widoczną malinkę na szyi...?
Obrażenia : Rozdarty, opatrzony lewy bok; liczne zadrapania na ciele, szczególnie na plecach (czyli good sex, bo Gilbert).
Bestia : Feniks ‒ Andromeda; Reikon ‒ Ryu.
FUNKCJE : Administracyjny Skurwiel; Mistrz Gry; Strażnik Elementu Otchłani.

PisanieTemat: Re: Personal hell.   Wto Cze 04, 2013 12:23 am

Coś w tym jest, skomentował w myślach, aczkolwiek Gilbert nie doczekał się żadnej odpowiedzi. Aż trudno było polemizować. Jednak w tej jednej chwili jego spojrzenie starało się zarzucić mu dokładnie ten sam błąd. Istniałby w tym pewna logika ‒ swój do swego ciągnął. Nie tylko on momentami starał się sobie wmawiać, że coś wcale nie jest takie, na jakie wygląda. Czasami to ułatwiało funkcjonowanie. Właściwie zazwyczaj był w stanie mieć wszystko pod żelazną kontrolą. Jednak dziś był zadziwiająco szczery i nie przypuszczał, że przez to jakaś część światka, który budował, nagle zaczął sypać mu się na głowę. Pierwszy raz był w stanie przyznać, że pozwolił sobie na za wiele. Z początku chodziło jedynie o słowa, ale prawdziwa gorycz pojawiła się dopiero później.
Już od początku powinien się wycofać. Dokładnie w momencie, gdy czarnowłosy jasno dał mu do zrozumienia, że nie ma ochoty, by brać udział w... tej chorej grze? Nie powinien mieć wątpliwości, że tak właśnie mógł odbierać to Salvatore, jednakże z jego osobistego punktu widzenia w tym, co właśnie robił nie było ani krzty złych zamiarów, które na ogół były jego domeną. Miał swoje własne metody rozwiązań, a te rzadko kładły nacisk na cudze odczucia. Z tym, że z tymi należącymi do Wilczego ‒ jakkolwiek irracjonalnie mogło to brzmieć po tym wszystkim, co zrobił ‒ liczył się. Tak, właśnie. Do tego stopnia, że nawet byłby w stanie przerwać, puścić go, ale jednocześnie nie chciał. Sprzeciwy Wilczego przegrywały z obrzydzeniem, które tliło się w jego różnobarwnych tęczówkach. Takanori za nic nie mógł pojąć, dlaczego tak reagował ‒ w końcu to tylko blizny. Sam posiadał całą masę własnych, z których każda miała zapisaną historię w sobie. Te ‒ choć nieprzyjemne i z pozoru niegodne zapamiętania ‒ były częścią niego. Potrafił pogodzić się z myślą, że coś się wydarzyło i nie mógł odwrócić tego biegu zdarzeń, mających wpływ na to, jaki był teraz i jak wyglądał, a skoro on to potrafił ‒ dlaczego ktokolwiek inny miałby mieć z tym problem? Zresztą... Przez cały czas to Vampa wymagał od niego słów, opowieści z życia wziętych, a tymczasem wyglądało na to, że pomimo tego, iż w większości przypadków Nishimura był zdolny odgadnąć wiele faktów dotyczących chłopaka, tak naprawdę też niewiele o nim wiedział. Dlaczego miał powierzać mu w ręce własne tajemnice i sprawy, o których nie powinno mówić się głośno, gdy sam nie dostawał ich od niego? Choć w zasadzie nigdy ich od niego nie wymagał, teraz pytanie samo cisnęło mu się na usta:
Dlaczego?
A przecież nigdy o nic nie pytał. Tym razem w tonie jego głosu czaił się jakiś dziwny nacisk. Możliwe, że poza samym wypowiedzianym pytaniem resztę można było dopowiedzieć sobie samemu. Powiedz mi. Chcę wiedzieć.
„NIENAWIDZĘ CIĘ!”
Zawahał się. To sprawiło, że na chwilę zastygł w bezruchu, niemniej jednak nie pozwolił, by Wilk wyrwał się z jego objęć. Jeszcze kilkanaście minut temu mógłby otwarcie powiedzieć, że się tego spodziewał, ale teraz to wydawało się takie... niepodobne i nie na miejscu. Z drugiej strony winę mógł przypisać tylko sobie, bo to, że znów sprawiał mu ból aż biło po oczach. Ale to nie miało być nic złego. Żaden z gestów nie miał w sobie fałszywości, słowa krytyki po raz pierwszy nie rozbrzmiewały z ust Takanoriego. A mimo to on nadal nie wierzył.
Wargi odsunęły się od jego skóry, jednak ręce wciąż przytrzymywały chłopaka, choć ich uścisk zdawał się stopniowo słabnąć. Na tyle, że Salvatore bez problemu mógł zwrócić się w jego stronę. Było pewnym, że nie miałby najmniejszego problemu z zablokowaniem nadchodzącego ciosu. Wystarczyło się odchylić lub unieść rękę, a mimo to nawet nie drgnął. Jedynie powieki zacisnęły się odruchowo, gdy uderzenie nadeszło, sprawiając, że dość mocno obity policzek zapłonął żywszym kolorem i zapulsował bólem, choć ciemnowłosy nie wyglądał na kogoś, kto rzeczywiście ucierpiał. O wiele łatwiej pogodzić się z nauczką, gdy gdzieś tam w środku odczuwa się poczucie winny. A on był winny. Należało mu się. Za to, co zrobił teraz. Za wszystkie krzywdy, które wyrządził mu w przeszłości. Za to, co jeszcze się wydarzy. A to i tak wciąż było mało.
Lepiej? Jeśli nie, próbuj dalej ― mruknął i uchylił leniwie powieki, natrafiając spojrzeniem na rozeźloną twarz Wilczego. Co z tego, że policzek piekł bardziej, niż od jakiegokolwiek innego uderzenia? ― I nie. Nie rozumiem ― odparł wprost, ignorując wszelkie podszepty w głowie na temat tego, że w obecnie powinien darować sobie dolewania oliwy do ognia. A jednak jego druga część wciąż popychała go ku drastyczniejszym wyjściom, które działały nawet na jego szkodę. Już teraz oboje przekonywali się, jak mało kolorowe miało wyglądać ich życie. ― Jeśli czegoś chcę, to po prostu to robię. Zabijam. Kradnę. Oszukuję. Nie mam w sobie za grosz empatii. Często umyślnie pracuję sobie na to, by ludzie sądzili, że jedynym słusznym uczuciem względem mnie była nienawiść. Ale coś o tym wiesz, prawda? ― zamilkł na chwilę, ściągając usta w wąską linię, jakby zaznaczając, że ten jeden przykład akurat mu nie odpowiadał. ― Traktuję większość z nich przedmiotowo. Gdy ktoś stara się przekroczyć niebezpieczną granicę, odsuwam go od siebie, jak najdalej. Zwykle uznaje to za zbyt wysoką poprzeczkę. Wycofuje się. Moje zaufanie ma wysoką cenę, ale pomimo wszelkich starań i trudów włożonych w zdobycie go, utrata go jest cholernie łatwa. Skutki tego są różne, ale czasem na tyle niebezpieczne, że sam mógłbyś przyznać, że pakowanie się z buciorami do mojego świata nie było warte zachodu ― rozłożył bezradnie ręce. Sam nie wiedział, dlaczego mówił to wszystko. Dlaczego pokazywał się od gorszej strony, uświadamiając mu tylko, że powinien wiać, dopóki jeszcze mógł. ― Jestem egoistycznym dupkiem, który za nic nie zrobiłby czegoś dla drugiej osoby, gdyby nie miał w tym żadnego interesu. Oczywiście są niewielkie wyjątki od reguły. Aktualnie w liczbie jeden. Gdy coś jest moje ― tu czarnowłosy spotkał się ze znaczącym spojrzeniem ― zawsze zabiegam o to do samego końca, choć moje metody nie są tak zadowalające, jak u przeciętnych przypadków, skupiających się na sielankowych bzdetach. Co nie znaczy, że to, co zrobiłem miało dorpowadzić cię do takiego stanu. Po prostu nie jestem taki, jak oni. I nie będę ― przesunął ręką po karku i zmrużył oczy. Zapewne nie o to chodziło Gilbertowi, gdy tak usilnie próbował wyciągnąć od niego informacje. Niemniej jednak to, co Kitsune mówił aktualnie było jedynym, czym musiał się teraz zadowolić. ― Więc naprawdę sądzisz, że to zniesiesz?
Już masz z tym problem.
Nikt nie obiecywał, że pójdzie gładko. Sam przyznał, że krzyku i łez może być o wiele więcej, niż radości, jeśli ta w ogóle miała tu kiedyś zawitać. Aktualnie nic nie wskazywało na to, by scenariusz tego miał potoczyć się dobrze, skoro już teraz prezentował się tragicznie.
Wkurwiasz mnie ― zmarszczył nos i cofnął się o krok do tyłu, co w parze z przekazaną treścią, jak i nieprzychylnym wyrazem, który wykrzywił rysy jego twarzy, mogło być jednoznaczne. ― Zachowujesz się tak, jakbyś tylko ty miał ten problem. Co za głupota... ― prychnął i uniósł rękę. Wyglądało to tak, jakby zaraz miał mu się odpłacić pięknym za nadobne, niemniej jednak ostatecznie sięgnął ręką za siebie, zaciskając palce na materiale bluzy, by zaraz zwinnie podciągnąć ją do góry i w ostateczności pozbyć się jej całkowicie, odrzucając niedbale gdzieś na bok, razem z podkoszulkiem. Nishimura poprawił niedbale ręką rozkopane, jeszcze nieco wilgotne włosy i przyjrzał się uważnie Gilbertowi, chcąc odczytać każdy, nawet najmniejszy ruch wykonany przez niego. Może ilość zadr na jego ciele nie mogła równać się z ilością, którą mógł pochwalić się Vampa. Niemniej jednak było ich całkiem sporo. Blizny po zadrapaniach, jak i te postrzałowe, których naliczyć można było tyle, że dziwnym wydawał się fakt, że jeszcze trzymał się na nogach. I ta charakterystyczna szrama przecinająca klatkę piersiową, jakby była pamiątką po chorej zabawie z nożem w ręku przez zagorzałego fanatyka, który koniecznie chciał dostać to serce do ręki. Możliwe, że już go tam nie było. ― Ale jak uważasz... ― odezwał się po dłuższym milczeniu i ‒ co dziwne ‒ odsunął się na bok w wymownym przekazie utorowania mu przejścia, choć wcale tego nie chciał. Niemniej jednak z niewiadomych przyczyn pozostawił mu tę ostatnią decyzję i tym razem to on odwrócił twarz w inną stronę, byleby tylko zwiększyć jego swobodę, której mógł teraz potrzebować.

_________________


Mine, motherfuckers.

MY LEVEL OF SARCASM IS TO A POINT
WHERE I DON'T EVEN KNOW IF I'M KIDDING OR NOT.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Czarny Wilk
Nieudany Eksperyment

avatar

Male Dołączył : 04/04/2013
Liczba postów : 2332
AKATSUKI : Zastępca; dowódca patroli.
Wzrost i waga : 158 cm. na ledwo 35 kg.
Partner : The truth is you could slit my throat. And with my one last gasping breath. I'd apologize for bleeding on your shirt...
~ wasza pieprzona wysokość.

Aktualny wygląd : PatrolMisja Akatsuki (nielegalny kontrahent)See you in hellDaylight's EndCatch me if You canSalon
Ekwipunek : Klucz do domu Takanoriego.
Inne : RelacjeKontaktObrażenia • Malinki na ciele. Dużo malinek. Taki dalmatyńczyk pod ubraniem. • Ślad po kłach na szyi, aktualnie zasłonięty przez bandaż. • zdarte gardło (efekt: nienaturalna chrypa)
Bestia : Jednorożec - Nutella Azor von Lerłamerlę, Rabbi - Mozart, Nekro - Laien.
Artefakt : Uniwersalny Kluczyk.
FUNKCJE : Kundel administracji; Mistrz Gry; Naczelnik Misji; Strażnik Elementu Otchłani; Uzupełnianie spisu rang specjalnych.

PisanieTemat: Re: Personal hell.   Wto Cze 04, 2013 10:55 pm

„Dlaczego?”
No właśnie... No właśnie, do cholery jasnej, dlaczego? Jak właściwie działała ta konstrukcja? Przecież każdy normalny (normalny-normalny, względnie normalny, ewentualnie normalny, normalny² i tym podobne) powiedziałby, że jego zachowanie w całej swojej okazałości nie wskazywało na myśli i pragnienia. Owszem, sporadycznie potrafił wypowiedzieć coś, co pokrywało się z odczuciami, ale to dość wadliwe, gdy chodziło o emocje z górnej półki. Wystarczyło przecież samo spojrzenie Nishimury, aby zapominał języka w gębie, a jego policzki przybierały bulwersujący kolor świeżych truskawek. Potok nic nie znaczącego monologu wylewał się wtedy spomiędzy ust, a im dłużej szedł naprzód, tym głębiej właził w grząskie bagno. Teraz sam jakby wybił się z rytmu, dokładnie w momencie, w którym Takanori wykrył jeden z błędów. Zresztą... to właściwie nie było takie trudne. Wystarczyło spojrzeć w dwukolorowe oczy i spróbować porównać do nich jego słowa. Nic nie wskazywało na to samo, a więc jedno lub drugie ewidentnie kłamało. Potknięcie się było właściwie kwestią czasu, a tego wydawało się teraz coraz mniej.
Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?
Wilcze ucho drgnęło, a Gilbert mimo usilnych starań nie potrafił odpowiedzieć sobie na to pytanie. Dlaczego go to bolało? To przecież proste. Banalne. Oskarżenie losu o własne niepowodzenie było śmieszne, ale gdyby można było do niego składać zażalenia, chłopak mianowałby się stałym bywalcem w jego niewielkim gabinecie. Już teraz miał ochotę po prostu zacisnąć pięść i uderzyć nią w ziemię, łamiąc sobie palce i wybijając kostki. Powstrzymał go tylko paraliż, który nadal wstrzymywał ciało przed ruchem.
Chory był na tym punkcie. Widział w sobie prawdziwe okropieństwo, zwierze, będące chore na wściekliznę, której nie da się już wyleczyć. Patrzył na siebie i jedyne co przychodziło mu na myśl, to żałowanie wszystkich chwil, w których wykonał nieodpowiedni krok naprzód. Fakt poruszania się wciąż przed siebie według innych był dobrym posunięciem - Gilbert zaś na własnym przykładzie mógłby pokazać, że to rada gówno warta. Gdyby dane mu było cofnąć niektóre słowa i zaniechać własnym czynnościom, bez wątpienia uczyniłby to wiele setek razy, by teraz stać przed nim jako osoba całkiem odmieniona.
Istotnie. Nie ma ideałów. Ale są osoby wariacko do nich zbliżone. Będące ucieleśnieniem najskrytszych pragnień lub szczycący się nieprzeciętną inteligencją. Są skryci i wybuchowi, uprawiają wspinaczkę górską, potrafią prać, gotować, sprzątać i naprawiać sprzęty domowego użytku. Są diabelnie dobrzy w grach komputerowych i na boisku piłki nożnej. Są szarmanccy i egoistyczni, niedostępni i towarzyscy. Są niemoralnie mili i wredni do szpiku kości. Są dokładnie tacy, czego się od nich wymaga. Gilbert usiłował taki być, ale nie potrafił. Na każdym kroku coś szeptało mu pilnie do ucha, aby mimo zakazu, odwrócił się za siebie. I głupi odwracał się, bo uważał, że własna podświadomość nie chce dla niego źle. W ostatecznościach doprowadzało go to do nieprzyjemnych rozwiązań, w których jedynym wyjściem okazywała się ucieczka lub śmierć. Nie ma życia - nie ma problemu.
„Lepiej?”
- Nie - Dobitniej powiedzieć już tego nie mógł. Właściwie dopiero docierała do niego prawda. To co zrobił było okropne, ale nie uznawał tego za coś złego. Takanoriemu się zwyczajnie należało. I nie tylko za teraz. Za te wszystkie chwile, w których Gilbert musiał znosić upokorzenia z jego strony. W których zaciskał zęby i sam przyjmował policzki, gdy klękał na kolana i pochylał głowę, gdy zamykał oczy i powstrzymywał łzy, czując na ustach słodki smak fałszywego pocałunku. To bolało bardziej niż świadomość nieważności. Wiedział, że uderzenie to jedyny moment, w którym Nishimura mógł rzeczywiście zrozumieć, że Gilbert nie żartuje. A jednak dzięki temu wcale nie było lepiej. Widział zaczerwienienie w miejscu, w które wycelował i czuł się jeszcze podlej. Ręka go piekła, choć nie powinien był tego czuć. Natychmiast ponownie zwinął ją w pięść. Co się z nim działo? W końcu o to chodziło, tak? Chciał mu pokazać, jak bardzo nie znosi tego widoku i jak bardzo nienawidzi, gdy ktoś zmusza go do akceptacji wad, których zaakceptować nie miał zamiaru. To oznaczałoby koniec i początek czegoś nowego. Nie mógł rzucić w kąt dawnych brudów, wcześniej ich nie piorąc. Dlaczego miałby to zrobić? To zaniechanie walki w połowie wojny. Nie wygra bez chwycenia za broń. Owszem. Takanori mógł wziąć pistolet, załadować i odbezpieczyć, ale za spust pociągnąć musiał on.
Tym bardziej drażnił go fakt, że Kitsune wydawał się zawsze taki ogarnięty. Bo przecież też miał problemy, tak? W takim razie dlaczego nigdy nie było tego po nim widać? Oczywiście, Gilbert wiedział, że coś jest nie w porządku, ale to tylko dlatego, że trwał u jego boku już jakiś czas. Na początku uważał go za najbardziej nieproblematyczną osobę, jaka mogła mu się trafić.
To jak bardzo się pomylił dotarło do niego później. I wciąż docierało, w momentach jak ten. Takanori nigdy tyle przy nim nie mówił. Wątpliwe, aby przy kimkolwiek się do tego zmusił. W dodatku te słowa... To tak, jakby nagle wziąć wiadro pełne kolczastych kul i nagle wysyłać je na nagie ciało. Wbite igły przeszywały, promieniowały bólem. A wystarczyło jedynie przechylić naczynie... Kto by pomyślał, że ciemnowłosy doskonale wiedział, jakiej metody użyć, aby Gilbert natychmiast po wykonaniu danego ruchu, zaczął go szczerze żałować?
Te słowa, choć wypowiadane w nagłych ilościach, często niepojętych dla zwierzęcego umysłu, w konkretny sposób nakierowały jego myśli na odwrotny tor. Teraz wszystko się zmieniło, nabywało następnych wariantów. Nishimura miał rację. Był potworem. Był bezuczuciowym dupkiem, absolutnym zaprzeczeniem wszystkich ideałów wysnutych przez umysł Gilberta. Nie posiadał w sobie krzty empatii, która pozwalałby razem przetrwać burzliwe dni ani nie umiał pokazać jak zależy mu na ciepłej atmosferze. Był arogancki i egoistyczny. Jak ktoś taki miałby w ogóle prawo się zakochać? Jak miałby wymagać tego samego, nie mogąc zapewnić równie wiele?
„Wkurwiasz mnie”.
Gilbert mimowolnie pokręcił głową na kolejne słowa. Uchylał już usta, aby powiedzieć coś od siebie. Coś, co prawdopodobnie miało zmienić niektóre spojrzenia... ale wtedy właśnie głos znów odmówił mu posłuszeństwa. Gula wielkości piłki tenisowej zatamowała nuty. Chłopak przez chwile (cały czas otwartą buzią) przyglądał się nagiej skórze na torsie Takanoriego. Dopiero po paru momentach, w których udało mu się dojść do siebie, potrząsnął głową. Tym razem szybciej i mnie przemyślanie. FUCK NO. Przyłożył wierzch ręki do ust i natychmiast odwrócił spojrzenie, byle nie patrzeć tam, gdzie powinien. Dlaczego poczuł zażenowanie? Bo Nishimura chciał mu tym pokazać, że nie tylko jemu zadawano kiedyś ból? Że Takanori też popełnia błędy?
Przełknął nerwowo ślinę.
Wątpliwe. Już prędzej wstyd osiągnął taki wylew, przez sam głupi fakt, że ciemnowłosy zdobył się na ten krok. Gilbertowi i bez tego było trudno, do kurwy nędzy. Ale nie... Większość i tak wolała przyprawiać go o nowe zawroty głowy, jakby aktualne nie były wystarczająco potężne.
- To mój tekst - wychrypiał nagle, powoli opuszczając dłoń. Odsłonił tym samym poważnie zarumienione policzki, które jednak były niczym w porównaniu do jego zdeterminowanego spojrzenia. Wiele go kosztowało, aby unieść wzrok i umieścić go gdzieś na twarzy właściciela. Co mógł poradzić? Był wzrokowcem. Równie wiele zależało od cudzego wyglądu, co charakteru. - To ja to zawsze mówiłem. Wykorzystujesz przeciwko mnie moją własną broń? Pytasz czy byłbym w stanie to znieść. Więc nie. Wierz mi. Wiele razy będę się załamywać, będę się wściekać, bić cię i oskarżać. Będziesz miał ze mną piekło większe niż to, które dzieje się w twojej głowie, a ja będę czerpać z tego przyjemność. Bo jestem osobą, która naprzód wysuwa zadowolenie. Moje, twoje... po prostu zadowolenie. Na miłość boską, tak - jesteś dupkiem. Tak, odtrącasz innych. I tak, pakowanie się do twojego świata nie powinno być warte zachodu. I? Lepiej ci, gdy cię nienawidzą? Lubisz robić dobrą minę, do złej gry, co? To przecież takie wspaniałe, gdy wracamy do pustego domu, w którym nikt na nas nie czeka. Nie mogę cię pojąć. Pokazujesz, że stan rzeczy, w którym trwasz, w zupełności ci odpowiada, a ja doskonale wiem, że jest zupełnie na odwrót. Mówisz, że chcesz być sam, ale ta samotność będzie cię tylko dobijać. Cztery ściany, wypełnione bezdenną ciszą, nietowarzyskością, brakiem smaku i pożądania. - Wskazał ręką na siebie. - Wiem, że mnie chcesz. Musisz mnie chcieć. Teraz, gdy posunęliśmy się tak daleko, nie ma mowy o spieprzeniu. Ale to pytanie, które zadałeś, nigdy nie powinno być wypowiedziane. Są myśli, których nie mówi się na głos, choć pewnie jestem ostatnią osobą, która powinna ci to powiedzieć. Pytanie brzmi; czy ty wytrzymasz ze mną? - Zmarszczył delikatnie nos. - To ja ciebie drażnię - nie ty mnie. To ja ciebie pożądam, nie na odwrót. To ja robię wszystko, aby zatrzymać cię przy sobie, zwrócić twoją uwagę, wklepać ci do głowy, że tylko na mnie powinieneś się skupiać. Twój wzrok jest dla mnie najcenniejszy, dlatego... - Nabrał gwałtownie powietrza. - Dlatego zwyczajnie jest mi źle. Okropnie, okej? Bo chciałbym, żebyś ty pożądał mnie w równym stopniu. Żebyś nie widział kolejnego dzieciaka, małolata z którego niewiele już zostało. Spójrz na mnie. Jestem w totalnej rozsypce. Nie mam skrawka skóry, który nie wyglądałby źle. Zmarnowałem ciało, które zostało mi dane. Nie mogę już tego naprawić. Wiesz... mimo to nadal chcę. Co prawda nie umiem wytłumaczyć, dlaczego najpierw zapewniasz mnie, że nikomu mnie nie oddasz i że należę do ciebie bardziej, niż ktokolwiek, a chwilę potem po prostu z tego rezygnujesz, udostępniając mi jedyne źródło ucieczki. Wiesz co ci powiem, Take? Kocham cię, skurwielu. I chcę, żebyś teraz zastąpił te drzwi, przyparł mnie do tego pieprzonego lustra i powiedział, że kochasz mnie równie mocno, mimo tego, jak wielki sprawiam ci kłopot.

_________________


{ . . . }

I do very bad things and I do them very well.
________________I wanna... li-li-li-lick you...

{ w i l d __w o l f  }

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Take
Niepohamowany Szał

avatar

Dołączył : 03/04/2013
Liczba postów : 2307
GHOST : Zastępca
Godność : Takanori „Kitsune” Nishimura.
Wzrost i waga : 169 cm | 49 kilogramów.
Partner : I told you I`m gonna hold you down until you`re amazed, give it to you till you`re screaming my name, you stupid dog.
Pan/Sługa : - | Gilbert, Prawy, Mio, Leo, 7.
Znaki szczególne : Spaczenie emocjonalne. Szare, kocie oczy i wydłużone, mocne, zaostrzone, zwierzęce kły. Znaki w kanie wytatuowane wzdłuż linii kręgosłupa; duża blizna przecinająca klatkę piersiową. Kilka kolczyków w prawym uchu, a w lewym jeden. Wyraźna blizna pod lewym okiem, ciągnąca się od dolnej powieki do połowy policzka.
Aktualny wygląd : Daylight's End: klik; Nocna Republika (Shetani): klik; misje: klik; Think you're a dragon slayer: klik.
Ekwipunek : Zapalniczka benzynowa, paczka czekoladowych papierosów, w kaburze czarny rewolwer ASG z pełnym magazynkiem (6 naboi), komórka, pieniądze i scyzoryk.
Inne : Niezrównoważony psychicznie skurwiel. I ma widoczną malinkę na szyi...?
Obrażenia : Rozdarty, opatrzony lewy bok; liczne zadrapania na ciele, szczególnie na plecach (czyli good sex, bo Gilbert).
Bestia : Feniks ‒ Andromeda; Reikon ‒ Ryu.
FUNKCJE : Administracyjny Skurwiel; Mistrz Gry; Strażnik Elementu Otchłani.

PisanieTemat: Re: Personal hell.   Sro Cze 05, 2013 3:50 pm

Pokiwał ledwo widocznie głową do siebie, jakby od początku zdawał sobie sprawę, że brak argumentów z jego strony będzie oczywisty. Przecież nie zrobił nic, co powinno doprowadzić go do takiego stanu. Winę ponosiły jego własne, nieznane Takanoriemu uprzedzenia. Bo każąc mu patrzeć, nie chciał, by przyglądał się jedynie swojemu ciału. Chciał, żeby dokładnie widział, jak na niego patrzy, co robi i mówi. Chciał, żeby zrozumiał, co ma mu do powiedzenia bez konieczności wypowiadania właściwych i prostych słów. Jednak on skupił się jedynie na gorszych stronach. Wmawiał sobie rzeczy, które nigdy nie powinny pojawić się w jego głowie. Zakładał, że po tym wszystkim nadal szykowano na niego całą masę haczyków. Chciał zaufania, a mimo to sam pokazywał, jak bardzo nie ufa. Jak zaszczuty jest przez własne obawy, że coś nadal może pójść nie tak. Już pal licho sam fakt tego, że bał się, że wszystko mogło zaraz wziąć w łeb ‒ dlaczego musiał zakładać, że przyczyna tego leżała w tym, jak wyglądał? Gdyby tylko to mógł być powód, nie stałby tu teraz. Nie uświadczyłby ani jednego dotyku na swojej skórze, ani jednego chłodnego pocałunku. Wciąż mógłby tylko skrycie o nich marzyć i przybijać się świadomością, że jego pragnienia nigdy nie zostaną zaspokojone. A jednak było zupełnie na odwrót. Dlaczego więc miałby na niego nie patrzeć? Jak sam powiedział ‒ zamierzał to robić zawsze. Podczas zwyczajnych czynności życia codziennego, jak i w chwilach, w których miałby go w pełni tylko dla siebie, gdy mógłby założyć, że jęki wyrywające się z jego ust są czymś, czego tylko on mógł słuchać, ciepło rozpalonej skóry było przeznaczone tylko dla niego, a widok nagiego ciała czymś, co tylko on miał prawo uświadczyć.
Wale nie wymagał od niego dążenia do perfekcji. Własnymi sposobami usiłował wbić mu to do głowy, ale on, zamknięty w swoim świecie, nie widział, jak wiele miał mu do powiedzenia, jednak było to coś, czego nawet ściany nie mogły usłyszeć. Coś przeznaczone tylko dla niego, ukryte pomiędzy wierszami, które ‒ na złość samemu sobie ‒ po prostu przeskakiwał. Efekt tego był, jaki był ‒ niezadowalający najprościej ujmując.
Nie, powtórzył w myślach i przesunął ręką po obolałym policzku, podkreślając to, że może uderzyć ponownie, a on nadal nie ruszy się z miejsca. No dalej. Chyba jednak przekaz nadal do niego nie dotarł. I wcale nie wymagał od niego akceptowania swoich wad. Chciał tylko, żeby wiedział, że nie każdy widzi w tym to samo. To, że on patrzył z obrzydzeniem, nie oznaczało, że wszyscy inni też muszą. On nie zamierzał. Zresztą ten widok nie wywoływał w nim żadnych odczuć, które wykrzywiłyby jego twarz w niesmaku. Mało to razy już go widział? Niektóre blizny pamiętał jeszcze z czasów, gdy te były jeszcze ranami, a on opatrywał je po tym, gdy Gilbert znów wpakował się w jakieś kłopoty, które były nieodłączną częścią jego życia. Nawet wtedy nie przejmował się tym aż tak bardzo, jak przejmował się teraz, a Nishimura był niemalże pewien, że powiedział już wszystko, co mógł powiedzieć, wystarczająco dokładnie, by z łatwością można było odgadnąć jego zamiary.
Powinien wiedzieć, że drastyczne kroki wywołają u Vampy uczucie, które bardziej zmusiłoby go do ucieczki, niż tkwienia w miejscu i oswajania się z biegiem wydarzeń. Kitsune sam powinien krępować się swoim nieciekawym stanem, ale nadal sprawiał wrażenie osoby bezwstydnej, jakby godził się z tym, że nie grzeszył postawą atlety, a gdy wszyscy ustawiali się w kolejce po wzrost i siłę, on postawił na coś zgoła innego. Był równie nieidealny, choć zdawałoby się, że ktoś, kto wiecznie wymaga czegoś od innych, musi być ideałem. Sama wytyczona jasno ścieżka nie określała jeszcze tego, że byliśmy bliżsi samodoskonalenia się. Choć równie dobrze pojęcie „ideału” było względne. Każdy posiadał swoje własne upodobania. Dlaczego nie mógł założyć, że jego idealny brak doskonałości nie był ideałem właśnie dla Takanoriego?
Ciemnowłosy przymknął oczy i odetchnął głębiej. Nawet upływające setne sekund dłużyły mu się niemiłosiernie, gdy założył, że za niedługo do jego uszu wedrze się ponury dźwięk zatrzaskiwanych za Salvatorem drzwi wyjściowych. Ale były tylko słowa. W dużej mierze gorzkie. Szare oczy mimowolnie skierowały spojrzenie prosto w różnobarwne tęczówki Wilczego, poświadczając o tym, że słuchał go uważnie, jakby ciekawy teorii chłopaka na jego temat. Cisza, która zawisła pomiędzy nimi, gdy czarnowłosy wreszcie umilkł była nie do zniesienia. Kitsune nie miał już nic do powiedzenia? Trudno o skupienie, gdy wypowiedziane słowa dzwonią ci w uszach. Jego wargi drgnęły, jakby za moment miały się otworzyć, jednakże pierwszym ruchem, który wykonał był powrót na wcześniejsze miejsce, by faktycznie odgrodzić czarnowłosemu drogę ucieczki, pomimo tego, że wciąż bez większego wysiłku mógł go ominąć. Niemniej jednak kocie ślepia przyglądały mu się z koncentracją drapieżcy, który w każdej chwili był zdolny ruszyć za ofiarą, gdyby ta postanowiła wykonać gwałtowniejszy ruch.
„Wykorzystujesz przeciwko mnie moją własną broń?”
Jasne. Skoro nic innego nie skutkuje, trzeba spróbować tego, co robią inni ― rzucił, choć w tonie jego głosu kryła się sarkastyczna nuta. Jakby nie miał nic lepszego do roboty. ― Ty niczego nie pojmujesz, prawda? Oczekujesz prostych słów, których nie używam. Co mam ci powiedzieć, żeby wreszcie coś do ciebie dotarło? Że będę szczęśliwy, mogąc na ciebie patrzeć? Cholera! Jasne, że będę. I to nie dlatego, że za każdym razem, gdy będę to robił, będę wyobrażał sobie, jak wiele paskudnych rzeczy musiało cię spotkać i będę czerpał z tego satysfakcję. Aktualnie zachowujesz się tak, jakby właśnie tak miało być ― rozmasował palcami skroń, która odezwała się lekkim bólem, jakby aktualny obrót spraw zaczął go przytłaczać. Tylko dlatego, że nie spodziewał się, że kiedyś będzie w stanie wymówić te słowa z tak irytującym przekonaniem. ― Cudza nienawiść nie wzbudza we mnie ani żalu, ani smutku. Samotność to coś, do czego można się przyzwyczaić, gdy wykrzesanie z siebie przywiązania zakrawa o coś niemożliwego. Gdybyś spytał mnie, czy mógłbym bez ciebie żyć, odpowiedziałbym, że mógłbym. Wmawianie sobie, że mogłoby być inaczej nie ma najmniejszego sensu. Ale... ― uniósł brwi w chwilowym zastanowieniu. ― To wcale nie oznacza, że chcę tak żyć, bo ‒ owszem ‒ chcę ciebie. Dopiero teraz jesteś o tym święcie przekonany? Brawo. Nagroda główna jest twoja. I gdybym twierdził, że nie wytrzymam, nie byłoby nas tu teraz. Możesz się na mnie wydzierać, wyzywać od najgorszych, podnosić na mnie rękę, bo pewnie będzie wiele momentów, w których to ja będę musiał potraktować cię w ten sam sposób. Jednak osobiście wolę to od masy czułych słów i deklaracji wymawianych na głos. Chcę tylko świadomości, że nieważne co się stanie zawsze wrócisz.
„Bo chciałbym, żebyś ty pożądał mnie w równym stopniu.”
Czasem zastanawiam się, jak wielkim można być idiotą... ― westchnął zrezygnowany. ― Chcesz, żebym cię pożądał, ale nie chcesz, żebym na ciebie patrzył. To też jakaś część ciebie i to taka, której w niektórych sytuacjach po prostu nie ukryjesz. Jesteś tak aż tak zniechęcony do samego siebie, że twierdzisz, że wszyscy muszą myśleć tak samo? Zastanów się przez chwilę... Gdybym koniecznie chciał kogoś bez skazy, nie dotknąłbym cię nawet kijem. Ale nie istnieją żadne kryteria upodobań, bo każdy ma swoje własne. I oczywiście, że nikomu cię nie oddam. Dostałeś tylko ostatnią szansę na to, by powiedzieć „nie” ― wzruszył barkami i postąpił o krok do przodu, wyciągając rękę po to, by chwycić za jego nadgarstek. Wreszcie czas na spełnienie ostatniego życzenia. Gwałtownie obrócił go tyłem do siebie i uniósł jego rękę, zmuszając go do oparcia dłoni o powierzchnię lustra, a chwilę później rozluźniwszy uścisk, splótł palce z jego palcami, a wolną ręką objął go w pasie. Na skórze brzucha i klatki piersiowej wyraźnie czuł ciepło pleców Wilczego, które kontrastowało się z temperaturą jego skóry. Było takie uspokajające, pomimo tego, że jego właściciel był chodzącym kłębkiem nerwów. ― I pomyśleć, że ją zmarnowałeś.
„... i powiedział, że kochasz mnie równie mocno, mimo tego, jak wielki sprawiam ci kłopot.”
Co ja robię...?
Wiesz, powiedziałbym, że czytasz mi w myślach, ale lepiej bym tego nie ujął. Może z wyjątkiem tego, że między innymi jest tak, PONIEWAŻ sprawiasz mi kłopot ― chyba nie mógł być już bardziej dosłowny, pomimo tego, że dwa podstawowe słowa, których domagał się Gilbert nie opuściły jego ust. A jednak powinny być słyszalne nawet bez dopełniania nimi wypowiedzianego przed momentem zdania. Przez cały czas taksował wzrokiem odbicie Vampy w lustrze. ― I dlatego masz przejebane ― mruknął, nachylając się nad nim i dla podkreślenia tego faktu przygryzł ostrożnie zębami jego szyję. Wreszcie przylgnął policzkiem do jego skroni. ― Nadal nie mogę patrzeć? ― wymruczał ciszej, a ręka, którą dotychczas go obejmował zsunęła się się niżej, by palce perfidnie mogły zaczepić się o pasek spodni Wilka. Widocznie nie zamierzał czekać na odpowiedź, bo zaraz drugą ręką skutecznie pomógł sobie rozprawić się z niepotrzebnym zapięciem. Wspominał już, że zawsze robił to, na co miał ochotę? Dotyczyło to każdego możliwego aspektu. A skoro już kwestie wstępne mieli za sobą... Dlaczego miał twierdzić, że nie mogliby posunąć się dalej? Nie trzymał się żadnych reguł granicy przyzwoitości. Nie wspominając o tym, że coś takiego, jak finezja z całą pewnością nie widniało w jego słowniku.
Odsunął ręce od jego ciała i wsparł je o lustrzane drzwi szafy po obu stronach głowy Gilberta. Chłodne wargi musnęły jego kark w niemej prośbie tego, by się odwrócił. Teraz ty spójrz na mnie.

_________________


Mine, motherfuckers.

MY LEVEL OF SARCASM IS TO A POINT
WHERE I DON'T EVEN KNOW IF I'M KIDDING OR NOT.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Czarny Wilk
Nieudany Eksperyment

avatar

Male Dołączył : 04/04/2013
Liczba postów : 2332
AKATSUKI : Zastępca; dowódca patroli.
Wzrost i waga : 158 cm. na ledwo 35 kg.
Partner : The truth is you could slit my throat. And with my one last gasping breath. I'd apologize for bleeding on your shirt...
~ wasza pieprzona wysokość.

Aktualny wygląd : PatrolMisja Akatsuki (nielegalny kontrahent)See you in hellDaylight's EndCatch me if You canSalon
Ekwipunek : Klucz do domu Takanoriego.
Inne : RelacjeKontaktObrażenia • Malinki na ciele. Dużo malinek. Taki dalmatyńczyk pod ubraniem. • Ślad po kłach na szyi, aktualnie zasłonięty przez bandaż. • zdarte gardło (efekt: nienaturalna chrypa)
Bestia : Jednorożec - Nutella Azor von Lerłamerlę, Rabbi - Mozart, Nekro - Laien.
Artefakt : Uniwersalny Kluczyk.
FUNKCJE : Kundel administracji; Mistrz Gry; Naczelnik Misji; Strażnik Elementu Otchłani; Uzupełnianie spisu rang specjalnych.

PisanieTemat: Re: Personal hell.   Pią Cze 07, 2013 10:16 pm

„Co mam ci powiedzieć, żeby wreszcie coś do ciebie dotarło? Że będę szczęśliwy, mogąc na ciebie patrzeć? Cholera! Jasne, że będę”.
Gilbert wstrzymał oddech. Poczuł nagle, jak deszcz ostrych strzał przebija każdą cząstkę poszarpanego sumienia. Boże. On mnie naprawdę... a ja to perfidnie wyciągam na wierzch... Podświadomie zawsze to wiedział, bo istotnie, dawniej jedynym celem były słodkie słowa na ucho, ciepły oddech na policzku i trwały ślad na skórze, który odbiegałby od reszty znamion swoją intensywnością i uczuciem. Często wmawiał sobie inaczej; że to bez sensu, że wytrzyma, że to przecież normalne, że nigdzie właściwie mu się nie spieszy. Przejechał się na całej linii. Chciał usłyszeć parę słów, dla innych osób nic nie znaczących, a dla niego będących jedynym zapewnieniem, że po paru dniach nie zostanie rzucony w kąt. To typ, na którym pozostało ironiczne piętno przeszłości, na której bazowała teraźniejszość. Nie mógł wyzbyć się myśli, które dręczyły go w iście identycznych sytuacjach. Mógłby podstawić pod ten dialog inne osoby, a dokładnie na to samo by wyszło. Tym sposobem był pewien, że koniec również będzie identyczny.
- Samotność jest jedyną rzeczą, do której można się przyzwyczaić, a która sprawia najwięcej problemów przez całą linię życia, począwszy od narodzin, na śmierci kończąc. Najgorszy chyba jest fakt, kiedy wokół tak tłoczno, a my zdajemy sobie sprawę, że w gruncie rzeczy jesteśmy sami. Sytuacje naturalne wydają nam się wtedy o wiele trudniejsze, a zadania wymierzone przez siły wyższe – nie do zrealizowania. Ból nie jest czymś nieosiągalnym, często przyprawiamy go sobie z nieprzymuszonej woli. Ale chyba nie powiesz mi, że gdybyś miał możliwość – oczywiście, zaznaczam, że będąc do tego przyzwyczajonym – cierpieć lub nie, ty zaznaczyłbyś pierwszy wariant. Pytanie brzmiałoby: „po co?”, a ty i tak nie umiałbyś na to odpowiedzieć. I jakim właściwie prawem miałbyś bazować na czymś, czego szczerze nienawidzisz, ale co nie doprowadza cię do śmierci? Właściwie... do wszystkiego, co nie jest powiązane z poderżnięciem gardła można się przyzwyczaić. Sęk w tym, czy warto. Warto, Take? – Gilbert lekko się uśmiechnął. Takanori już wcześniej odpowiedział na to pytanie. A odpowiedź była wyjątkowo zadowalająca. - Więc jednak. Dupek z ciebie niesamowity, ale masz w sobie coś, co przyprawia innych o dreszcz przyjemnej ekscytacji. Dziwnie słuchać tych słów. Ty, który innym sekatorem podcina żyły, w rzeczywistości chcesz mieć kogoś na własność. Nie martw się. Nikomu nie powiem. – Uśmiech zniknął.
„(...) bo ‒ owszem ‒ chcę ciebie. Dopiero teraz jesteś o tym święcie przekonany? Brawo.”
Chyba w niego nie wierzył. Nie w kwestiach tak ważnych i czystych. Nie sądził, aby uczucia Nishimury były nieszczere, ale jednocześnie nie mógł znaleźć momentu, w którym bez bolącego serca mógłby zaznaczyć chwilę, w której Takanori zacząłby żywić do niego coś więcej. Bo niby kiedy? Między jednym rzutem cegłą w jego łeb, a drugim? A może to wtedy, kiedy wepchnął go do rowu? To spadło jak grad wielkości kul armatnich – ani tu się kryć, ani kontratakować.
Gilbert nagle kiwnął głową. Nie wiedział w sumie po co, ale to zrobił. Chyba mózg w tym momencie zaczął pracował za niego, bo zmusił chłopaka, do przytaknięcia na słowa, na które i tak z pewnością rzuciłby potwierdzającą treścią. Zawsze wróci. Opcji innej nie było, aby miał pewnego razu wyjść, zostawiając po sobie tylko ciemne wspomnienie nieskazitelnego rozdrażnienia, jakby już wtedy chciał władować do tego domu jakąś cząstkę siebie, która na zawsze będzie o nim przypominać. Wiedział, że to coś złego, ale powstrzymanie się wymagało wygórowanego zaawansowania w silnej woli, a tego niestety nie posiadał.
„Czasem zastanawiam się, jak wielkim można być idiotą...”
I czemu nie dokończyłeś? Bo znów mógłbyś mieć rację? Gilbert pokręcił głową. Jak wielkim, co? A więc, skracając do minimum – olbrzymim. Kolosalnym wręcz. Tak gigantycznym, aby przysłaniać wszystko inne. I on był tego żywym przykładem. Co zabawne, wcale nie było mu z tego powodu przykro. W praktyce była to jedyna wada, którą u siebie znosił. Być może robił to z cierpiętniczym zapędem, z bolącą miną i krwawiącym sumieniem, ale liczył się sam efekt końcowy, a ten był wyjątkowo zadowalający.
Cofnął się nagle. Poczuł za sobą chłód szyby i jęknął marudnie, gdy jego nadgarstek znalazł się w uścisku. Odwrócił wzrok zażenowany. Wpierw zresztą nie chciał ponownie spojrzeć w lustro. Paliła go ręka, palił go brzuch, palił go każdy skrawek ciała, który był teraz dotykany przez – paradoksalnie lodowate – dłonie. To było jakimś jego chwytem zapaśniczym, bo zawsze zadawał najbardziej krępujące pytania, w chwilach, w których Gilbert nie chciał się przyznawać do prawdy. Wręcz przeciwnie – najchętniej zrobiłby wszystko, aby tę prawdę od siebie odwieść, zakorzeniając ją głęboko w sobie i sięgać tam tylko w chwilach kryzysu. Niech nie robi mu wyrzutów sumienia za wszystkie błędy popełnione i te w drodze. Miał prawo wygrzebywać wątpliwości i jeszcze większe prawo, do wypowiadania ich Takanoriemu prosto w twarz. Zacisnął dłoń na lustrze i schylił głowę. Z ust wyrwał się wpierw łudząco cierpiętniczy jęk. - Możesz – wychrypiał nieudolnie, samemu nie wierząc, że te słowa w ogóle wydostały się z jego gardła. - Trochę – dodał jednak sekundę po tym, jakby dzięki temu Takanori rzeczywiście go miał posłuchać. Wiedział, że przez własną głupotę, strach, przez paranoję i tą dziecięcą niewiarę w pewne aspekty, nawarzył sobie piwa i już niemalże był pewnym, że Nishimura – z czystej złośliwości – będzie przyglądał mu się intensywniej, oceniał każdy skrawek ciała, komentował w myślach.
Straszne, rzucił, czując strumień dreszczy przesuwających się wzdłuż kręgosłupa. Prośbę wykonał natychmiastowo, odwracając się do pana. Życie ma to do siebie, że lubi kopnąć prosto w tyłek, a potem ze zdziwieniem zapytać, co tak leżymy. Gdyby Wilczy miał możliwość przepowiadania swoich poczynań, zapewne wcześniej ostrzegałby wszystkich wkoło, że za pięć trzecia wykona jakieś głupstwo. Niestety, nie było takiej możliwości, a jego charakter był, jaki był. Gwałtowność w ruchach tylko potęgowała jego nieumiejętność zdecydowania się co do wielu spraw.
Ale teraz wszystko co robił było świadome. Każdy nieśmiały dotyk, każdy pocałunek, chwila zawahania. Przepełniony był uczuciem, którego pragnął się wyzbyć, a które rozgrzewało go od środka tysiąc razy bardziej niż najcieplejsza gwiazda. Gdyby dawniej spytano go, czy chciałby się tak poczuć, wiedząc, że koniec złamie mu kark, odpowiedziały, że nie, ponieważ nie istnieje nic warte takiego ryzyka. Teraz, będąc naprzeciw niego, z dłońmi opartymi na lodowatej skórze, najłatwiej byłoby mu wyśmiać tę teorię sprzed wieków i zastąpić ją nową, żywszą, śmielszą: tak, chciałbym się tak poczuć. Zrobiłby wszystko za kolejną nic niewartą sekundę trwania w absolutnym szaleństwie. Bo to było szaleństwo. Żaden gest nigdy nie zastąpi mu pewności, a żadne słowo nie wskaże uczuć. Mimo to wyciągnął ręce przed siebie. Drżały, jakby zaraz miały zrobić najniebezpieczniejszą czynność – a to na swój sposób było nawet urocze. Mimo pełnej świadomości, obchodził się z nim jak ze skarbem tak delikatnym, jakby w rękach Takanori mógł się mu rozsypać.
- Kocham cię
Uniósł ręce i splótł je w nadgarstkach za głową Takanoriego. To nieprawdopodobne jak bardzo można się czegoś obawiać i jak wielką jednocześnie sprawia to frajdę. Wystarczyło podnieść się nieco na palcach i po raz kolejny delikatnie musnąć kącik jego ust. Gilbert natychmiast pociągnął go lekko w dół, jednocześnie robiąc krok w tył i w bok. Cichy pomruk wydostał się z nadszarpniętego gardła, gdy Gilbert cofnął się o kolejne centymetry, na chwilę nie przestając go całować. Poczuł ból, który ścinał go z nóg i który jednocześnie przyprawiał o zawroty głowy, których nie miał już od wieków. - Łóżko – rzucił prosto w rozchylone usta, czując za sobą twardy materiał nogi mebla. Gilbert przesunął dłońmi w dół, ostatecznie zaczepiając palce o materiał jego spodni, okrywających biodra. Ale niedługo. Naprawdę.

_________________


{ . . . }

I do very bad things and I do them very well.
________________I wanna... li-li-li-lick you...

{ w i l d __w o l f  }

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Take
Niepohamowany Szał

avatar

Dołączył : 03/04/2013
Liczba postów : 2307
GHOST : Zastępca
Godność : Takanori „Kitsune” Nishimura.
Wzrost i waga : 169 cm | 49 kilogramów.
Partner : I told you I`m gonna hold you down until you`re amazed, give it to you till you`re screaming my name, you stupid dog.
Pan/Sługa : - | Gilbert, Prawy, Mio, Leo, 7.
Znaki szczególne : Spaczenie emocjonalne. Szare, kocie oczy i wydłużone, mocne, zaostrzone, zwierzęce kły. Znaki w kanie wytatuowane wzdłuż linii kręgosłupa; duża blizna przecinająca klatkę piersiową. Kilka kolczyków w prawym uchu, a w lewym jeden. Wyraźna blizna pod lewym okiem, ciągnąca się od dolnej powieki do połowy policzka.
Aktualny wygląd : Daylight's End: klik; Nocna Republika (Shetani): klik; misje: klik; Think you're a dragon slayer: klik.
Ekwipunek : Zapalniczka benzynowa, paczka czekoladowych papierosów, w kaburze czarny rewolwer ASG z pełnym magazynkiem (6 naboi), komórka, pieniądze i scyzoryk.
Inne : Niezrównoważony psychicznie skurwiel. I ma widoczną malinkę na szyi...?
Obrażenia : Rozdarty, opatrzony lewy bok; liczne zadrapania na ciele, szczególnie na plecach (czyli good sex, bo Gilbert).
Bestia : Feniks ‒ Andromeda; Reikon ‒ Ryu.
FUNKCJE : Administracyjny Skurwiel; Mistrz Gry; Strażnik Elementu Otchłani.

PisanieTemat: Re: Personal hell.   Sob Cze 08, 2013 8:47 am

Czy było warto? Odpowiedź w jego głowie pojawiła się stosunkowo szybko, jednakże nie została wypowiedziana od razu. Być może Gilbert także ją znał, choć bardziej skupił się na tym, że samotność też mogła być źródłem cierpienia. Ale to „też” świadczyło o tym, że w gruncie rzeczy każda sytuacja, w której się znajdowaliśmy mogła nas przytłoczyć. Takanori miał swoje własne poglądy, które ukształtowało długowieczne życie. Mógłby szczerze przyznać, że nie przelewało mu się, ale to jedna z tych rzeczy, o których nie mówiło się na głos. Tak po prostu wyszło. Im dłużej „żył” tym większą wagę przywiązywał do tego, by przeć do przodu i nie popełniać tych wszystkich okropnych błędów, które miał wątpliwą przyjemność popełnić. Był nieufny, zdystansowany do granic możliwości. Można było go podziwiać lub krytykować z daleka, byleby tylko nie podchodzić za blisko. W gruncie rzeczy robił innym to, czego sam nie chciał, by jemu zrobiono. Z tym, że inni to nie on. Poważne problemy z przywiązywaniem się prowadziły do znieczulicy, kształtowały potwora, który nie czuł absolutnie nic, spoglądając na osoby, którym kładł pod nogi największą kłodę swojego życia. Ból związany z samotnością (choć ciemnowłosy nigdy go nie doświadczył) na pewno był niczym w porównaniu z tym, co mogło nam zafundować przywiązanie.
Pierdolisz, Gilbercie ― mruknął, przypatrując mu się z wyraźną pobłażliwością. To nic, że jego słowa zabrzmiały tak, jakby zabrakło mu argumentów albo przyznał czarnowłosemu rację w tym, że rzeczywiście nie potrafił udzielić mu odpowiedzi na pytania. ― Jestem pewien, że były sytuacje, w których twoje myśli skupiały się na tym, jak bardzo jesteś zawiedziony, a nie na tym, że zostajesz sam. Pewnie wiesz, co tak naprawdę jest w stanie zaszkodzić nam najbardziej, hm? ― zmarszczył delikatnie nos. Brzydził się tej teorii, choć ta ‒ nieważne, jak wiele paradoksów w sobie kryła ‒ zawsze się sprawdzała. Odpowiedzi znajdowały się dosłownie na wyciągnięcie ręki, ale kilka z nich było także gdzieś dalej. Pomimo tego, że każda nosiła inne imię, sens zawsze pozostawał taki sam. ― Dlatego nigdy tego nie rób ― przesunął palcem wskazującym po ustach Wilczego, na ułamek sekundy odchylając jego dolną wargę. W jego wypowiedzi kryła się prośba, groźba, rozkaz i jakaś nowo odkryta tajemnica, pomimo tego, że z grubsza wydawała się być niejasna. Jeśli jednak określił już niewiadomą, wszystko zaczynało łączyć się ze sobą w jakąś drobną, ale znaczącą całość. Nie powinien wierzyć w to, że Salvatore w ogóle byłby do tego zdolny, ale wychodził z założenia, że ostatecznie mogło czekać go dokładnie to samo. ― I nie chcę „kogoś”. To tylko pojedynczy wyjątek od reguły, więc rozpowiadanie nie przyniosłoby wielu efektów. Albo miałbym kolejkę pod drzwiami ― pokręcił głową ledwo widocznie. Zapewne sam w to do końca nie wierzył, aczkolwiek był to jeden z lepszych sposobów, by całkowicie wybić mu z głowy ten pomysł.
Nie miał pojęcia dlaczego przyglądanie się wszystkim reakcjom Wilka było na swój sposób przyjemne. To, jak uparcie zaprzeczał samemu sobie, jak za każdym razem zachowywał się tak, jakby dotykano go po raz pierwszy. Pewnie Kitsune z góry mógł odrzucić myśl, że tak naprawdę było, jednak to, co sobą prezentował pozwalało zepchnąć na dalszym plan fakty z przeszłości. Może to nie on był pierwszy, ale zamierzał zadbać o to, by był... pierwszy od końca? Zrobić wszystko, by już żadna inna ręka nie dotknęła go w taki sam sposób. Właściwie w jakikolwiek inny też. Już sama myśl, że mogłoby tak być wywoływała w nim wewnętrzne rozdrażnienie. Tylko dlatego, że jeśli coś należało do niego, był jedyną osobą, która mogła zrobić z tym wszystko. To samo tyczyło się osób, z tą różnicą, że jeżeli przedmiotami ewentualnie można było się podzielić, tak osobami już niekoniecznie. A raczej tą jedną konkretną osobą, którą najprościej byłoby zamknąć w klatce i nie wypuszczać, jednakże głowa Nishimury na całe szczęście pozbawiona była podobnych pomysłów. Pomimo tego, że miał świadomość tego, że coś może nie potoczyć się dobrze, wolał się o tym przekonać. Pomimo tego, że kłamstwa notorycznie opuszczały jego usta, w niektórych przypadkach zwyczajnie ich nie znosił. W tej chwili jednak miał całkowitą pewność, że nie ma się czego obawiać. W zamkniętym pomieszczeniu miał go tylko dla siebie. Nie musiał martwić się tym, że ktoś tu wbiegnie i stwierdzi, że go zabiera. Zresztą nawet by mu to nie wyszło i nie skończyłoby się na pięści wymierzonej w twarz.
„Możesz.”
Kąciki jego ust mimowolnie drgnęły, aczkolwiek ruch ten był o tyle mało widoczny, że aż trudno było uwierzyć, że przez sekundę naprawdę mógł być w stanie wysilić się chociażby na najdrobniejszy uśmiech. Tym razem szczery, pozbawiony tej aktorskiej otoczki, której Gilbert już raz miał okazję doświadczyć. Teraz wychodziło na to, że mimo wszystko miał spore problemy z uzewnętrznianiem tego, co w środku wywoływało to cholerne zamieszanie, sprawiające, że przestał już zwracać uwagę na to, co szeptał mu do ucha ‒ może nie do końca zdrowy ‒ rozsądek. Bo właśnie miał przed sobą błąd, a pomimo tego, że znał wszystkie konsekwencje jego popełnienia, chciał go popełnić. Tak po prostu. Pierwszy raz coś wydawało się być silniejsze od niego, mimo świadomości, że ruinę wciąż można było zniszczyć, rozcierając ją w pył, choć czarnowłosy zachowywał się tak, jakby podświadomie zdawał sobie z tego sprawę. Szare ślepia już po chwili w skupieniu mogły przyglądać się drżącym dłoniom, które przysuwały się coraz bliżej. Pochylił głowę i musnął wargami jedną z nich, zanim te zdążyły spleść się na jego karku. Zaraz po tym spojrzenie z powrotem powróciło do twarzy chłopaka, jakby w odpowiedzi na dwa słowa, składające się z dziewięciu liter chciały przekazać mu ‒ ha, tego się nie spodziewacie ‒ „No przecież wiem, idioto”.
Rozchylił usta, czując ciepło jego warg ‒ w końcu aż trudno było zaprotestować. Tak samo, jak konieczności odwrócenia się. Przesunął ostrożnie palcami po jego boku, by na koniec ułożyć rękę na jego biodrze. Ze zniechęconym pomrukiem przyjął przerwanie pocałunku i przesunął końcówką języka po swojej dolnej wardze, kosztując pozostałości smaku jego ust. To tylko sprawiało, że chciał więcej i bynajmniej nie zamierzał sobie tego odpuszczać.
„Łóżko.”
Kto by pomyślał, że czytasz mi w myślach.
Jakby to było wielkim wyzwaniem. Na ogół, gdy ktoś dobiera ci się do spodni, już z góry wiadomo, co zamierza. Oczywiście i w tym wypadku nie zamierzał mu odmówić. Musnął wargami jego szyję, już w tym czasie palcami rozprawiając się z rozporkiem dolnej partii jego ubrania. Jeszcze zanim zmusił go do opadnięcia na miękki materac, zsunął częściowo materiał z jego bioder, przy okazji zahaczając też o bieliznę. Przykucnął naprzeciwko niego, błądząc wargami po jego torsie i brzuchu, co jakiś czas zostawiając tam ślady po ugryzieniach. Jedne były wyraźniejsze inne mniej, ale jedno było pewne ‒ zamierzał pozostawić po sobie tyle pamiątek, by na długo zapamiętał ten cholerny dzień, w którym oddał mu się bez reszty. Żeby wiedział, do kogo należy i zdał sobie sprawę, że to nie ostatni raz. W międzyczasie dało się usłyszeć głuchy huk odrzucanych na bok buciorów, które przed momentem zsunął z jego nóg. Dopiero po tym całkowicie mógł pozbyć się zbędnego okrycia reszty jego ciała, które wylądowało pomięte na podłodze. Takanori musnął ręką jego udo i podniósł się, by znów dosięgnąć wargami jego ust, smakując ich ze znacznie większą zachłannością. Naparł na niego całym sobą, zmuszając go do podciągnięcia się wyżej na łóżku i przylgnięcia do niego plecami. Podparł się rękami o materac po obu stronach Wilczego, a kolano, które wsunęło się pomiędzy jego uda dało jasny znak na to, co za moment powinien zrobić, choć zdaje się, że już doskonale to wiedział.
Who will fuck you now?

_________________


Mine, motherfuckers.

MY LEVEL OF SARCASM IS TO A POINT
WHERE I DON'T EVEN KNOW IF I'M KIDDING OR NOT.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Czarny Wilk
Nieudany Eksperyment

avatar

Male Dołączył : 04/04/2013
Liczba postów : 2332
AKATSUKI : Zastępca; dowódca patroli.
Wzrost i waga : 158 cm. na ledwo 35 kg.
Partner : The truth is you could slit my throat. And with my one last gasping breath. I'd apologize for bleeding on your shirt...
~ wasza pieprzona wysokość.

Aktualny wygląd : PatrolMisja Akatsuki (nielegalny kontrahent)See you in hellDaylight's EndCatch me if You canSalon
Ekwipunek : Klucz do domu Takanoriego.
Inne : RelacjeKontaktObrażenia • Malinki na ciele. Dużo malinek. Taki dalmatyńczyk pod ubraniem. • Ślad po kłach na szyi, aktualnie zasłonięty przez bandaż. • zdarte gardło (efekt: nienaturalna chrypa)
Bestia : Jednorożec - Nutella Azor von Lerłamerlę, Rabbi - Mozart, Nekro - Laien.
Artefakt : Uniwersalny Kluczyk.
FUNKCJE : Kundel administracji; Mistrz Gry; Naczelnik Misji; Strażnik Elementu Otchłani; Uzupełnianie spisu rang specjalnych.

PisanieTemat: Re: Personal hell.   Pon Cze 10, 2013 6:09 pm

„Pierdolisz, Gilbercie”.
- Co? Zdziwiony, że ja też umiem?! – warknął mu prosto w twarz, samemu ponownie krzywiąc nos. Cholera, trudno nie być zdenerwowanym, gdy Nishimura był w pobliżu. Wysyłał strasznie negatywną energię, która swoim chłodem oplatała nawet dłonie Gilberta i być może właśnie dlatego tak uparcie nie dało się ich powstrzymać przed drżeniem, mimo tego, że chłopak chciał pokazać się Takanoriemu od jak najpewniejszej strony. I jak miał tego dokonać? Jak, u licha, miał przedstawić się według ustalonego scenariusza, skoro w takich chwilach wszystko szlag jasny trafiał, a w głowie witała nachalna pustka? Niewiele wiedział. Jedynie tyle, że kolejny raz powinien przytaknąć na jego słowa, bo – zwyczajnie – nigdy nie miał zamiaru tego zrobić. Jakim prawem jeszcze w niego wątpiono? Za mało się starał? Być może na to nie wyglądał, ale posiadał zapasy olbrzymiej determinacji i samozaparcia. Zawsze. Zawsze i wszędzie. Zawsze i wszędzie tylko, do diabła, nie przy nim. Spuścił wzrok, chcąc dojrzeć jego dłoń. Poczuł na dolnej wardze jego dotyk. Przykre, że zachowywał się, jakby nigdy wcześniej nikt nie wykazywał się wobec niego podobną troską. Jak kolejna cnotka, która do teraz trzymała swoje wdzięki za siedmioma spustami, nie wiedząc nawet, jak zachować się w podobnych sytuacjach. Poniekąd nie było to wcale bujdą – przecież nie każdemu wskakiwał do łóżka, a i nie był osobą, która na każdym kroku boryka się ze zboczonymi fantazjami. Pierwszy raz był wściekły, na swoją „niewinność”. Na to beznadziejne poczucie czystości. Nie miał pojęcia jak reagować.
Boże. To takie idiotyczne. Brzmię jak ta rażoną miłością dziewica, stęknął w myślach, zadzierając głowę do góry, chwilę później czując na szyi delikatne muśnięcie. Dłonie odszukały ciemne włosy Nishimury, palce wplotły się w kosmyki, a on sam nieudolnie zdusił ciche westchnięcie. Każdy pocałunek zostawiał palący ślad na skórze. Nie miał pojęcia jak to możliwe, by jednocześnie czuł zimno i gorąco, ale w chwili obecnej nie zastanawiał się nad tym zbyt intensywnie. Działo się coś, czego obawiał się od wieków, a czego nie miał zamiaru przerywać. Boże, przestań. Nie zrobiłem nic złego... Nie tam.
Wymsknęło mu się jęknięcie.
Boże, Boże, Boże.
Zakrył usta dłonią, a mimo to w gardle czuł nieprzemożoną chęć wymruczenia wszystkiego, co zakrzątało jego umysł w tak zmożonych ilościach.
Czy był samolubny? Tak. Bez zaprzeczenia. Gdy on nie mówił „kocham cię”, irytował się, wkurzał i robił marudne miny, a dni stawały się nagle znacznie mniej kolorowe. Potrafił przeklinać go w nocy, pod ciężką kołdrą i rano, podczas śniadania. Zawsze obalał wszystkie teorie na łopatki, pokazując krzywy punkt widzenia, który musiał być zaakceptowany, choć posiadał w sobie wiele uszczerbków i wad. Nie interesował się tym, że ktoś mógłby pomyśleć inaczej. Stawiał na swoim. I wiedział, że zrani go wiele razy, będzie uciekać, wygrażać się i pluć jadowitymi słowami tak ciężkimi, że wypalającymi w skórze Sumienia rany na wieczność. Ale będzie wracał. Do tych ust, tych dłoni, do tych niesamowitych oczu, które patrzyły tylko na niego w taki sposób. Wiedział, że nie ma już odwrotu, a zatamowana głazami droga powrotu nie wydawała mu się właściwie kusząca. To zabawne... Może wcale nie chciał uciekać. Może to tylko kolejna obawa, którą mógł wyrzucić jak pustą paczkę papierosów i zgnieść ciężkim butem.
Odsłonił usta, pozwalając się pocałować. Czuł dreszcze. Takanori go dotykał. Dotykał go tam, gdzie nie dotykano go od wieków, jakby już dawno znudził się światu, pozostawiając po sobie cień dawnego bytu. A teraz mógł po prostu na nowo zakosztować odrobiny słodyczy. Przesunął ręką po jego głowie, jakby w niemym geście dziękował za każdy pocałunek, każde ugryzienie, każdy pozostawiony na nim ślad, mimo że bolało... Bolało okropnie. Łamało serce i niszczyło myśli. Ale to cierpienie, choć odbierało ostatni oddech, było najwspanialszą rzeczą jaka mogła go spotkać. Nawet jeśli wiedział. Nawet jeśli gdzieś tam głębiły się odpowiednie podszepty. Co z tego? Teraz miał chwilę dla siebie, odrobinę relaksu. Ciepła dłoń przesunęła się na tył głowy i przyciągnęła do siebie chłopaka, pogłębiając pocałunek. Osunął się na materac, wspierając wciąż na jednym łokciu.
Takanori mógł poczuć nagły dotyk na torsie. Palce, które dotychczas przeczesywały jego włosy, teraz musnęły skórę, prześlizgnęły się w dół, by naprzeć na zbędny materiał. Gilbertowi aż wyrwał się gardłowy pomruk niezadowolenia, jakby pokazywał, jak wiele rzeczy jeszcze mu się nie podoba. Ale kto mógł kochać Takanoriego bardziej niż on?
Gwałtowny syk przeciął powietrze. Pulsowało mu w skroniach, jakby za moment jego czaszka miała spowodować wybuch porównywalny do wulkanicznego. Nie chciał pokazywać po sobie zdenerwowania, ale to chyba niezbyt możliwe, gdy policzki przybierały kolor dojrzałych truskawek, oczy błyszczały jak najdroższe klejnoty, a z ust wyrywały się ciche stęknięcia, pomieszane z zapewnieniami o najszczerszej miłości.
- Zdejmuj, chamie – wychrypiał słabo, gdy był pewien, że jego ręka nie będzie w stanie do końca zsunąć spodni z bioder ciemnowłosego. Zresztą nie było to coś, co w jakikolwiek sposób go ubodło. Schował twarz w jego ramieniu, przesuwając wargami po chłodnej skórze, zagryzając na niej delikatnie kły, mimo najszczerszych chęci, nie robiąc mu przy tym żadnej krzywdy.
„Będę pewny siebie. Będę pewny siebie. Będę...”
Zacisnął nogi. Nie mógł się zdobyć na otwartość, czuł mocny ucisk w podbrzuszu. Takanori mógł poczuć jak lekkie muśnięcia suną w górę, a chwilę potem ciepła dłoń odwraca jego twarz na bok, by Gilbertowi łatwiej było natrafić na usta.
Dłoń mu zadrżała.
„Chuj z pewnością”.
Ucałował kącik jego ust, potem dolną wargę, czując jak po plecach falą spływają ciarki. Zadrżał lekko od napięcia. Tak blisko... Opuścił poharataną rękę, zaciskając palce na pościeli i podparł się stabilniej na łokciach, jakby tylko dzięki temu, wszystko wydawało mu się łatwiejsze. Zacisnął usta w wąską linijkę, mimo obaw, nie odsuwając od niego twarzy.
The biggest asshole, right?

_________________


{ . . . }

I do very bad things and I do them very well.
________________I wanna... li-li-li-lick you...

{ w i l d __w o l f  }

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Personal hell.   

Powrót do góry Go down
 
Personal hell.
Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next
 Similar topics
-
» Personal hell {dom Ryana}.

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Miejsca zamieszkania-
Skocz do:  
_______________________